Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sierakowski: Kryzys przemebluje polską politykę Drukuj
Sławomir Sierakowski   
26.02.2009
Wielu obserwatorów życia politycznego spodziewa się, że konsekwencje kryzysu gospodarczego mogą wpłynąć na kształt polskiej sceny politycznej. Zazwyczaj formułowane są ostrożne prognozy, wciąż wydaje się bowiem, że cztery parlamentarne partie są bardzo dobrze osadzone finansowo i medialnie w polskiej polityce. Z kolei doświadczenie kilkunastu lat transformacji podpowiada, że największe potęgi potrafią się rozpaść w jeden sezon jak domek z kart. Ale dopiero ostatnie ruchy na politycznej planszy – wyglądające na niepozorne – otwierają możliwość na prawdziwą „opcję zero” w polskiej polityce. Choć wciąż mało prawdopodobna, to staje się powoli możliwa. Z różnych powodów zagrożone są dziś wszystkie partie.

Donald Tusk z powodu kryzysu znalazł się w podwójnie trudnej sytuacji. Po pierwsze dlatego, że spowolnienie gospodarcze stanowi wyjątkowe wyzwanie dla jego rządu, po drugie dlatego, że najwięcej stracą na nim najbardziej typowi wyborcy PO. Szef Platformy, który zbudował sobie strategię rządzenia na unikaniu decyzji byle tylko nikogo nie urazić, znalazł się nagle w sytuacji, gdy będzie musiał w końcu podejmować decyzje, a każda będzie trudna i kogoś urazi. Obejmując władzę po skompromitowanych rządach Jarosława Kaczyńskiego, Platforma długo mogła „jechać” na estetycznej różnicy wypracowanej przez media i środowiska opiniotwórcze przy szczerym i gorliwym współudziale samych braci Kaczyńskich. I póki była koniunktura, można było zakładać, że Polakom wystarczy estetyka zamiast polityki. Kryzys w oczywisty sposób przekreśla te nadzieje na bezpieczne rządy bez ryzyka. A żeby to lądowanie w prawdziwej polityce jeszcze Platformie utrudnić, PiS postanowił zmienić wizerunek i zrzucić z siebie choć część odium.

Organiczną reakcją Platformy na kłopoty gospodarcze było udawanie, że nic się nie stało. Do stycznia zaklinano kryzys słowami, a od stycznia działaniami. Optymistyczne prognozy zastąpiono, jak gdyby nic innego nie dało się zrobić, prostym dostosowaniem skali wydatków do spadających wpływów. Platforma liczy, że w sprzyjającym otoczeniu medialnym to, co jest zaniechaniem zostanie uznane za ostrożną politykę, a wyjaśnienia społecznych problemów pozostaną „zagraniczne”.

Prawdziwe działania Platforma podjęła za to w dziedzinie gry politycznej. Partia Tuska postanowiła odwołać się do starego i wyćwiczonego w latach 90. mechanizmu mobilizowania elektoratu, przedstawiając mu wybór: „wymagająca dziś wyrzeczeń jutrzejsza nowoczesność czy niechybne zacofanie”. W tej edycji gry „o monopol” na modernizację warunkiem ma być jak najszybsze wejście do Euro, a sugerowanym kontekstem porównawczym – niedawne wejście do Unii. I oczywiste ostrzeżenie: kto nie chce wejść do Euro staje w jednym szeregu z tymi, którzy nie chcieli Polski w Unii!

Niepotrzebnie dziwi się Paweł Śpiewak, że rząd uparcie głosząc konieczność natychmiastowego wejścia do ERM2, chce zrezygnować tym samym z głównych instrumentów prowadzenia polityki gospodarczej w czasie, gdy są one najbardziej potrzebne. Dotąd Platforma nie dała się jakoś poznać jako partia chcąca i umiejąca z tych instrumentów korzystać. A w sytuacji, w której znajduje się partia Tuska z jej 50% poparciem prowadzenie polityki gospodarczej, gdy można odpowiedzialność za nią wyeksportować za granicę, stoi w sprzeczności z politycznym interesem partii. Gdy przerzuci się kompetencję na instytucję unijne, zniknie smutny problem konieczności podejmowania decyzji o deficycie, polityce monetarnej, itd. Dzięki temu Platforma będzie mogła liczyć na ponowne zastąpienie polityki estetyką i robienie tego, w czym jest naprawdę dobra, czyli wrażenia.

