NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sadura: Podręcznik - towar o krótkim terminie przydatności Drukuj
Przemysław Sadura   
20.01.2011

Na kwestię rynku podręczników szkolnych i jego ewentualnej regulacji można patrzeć z różnych perspektyw. Można, jak robi to Piotr Marciuszuk, patrzeć nań z punktu widzenia interesu przedsiębiorcy-wydawcy. Wówczas każda inicjatywa grożąca zmniejszeniem puli środków płynących do kas wydawców staje się zagrożeniem. Można także zacząć od roli kultury w tworzeniu powszechnego dobrobytu, jak rozumiem propozycję Beaty Stasińskiej. Wówczas możliwość bardziej efektywnego (tańszego) zakupu podręczników i uwolnienia części środków na zakup innych dóbr kultury nawet za cenę centralizacji rynku książki szkolnej wydaje się propozycją atrakcyjną. Można wreszcie kwestię tę rozważać z punktu widzenia nierówności społeczno-ekonomicznych wpływających na nierówności w dostępie do edukacji. W takiej sytuacji postulat obniżenia kosztów zakupu podręczników staje się koniecznością, choć istnieje zapewne kilka alternatywnych sposobów jego osiągnięcia.


ksiazki.jpgTam, gdzie ja widziałbym przestrzeń ujawniających się nierówności ekonomicznych utrudniających części rodziców zakup nowych podręczników, tam Marciuszuk widzi rynek warty 1 mld rocznie. Wartość tego rynku mogłaby być jeszcze większa, gdyby nie zjawisko „odkupu” używanych podręczników oraz „niekupu” (tzn. ich niekupowania). Marciszuk pozuje na pryncypialnego liberała, więc nie proponuje odgórnych rozwiązań problemów nękających jego branżę np.: przez nakaz zakupu podręcznika i zakazu jego odsprzedaży. Chociaż gdyby się chwilę zastanowić… 


Nie trzeba dużej wyobraźni, aby zobaczyć wydawców edukacyjnych, którzy wzorem koncernu Monsanto modyfikującego sprzedawane nasiona tak, aby nie nadawały się do powtórnego siewu, wytwarzają „podręczniki jednoroczne”. Książki po sezonowym użytkowaniu ulegałyby automatycznej biodegradacji, uniemożliwiając „odkup”. Zresztą nie chodzi o fantazjowanie: to już się dzieje. Świadomie, czy nie wydawcy zmienili technologię wytwarzania podręczników, odchodząc od twardych okładek i dobrej jakości papieru, czym wydatnie ograniczyli możliwość „odkupu” lub wieloletniego korzystania z książek w bibliotekach lub przez wielodzietne rodziny. Dodatkowo przedstawiciele handlowi wydawców wzorem przodowników z branży dóbr szybko zbywalnych „podkupują” sobie klientów, „przekupują” szkoły i nauczycieli, powodując ciągłe zmiany podręczników wykorzystywanych przez nauczycieli. Książki odziedziczone po starszej siostrze częściej można odsprzedać niż wykorzystać dla własnych potrzeb. Zagrożenie „niekupem” też jest ograniczane: obowiązek edukacyjny i wymóg realizacji programu nauczania powodują, że rodzice chcąc czy nie, podręczniki kupują. Gdyby tylko o zasady chodziło, to liberał mógłby przeciwstawić się i tej formie ograniczenia woli jednostek.


Stasińska proponuje ograniczenie liczby dopuszczonych do obrotu podręczników, co przy objęciu ich i lektur szkolnych systemem zakupów do bibliotek wprowadzi oszczędności w budżetach rodzinnych i być może bibliotecznych. Takie rozwiązanie wymaga odpowiedniej polityki edukacyjnej ministerstwa, zmierzającej do skutecznej selekcji dopuszczonych do użycia podręczników. Rozumiem, że Stasińskiej nie chodzi o tworzenie kanonu kontrolowanego przez państwo (a więc partię rządzącą), co zarzuca jej Marciuszuk, lecz kanonu wypracowywanego społecznie. Wzorem mógłby być sposób zarządzania mediami publicznymi przewidziany w przygotowanym przez twórców projekcie ustawy o mediach publicznych. 


