|
Miałam siedemnaście lat, kiedy w listopadzie 1989 roku, opozycjonista i dramatopisarz wyreżyserował z praskiego teatru rewolucję. Byłam urzeczona baśnią o aksamitnej rewolucji i mężczyzną w średnim wieku o ciepłym uśmiechu, który, po tym jak spędził wiele lat w więzieniu, miał teraz zamieszkać we wspaniałym zamku.
Kilka miesięcy później, już jako pierwszy prezydent postkomunistycznej Czechosłowacji, Václav Havel wygłosił przemówienie w amerykańskim Kongresie. „Świadomość określa byt” – mówił – „a nie odwrotnie, jak twierdzą marksiści”. Nikt u nas nie wiedział, co to znaczyło, ale brzmiało pięknie. „Gdybym umiał tak przemawiać” – powiedział jeden z amerykańskich komentatorów – „wystartowałbym w wyborach na Pana Boga”.
Z pewnością żaden amerykański polityk nie przemawiał nigdy w taki sposób. W tamtym czasie, jako nastolatka, interesowałam się polityką demokratyczną, studiami nad pokojem i rewolucjami. Zaczytywałam się w tekstach amerykańskich działaczy na rzecz praw obywatelskich i aktywistów antywojennych z lat 60. i 70. – przede wszystkim Jerry’ego Rubina i Abbie Hoffmana. Zaczęłam poznawać teorię polityki: Tomasza Hobbesa, Johna Locke’a, J. S. Milla i Alexisa de Tocqueville. Wszystko, czego się dowiadywałam, było w istocie teorią liberalizmu: historią teleologicznego postępu ku liberalnej demokracji. Wszystkie teksty tworzyły konstrukcję, w której jeden element nabudowany był na drugim – aż po Abbiego Hoffmana. Havel był jednak dla mnie jedyny w swoim rodzaju. Zakochałam się w nim, a raczej w jego pismach. Odnalazłam w jego esejach zupełnie nowy dla mnie język, prozę pisaną w inny, bardziej subtelny sposób, w łagodniejszej tonacji, bardziej estetyczną.
Na poważnie zaczęłam czytać teksty Havla na studiach. Najpierw przeczytałam jego eseje publikowane pierwotnie w drugim obiegu, a następnie znakomicie przełożone przez Paula Wilsona. Wiosną 1992 roku siedziałam na trawie na parkingu w północnej Kalifornii, gdy obok odbywał się koncert Grateful Dead (cała ta sceneria tworzyła naprawdę równoległe polis, niezależne społeczeństwo obywatelskie obok tego panującego a zarazem poza tym panującym), a ja czytałam eseje Havla wydane po angielsku pod tytułem Living in Truth [Żyjąc w prawdzie].
Dopiero później, latem 1993 roku w Pradze, kiedy nauczyłam się pierwszych słów po czesku i ponownie przeczytałam te same eseje wydane w samizdacie, zaczęłam dostrzegać to, czego wcześniej nie zauważałam. Ja – jak i niemal wszyscy inni Amerykanie, a więc raczej „my” – nie rozumieliśmy tak naprawdę „antypolityki”. Skoro wiadomo było, że Havel jest działaczem na rzecz obrony praw człowieka i dysydentem, zakładaliśmy, że musi być liberałem w zachodnim stylu, ukształtowanym przez nasz kanon liberalnej teorii polityki. Wszystko, do czego Havel się naprawdę odwoływał, nam umykało – nawiązania do Jana Patočki, Emmanuela Levinasa, Martina Heideggera, a nawet do Karola Marksa, którego przekonanie o tym, że „byt określa świadomość” Havel tak elokwentnie zakwestionował w Waszyngtonie.
Dla mnie, najbardziej poruszający był esej Siła bezsilnych, który chyba przejdzie ostatecznie do historii jako najważniejszy intelektualny wkład Havla. To był – to jest – tekst głęboko antypopulistyczny. To także tekst, który wyraził to, co – jak się z czasem mogłam przekonać – tak wielu czuło, ale nie było w stanie wyartykułować.
Antybohaterem Havla był sprzedawca warzyw. Zwykły człowiek, który szedł każdego ranka do swojego sklepu i wystawiał w oknie, obok marchwi i cebuli, tablicę z napisem „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Sprzedawca warzyw nie wierzył oczywiście w to hasło, ale co miał zrobić? Havel nalegał, że nawet wtedy miał wybór. Właśnie sprzedawca warzyw, pozornie niewinny i bezsilny, podtrzymywał panowanie opresyjnego reżimu. Tym, co mnie uderzało, kiedy siedziałam i czytałam wtedy w Pradze wciąż od nowa Siłę bezsilnych, był kontrast między delikatnością stylu a surowością oskarżenia: „Jedynie pobieżny rzut oka – pisze Havel – może upoważniać do dzielenia społeczeństwa (a i to tylko z grubsza) na władców i rządzonych. […] W systemie posttotalitarnym [linia tego konfliktu] przebiega de facto przez każdego człowieka, gdyż każdy jest na swój sposób jego ofiarą i oparciem”1.
Havel, idealista, który obstawał przy „życiu w prawdzie”, miał do „ludzi” stosunek dość sceptyczny. To w końcu przede wszystkim „lud” pozwolił na to, żeby system trwał. To, czego się nauczyłam od Havla o moralnej dwuznaczności bycia zarówno ofiarą, jak i ciemiężcą, stanowiło moją przepustkę do traumatycznej przeszłości postkomunistycznej Europy. To był również początek fascynacji niejednoznacznością moralną, tymi momentami w historii, w których nie ma niewinnych wyborów. Ta fascynacja we mnie pozostała. Naznaczyła wszystko, co napisałam jako historyk – wszystko to nosi znamię wczesnego wpływu Havla.
Przełożyła Cveta Dimitrova
1 Vaclav Havel, Siła bezsilnych, przeł. Agnieszka Holland, w: Siła bezsilnych i inne eseje, Agora, Warszawa 2011, s. 101.
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...