Wiele jednak wskazuje, że tym razem Platformie nie ujdzie na sucho. Widać wyraźnie, że nadchodzący kryzys przede wszystkim będzie dotkliwy dla klasy średniej. To ona razem z Tuskiem śniła swój sen o potędze, a dziś ma poważne problemy z uzyskiwaniem kredytów albo ze spłatą rosnących rat za już zaciągnięte. Media donoszą o spontanicznie organizujących się w internecie społecznościach dotąd zatomizowanych jednostek, które zostały brutalnie zatrzymane na drodze do realizacji swoich rozbudzonych aspiracji życiowych. Eryk Mistewicz słusznie dostrzegł w tym zjawisku potencjał polityczny. Dotąd obowiązywał niepisany pakt między bogacącą się klasą średnią a głównym nurtem polityki. Pozostajemy apolityczni, akceptujemy dominujące poglądy i wybieramy ładniejszych, ale pod warunkiem, że możemy robić swoje. Kryzys i nieudolna polityka rządu mogą doprowadzić do wypowiedzenia tego paktu. Klasa średnia to ludzie, którzy chcą bezpieczeństwa, bo inwestują w swoje wykształcenie, kwalifikacje zawodowe, bo mają dobrze zaplanowane kolejne szczeble kariery. Inwestują także w dzieci – nawet w te nieistniejące jeszcze, a już zapisane do najlepszych przedszkoli. To nie są ludzi tak bogaci, żeby ich najważniejsze plany życiowe nie podlegały perturbacjom z powodu kłopotów całej gospodarki. Ani tak wykluczeni, żeby kryzys nie robił na nich wielkiego wrażenia. Ponadto są to ludzie, wbrew temu co pisze Piotr Gursztyn, rozumiejący realia gospodarcze. Pamiętają, co mówiono w Polsce i na świecie o zbawiennej roli wolnym rynku i jego zdolnościach do samoregulacji. Potrafią czytać zachodnie media i dociera do nich głos noblistów z ekonomii. Indolencję rządu mogą zestawić sobie z głosem Paula Krugmana, który mówi: „Lepiej pomylić się, działając za mocno, a nie za słabo” albo głównego ekonomisty MFW Oliviera Blancharda: „W kryzysie należy robić raczej za dużo niż za mało”. Zastanawiając się nad rozwiązaniem swoich kłopotów kredytowych, mogą zwątpić w radosną pieśń polskiej transformacji o cudotwórczych zdolnościach biznesu uwolnionego od państwowych regulacji, która dotąd pobrzmiewa w poradach Leszka Balcerowicza, a zainteresować się raczej słowami Josepha Stiglitza, który mówi, że „musimy zarządzać bankami zgodnie z interesem publicznym” i namawia Baracka Obamę do nacjonalizacji niektórych banków.

Dziś ci ludzie przekonują się na własnej skórze, że otoczenie polityczne jest dla nich ważniejsze niż sądzili. Że na dłuższą metę nie da się uciec od polityki w prywatność. I doraźna mobilizacja w sprawie tego czy innego banku może być drogą do bardziej systemowej przemiany w kierunku większej partycypacji w życiu politycznym Polski.

Nie przypadkiem więc jedyne konkretne działanie antykryzysowe rząd przedsięwziął właśnie dla ochrony tych, którzy – jak to symptomatycznie nazwano – zaciągnęli „średnie kredyty”. Choć projekt ogłoszono już dwa razy, najpierw w parlamencie, a ostatnio ustami Michała Boniego, to wciąż nie podano szczegółów selekcji osób, którym postanowiono pomóc w spłacie pożyczki. Dzięki temu pozytywny sygnał poszedł do wszystkich oczekujących. I choć to dobra propozycja, to nie przesądza jeszcze, że zamiast polityki prokryzysowej, rząd wybierze wreszcie antykryzysową.

Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że najlepiej do sytuacji kryzysu przygotował się Jarosław Kaczyński dekretując „politykę pokoju” i przedstawiając alternatywny plan gospodarczy, ale jest dość prawdopodobne, że nie tylko nic na tym nie zyska, a jeszcze może stracić. Każda socjologiczna analiza elektoratu Prawa i Sprawiedliwości prowadzi do wniosku, że podstawowa więź między wyborcami a Kaczyńskimi opiera się na mechanizmie rozładowywania zgromadzonych w części społeczeństwa frustracji poprzez retoryczne ataki na „układ”, „elity”, „mniejszości”, Unię. Rezygnacja z nich może zniszczyć tę komunikację z wyborcami. Tymczasem pamięć po dwuletnich rządach braci Kaczyńskich długo jeszcze będzie stanowić nieprzekraczalną barierę dla nowych wyborców. A uspokojenie retoryki może doprowadzić do strat na prawej flance. Wbrew Mistewiczowi uważam, że za mało czasu minęło od sukcesów Samoobrony i LPR, żeby wykluczyć możliwość populistycznego organizowania gniewu społecznego w starym stylu. Sondaż dający LPR 5% poparcia jeszcze nic nie znaczy, ale „walka o pokój” PiS-u i PO może podmyć fundamenty, na których stoi prawica braci Kaczyńskich. Dziś skrajna prawica jest rozdrobniona, ale gdy stanie się jasne dla wyborców, a także ojca Rydzyka i innych wpływowych kręgów, że PiS nie daje szans na zmianę polityczną w Polsce, Lech Kaczyński z kretesem przegra wybory prezydenckie, a cała formacja może się załamać i wyłoni się jakiś nowy byt obsługujący te same frustracje.

