|
Na kwestię rynku podręczników szkolnych i jego ewentualnej regulacji można patrzeć z różnych perspektyw. Można, jak robi to Piotr Marciuszuk, patrzeć nań z punktu widzenia interesu przedsiębiorcy-wydawcy. Wówczas każda inicjatywa grożąca zmniejszeniem puli środków płynących do kas wydawców staje się zagrożeniem. Można także zacząć od roli kultury w tworzeniu powszechnego dobrobytu, jak rozumiem propozycję Beaty Stasińskiej. Wówczas możliwość bardziej efektywnego (tańszego) zakupu podręczników i uwolnienia części środków na zakup innych dóbr kultury nawet za cenę centralizacji rynku książki szkolnej wydaje się propozycją atrakcyjną. Można wreszcie kwestię tę rozważać z punktu widzenia nierówności społeczno-ekonomicznych wpływających na nierówności w dostępie do edukacji. W takiej sytuacji postulat obniżenia kosztów zakupu podręczników staje się koniecznością, choć istnieje zapewne kilka alternatywnych sposobów jego osiągnięcia.
Tam, gdzie ja widziałbym przestrzeń ujawniających się nierówności ekonomicznych utrudniających części rodziców zakup nowych podręczników, tam Marciuszuk widzi rynek warty 1 mld rocznie. Wartość tego rynku mogłaby być jeszcze większa, gdyby nie zjawisko „odkupu” używanych podręczników oraz „niekupu” (tzn. ich niekupowania). Marciszuk pozuje na pryncypialnego liberała, więc nie proponuje odgórnych rozwiązań problemów nękających jego branżę np.: przez nakaz zakupu podręcznika i zakazu jego odsprzedaży. Chociaż gdyby się chwilę zastanowić…
Nie trzeba dużej wyobraźni, aby zobaczyć wydawców edukacyjnych, którzy wzorem koncernu Monsanto modyfikującego sprzedawane nasiona tak, aby nie nadawały się do powtórnego siewu, wytwarzają „podręczniki jednoroczne”. Książki po sezonowym użytkowaniu ulegałyby automatycznej biodegradacji, uniemożliwiając „odkup”. Zresztą nie chodzi o fantazjowanie: to już się dzieje. Świadomie, czy nie wydawcy zmienili technologię wytwarzania podręczników, odchodząc od twardych okładek i dobrej jakości papieru, czym wydatnie ograniczyli możliwość „odkupu” lub wieloletniego korzystania z książek w bibliotekach lub przez wielodzietne rodziny. Dodatkowo przedstawiciele handlowi wydawców wzorem przodowników z branży dóbr szybko zbywalnych „podkupują” sobie klientów, „przekupują” szkoły i nauczycieli, powodując ciągłe zmiany podręczników wykorzystywanych przez nauczycieli. Książki odziedziczone po starszej siostrze częściej można odsprzedać niż wykorzystać dla własnych potrzeb. Zagrożenie „niekupem” też jest ograniczane: obowiązek edukacyjny i wymóg realizacji programu nauczania powodują, że rodzice chcąc czy nie, podręczniki kupują. Gdyby tylko o zasady chodziło, to liberał mógłby przeciwstawić się i tej formie ograniczenia woli jednostek.
Stasińska proponuje ograniczenie liczby dopuszczonych do obrotu podręczników, co przy objęciu ich i lektur szkolnych systemem zakupów do bibliotek wprowadzi oszczędności w budżetach rodzinnych i być może bibliotecznych. Takie rozwiązanie wymaga odpowiedniej polityki edukacyjnej ministerstwa, zmierzającej do skutecznej selekcji dopuszczonych do użycia podręczników. Rozumiem, że Stasińskiej nie chodzi o tworzenie kanonu kontrolowanego przez państwo (a więc partię rządzącą), co zarzuca jej Marciuszuk, lecz kanonu wypracowywanego społecznie. Wzorem mógłby być sposób zarządzania mediami publicznymi przewidziany w przygotowanym przez twórców projekcie ustawy o mediach publicznych.
Z punktu widzenia równego dostępu do podręczników jest to rozwiązanie lepsze od obecnego. Nie jest przy tym istotne, czy państwo na tym zaoszczędzi, i czy zaoszczędzone środki zostaną wydane na armaty, masło albo muzea. Jest lepsze, ponieważ obecne rozwiązania zakładają, że tylko w sytuacji biedy, a więc kiedy rodziny mają problem z zaopatrzeniem w produkty pierwszej potrzeby, z pomocą (tylko im, czy też wydawcom?) przychodzi państwo finansujące tzw. wyprawkę szkolną. W sytuacji mniej dotkliwej deprywacji ekonomicznej koszt nabycia podręczników i tak spada na rodziców (dlatego też nic dziwnego, że 1/3 rynku książki to sprzedaż podręczników).
To, że rozwiązanie Stasińskie jest lepsze od stanu obecnego, nie oznacza, że jest najlepsze. Pewnie warto zastanowić się nad wykorzystaniem przez MEN wolnych licencji powodujących, że materiały do nauczania w szkołach stałyby się dobrem wspólnym, dostępnym w swobodny sposób. Na pewno zaś warto rozważania o „odkupie” i „niekupie” zastąpić refleksją nad tym, jak zapewnić dzieciom powszechny i równy dostęp do podręcznika, bo o ile podręcznik może (ale nie musi) być towarem, o tyle dostęp powinien być prawem.
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...