„Opcja zero” najbardziej jednak zagraża obecnej lewicy parlamentarnej. Ostateczne rozstanie SLD i Cimoszewicza oznacza, że SLD stoi dziś jedną drogą w trumnie. Lista SLD bez Cimoszewicza, Rosatiego i Danuty Hübner, która przeszła do PO, to wynik w eurowyborach gorszy co najmniej o kilka procent od powszechnie w partii spodziewanego. Bratobójczy bój dwóch list na lewicy oznacza, że najlepsza z nich dostanie nie więcej niż 7-10%. Rozstanie z Cimoszewiczem to jednak przede wszystkim niemal pewna kompromitacja SLD w wyborach prezydenckich, a z tej porażki trudno będzie się już podnieść. Wystarczy, że w wyborach prezydenckich na lewicy pojawi się jakiś nowy kandydat, a może dojść do przesilenia i w niewiele późniejszych wyborach parlamentarnych pojawi się nowa reprezentacja lewicy.

W każdym razie nie tylko same społeczne konsekwencje załamania koniunktury uprawdopodobniają zmiany w polskiej polityce. Indolencja Tuska i Rostowskiego wobec kryzysu uderzająca w jego własny elektorat, zmiana retoryki PiS także sprzeczna z oczekiwaniami własnych wyborców, samobójcze roszady na lewicy – to wszystko stawia pod znakiem zapytania stabilność obecnego układu politycznego na ruchomych piaskach kryzysu. Zazwyczaj w ocenie polityków trudno nam odróżnić faktyczne talenty polityczne od sprzyjającej koniunktury. Tacy politycy jak Leszek Miller czy Józef Oleksy w okresie chwały wydawali się skazani na sukces, gdy życie polityczne wypluło ich na margines nagle okazało się, że nawet blask znika i nie ma cudownych eliksirów wiecznej młodości w polityce. Ten sam dysonans odczuwać możemy niedługo wobec obecnych tuzów.

Tekst ukazał się w „Dzienniku” z 27 lutego 2009.
Komentarze
Dodaj nowy
robi177   |27.02.2009 08:55:19
Super ,wszyscy wylecą z parlamentu i nadejdzie cisza ( już to słyszałem ! ) ,a
kto w zamian ?
golem wszkszeszony   |27.02.2009 10:00:08
Pisze Pan, ze dopłata do kredytów klasy średnie jto dobry pomysł. NIech Pan
łaskawie zwróci uwage na pochodzenie pieniędzy publicznych. Pan tego nie wie
zatem wyjaśnię. Większość pieniędzy którymi Państwo dysponuje pochodzi z
podatków. Oznacza to tyle, że do kredytów na nowe i piękne mieszkanie
reprezentanta przyjdzie zapłacić ubogiemu stolarzowi z "Piździgórek" pod
Tranowem. Pięknie Pan wspiera tych ubogich, którym sie źle wiedzie oj
pieknie..nie ma co&.

I chiałbym zwrócić uwage, że nazywanie neosocjalizmu
gospodarczego w Polsce czy komunizmu w państwach współnoty europejskiej
liberalizmem to bezczelne kłamstwo albo kompletny brak połaczeń neuronowych w
wystarczdzajacej ilości.

Pąństwo w którym tobcokarjowiec hchce pracować ale
musi najpierw dostać pozwolenie od Władzy ma być liberalne&nie rób Pan
kabaretu!!!!!!!!!!

Reszta artykułu ciekawa. Tezy baardzo interesujace i
prognozy całkiem trafne się mogąokazac.

pozdrawiam
Rylew  - Toć ona jesce dycho :) !   |28.02.2009 08:14:27
Tak zwana lewica parlamentarna, chociaż na liście jej grabarzy
przybyło nowe
nazwisko, zdaje się znów ożywać:

Lewica parlamentarna
Chociaż grabarz nowy
łopatę w ruch wprawił,
Choć nie jeden prorok ją w niebyt odprawił,
Orkiestra
żałobnie ciągle jej przygrywa,
I wiernych fanów bez przerwy ubywa.
Ta znów
ożywa w swym grobowym dołku,
a nam zabrakło osinowych kołków.
:)
Rylew  - Co na kryzys ?   |28.02.2009 09:32:58
Kryzys zdaje się być nieuchronny, choć nie wiemy jak będzie głęboki
i jakie
skutki społeczne wywrze.

Jestem sceptyczny co do środków zwalczania kryzysu
jakie zgodnie przyjął
zachód, chociaż nie pochwalam środków przyjętych przez
polski rząd.
Pożyczenie bilionów i wpakowanie ich w instytucje finansowe po to
by
znów zaczęło się dmuchanie w bańkę spekulacyjną jest środkiem

konserwującym dotychczasowy obłędny system.
Gospodarka może się ożywić,
bańka zostanie napełniona do chwili gdy
znów pęknie lub zostanie
opróżniona.

Jestem nieufny na wołania dawaj więcej jak woła P.Krugman.
Głosu
Stiglitza, że finanse mają służyć ludziom a nie odwrotnie i głosu o
konieczności upaństwowienia banków oraz poskromienia hazardu (giełdyzacja
gospodarki  prof. Kowalik) zdaje sie nikt nie brać poważnie.
Nieliczni
wskazują (O.Lafontaine ) na nierównowagę podaży i popytu na rynkach
konsumenckich, której jakoś nie reguluje niewidzialna ręka rynku, a która
prowadzi do zjawiska względnej nadprodukcji towarów
kumulującej się przez
lata.
Ale i te głosy są wołaniem na puszczy. O prawdziwych przyczynach kryzysu
niewielu tylko chce rozmawiać. Poważnie brane są głosy mówiące o
bilionach.

Działając w ten sposób obciąża sie przyszłe pokolenia długiem,
który oni będą musieli spłacić, chyba że cały świat ogłosi plajtę i pokaże figę
z makiem kasjerom owoców swej pracy przechodząc na inną walutę i zaczynając od
początku.
Byłaby to bezkrwawa rewolucja chociaż bardziej prawdopodobna jest ta
druga. W każdym razie ciężar obciążenia dla tych co będą musieli zapłacić będzie
nieznośny.

Świat potrzebuje reformy finansów, a dzisiejsze finansowanie
finansów ze środków publicznych może być akceptowane przejściowo tylko pod
warunkiem porozumienia światowego na opracowanie i wdrożenie nowego
sprawiedliwego systemu.
blaise   |28.02.2009 11:59:20
rylew napisa?:
Pożyczenie bilionów i wpakowanie ich w instytucje finansowe po to by

znów zaczęło się dmuchanie w bańkę spekulacyjną jest środkiem

konserwującym dotychczasowy obłędny system.

Niektórzy ekonomiści np. Nassim Taleb twierdzą że należy znacjonalizować
największe i najbardziej zagrożone banki a potem ponownie je
sprywatyzować. Tak zrobiono w Szwecji w latach 90tych. To może
i byłoby tańsze i skuteczniejsze niż powierzanie spanikowanym
bankierom kolejnych pakietów, bo jak na razie nie przyniosło to
oczekiwanych rezultatów.
Jest tylko jeden problem: jak pozostałe
banki będą mogły konkurować z tymi upaństwowionymi? A kto potem odkupi te
ostatnie?
Rylew   |28.02.2009 13:14:59
Te problemy wydają się niewielkiej rangi. Po pierwsze jak konkurować to

problem tych banków. Po drugie - Kto odkupi te ostatnie ?
A kto odkupił je w
Szwecji ?
Po trzecie ja jestem zdania, że wszystkie istotne banki powinny być
państwowe
i służyć gospodarce ograniczając jej drenaż do niezbędnego minimum,
nie mówiąc już
o zajmowaniu się hazardem i niszczeniem firm na giełdzie lub o
spekulacjach
walutowych.
Rylew   |28.02.2009 14:08:59
Na polskiej scenie
Jeżeli kryzys będzie mały to nie ma o czym gadać.
Jeżeli
będzie znaczny, a na to wygląda, bo duża większość banków w rękach obcego
kapitału będzie finansować obce gospodarki kupując
podobno pewniejsze
obligacje państw zachodnich to się będzie działo.

Frustracja i gniew
większości mogą zostać zutylizowane na potrzeby
ruchu
nacjonalistycznego.
Twierdzę, że nacjonalizm jest reakcją alergiczną
narodu na odbieranie mu godności.
Jednak z doświadczenia ostatnich lat ta
alternatywa w Polsce wydaje
się mniej prawdopodobna, chociaż wszystko zależy
od zręczności operatywności i wizerunku kierownictwa.

Inną możliwością,
możliwością z rozsądku byłoby
organizowanie się
i powiększanie ruchu
związkowego, świadomości lewicowej, partii
lewicowych, społecznego ruchu
lewicowego z przekształceniem go w partię. Może to być coś w rodzaju burzy na
lewicy w której coś padnie,
coś pójdzie w rozkurz, a to co zostanie po burzy
zespoli się i urośnie.

Gdyby to się nie mogło z różnych przyczyn zrealizować
to może w czasie burzy ( strajki, wiece, wielkie demonstracje, strajk
powszechny)
powstanie jakiś WRON II i ustanowi rząd fachowców z najlepszych
jakich Polska posiada niezależnie od orientacji politycznej, a działalność
partyjna zostanie zakazana. Przynajmniej na trudny czas.
Zdaje się, że wchodzę
w sferę marzeń :).
blaise   |28.02.2009 14:23:43
Cytat:
Te problemy wydają się niewielkiej rangi. Po pierwsze jak konkurować to

problem tych banków. Po drugie - Kto odkupi te ostatnie ?
A
kto odkupił je w Szwecji ?


No ale trzeba uwzględnić różnice między Szwecją w owym czasie a obecną
sytuacją. Co do konkurencji między prywatnymi bankami a tymi, które
pozostaną w prywatnych rękach to chodziło mi o to czy w praktyce nie będzie
to oznaczać całkowitej nacjonalizacji systemu finansowego. Nie wiem co
by się stało gdyby rozeszła się wieść, że państwo zamierza wywłaszczyć
prywatnych właścicieli.
Goodbye mister capitalism?
blaise   |28.02.2009 14:25:38
sorry miało być "Co do konkurencji między upaństwowionymi bankami.."
blaise   |28.02.2009 17:23:55
Najgorsze jest to, że za walkę z kryzysem biorą się ci, którzy go sami wywołali
lub pośrednio do niego doprowadzili błędnymi rozstrzygnięciami, rozluźniając
system nadzoru. Bo jeśli im się uda opanować kryzys, to uda im się też wygrać
(ponownie) zasadę samoregulacji rynków, jeśli już nie w systemie bankowym, to w
pozostałych segmentach gospodarki.
Rylew   |01.03.2009 05:23:13
"Goodbye mister capitalism?"
Społeczny dyskurs w kwestii systemu
społecznego nacechowany jest
emocjami wynikającymi z używanych określeń, które
mają w sobie
pewien ładunek emocjonalny, ale zwykle ich dawne definicje nie
pasują
już do obecnego poziomu stosunków społecznych. Takimi słowami są

kapitalizm, socjalizm, sprawiedliwość społeczna, równość i wiele
innych.
Emocje utrudniają zrozumienie i porozumienie.

Na obecnym etapie
rozwoju potrzebny jest system społeczny w którym
w gospodarce konkurują ze sobą
na równych prawach różne formy własności, finanse mają służyć gospodarce (a nie
na odwrót), a władza
będąca reprezentacją większości stanowi i egzekwuje prawo
w kierunku równouprawnienia podmiotów gospodarczych, stopniowego zwalczania
wyzysku i oszustwa oraz wyniesienia roli pracy ponad kapitał.

Banki
prywatne nastawione na maksymalizację zysku w kapitalizmie są instrumentem
drenażu gospodarki, a im większy osiagają zysk tym większe wywołują straty w
gospodarce realnej. Zysk banków służy dalszemu drenażowi gospodarki i zadłużaniu
się gospodarki i ludności.
Można sobie wyobrazić rodzinę, która całe swoje
oszczędności,
całą kasę oddaje pod zarządzanie obcemu człowiekowi, który odtąd

jej własne pieniądze na wydatki tej rodziny pożycza jej, kasując prowizje
i
procenty. Fakt !
Tak swoją kasę oddały USA w ręce pośredników (FED) z
widocznym efektem.

Reasumując, finanse powinny być znacjonalizowane i służyć
narodowej gospodarce.

Zasady samoregulacji rynków nie da się obronić, bo
właśnie dokonuje się interwencja na niespotykaną dotąd na świecie skalę (skok
na kasę) i to w różnych sektorach gospodarki.
Obronić się może tylko
establishment kapitałowy do następnego kryzysu
jeśli ludzie nie zorientują się
kto ich okrada i nie chwycą za środki nacisku.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 01.03.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.08791 Seconds