Z punktu widzenia równego dostępu do podręczników jest to rozwiązanie lepsze od obecnego. Nie jest przy tym istotne, czy państwo na tym zaoszczędzi, i czy zaoszczędzone środki zostaną wydane na armaty, masło albo muzea. Jest lepsze, ponieważ obecne rozwiązania zakładają, że tylko w sytuacji biedy, a więc kiedy rodziny mają problem z zaopatrzeniem w produkty pierwszej potrzeby, z pomocą (tylko im, czy też wydawcom?) przychodzi państwo finansujące tzw. wyprawkę szkolną. W sytuacji mniej dotkliwej deprywacji ekonomicznej koszt nabycia podręczników i tak spada na rodziców (dlatego też nic dziwnego, że 1/3 rynku książki to sprzedaż podręczników).


To, że rozwiązanie Stasińskie jest lepsze od stanu obecnego, nie oznacza, że jest najlepsze. Pewnie warto zastanowić się nad wykorzystaniem przez MEN wolnych licencji powodujących, że materiały do nauczania w szkołach stałyby się dobrem wspólnym, dostępnym w swobodny sposób. Na pewno zaś warto rozważania o „odkupie” i „niekupie” zastąpić refleksją nad tym, jak zapewnić dzieciom powszechny i równy dostęp do podręcznika, bo o ile podręcznik może (ale nie musi) być towarem, o tyle dostęp powinien być prawem.  

 

 
Komentarze
Dodaj nowy
Piciu  - podręczniki to nie jeansy   |20.01.2011 21:42:29
Podejście liberalne do rynku podręczników jest zupełnie nietrafione. Bo co to za
liberalizm, w którym klient nie kupuje tego, co mu się podoba, lecz to, co kupić
musi? Ten, kto decyduje o wyborze towaru (a w tym podejściu podręcznik jest
wszak tylko towarem) nie musi za niego płacić. Bo nauczyciel najczęściej nie
płaci.
Myślę jednak, że kwestia tego, czy podręczniki powinny być tańsze, czy
droższe, czy powinny przechodzić z rocznika na rocznik, czy też być sezonowe jak
jeansy z cekinami to są, za przeproszeniem pierdoły. Znacznie poważniejsza jest
kwestia ich fatalnej wartości merytorycznej. Mam do czynienia jako rodzic z
podręcznikami do podstawówki i do gimnzjum. I proszę mi wierzyć, że jestem
pewien, że większość z nich była napisana przez ludzi, którzy o metodyce
nauczania czytali co najwyżej kiedyś gdzieś w jakimś tygodniku. Największym
błędem jest, moim zdaniem, zachłyśnięcie się wzorcami brytyjskich podręczników
do nauki języka angielskiego. Owszem, te wzorce się sprawdzają, jeśli do
podręcznika jest dołączony porządny teachers book, który prowadzi nauczyciela za
rękę do tego stopnia, że nie musi on już nawet pisać konspektów. Ale w nauce
historii, biologii czy języka polskiego taki przeładowany ilustracjami i
kolorami, ciężki jak diabli i kompletnie pozbawiony definicji podręcznik jest do
niczego. Proszę zwrócić uwagę, jak jest skonstruowana choćby wikipedia. Jest
przejrzysta i czytelna! I dlatego odniosła taki sukces. Gdyby były w niej
wodotryski, dialogi i ozdobniki
Księgarz  - drożyzna językowa   |22.01.2011 09:11:31
jestem księgarzem, sprzedaję przede wszystkim podręczniki do nauki języków
obcych, więc tylko do takich się odniosę.
zaznaczam, że to, co napiszę poniżej
na temat cen, jest wbrew moim interesom, więc o interesowność proszę mnie nie
podejrzewać. może po prostu nie mogę już znieść widoku ludzi, którym uginają się
nogi, kiedy mówię im, ile mają zapłacić.
cena kompletu (podręcznik + ćwiczenia)
do angielskiego do jednej klasy szkoły średniej dochodzi do 100 zł! przyznajmy,
że jest to cena niesłychana, bezczelna. wyznaczana odgórnie przez wydawnictwa,
które publikują cenniki lub umieszczają ceny w katalogach - co roku wyższe
oczywiście. rada na to wydaje się niesłychanie prosta: ministerstwo, mając w
ręku tak potężne narzędzie jak dopuszczenie podręcznika do użytku szkolnego,
mogło by łatwo ograniczyć ceny, uznając je za jedno z kryteriów uzyskania
dopuszczenia. najwyraźniej brakuje więc chęci.
co do ‘biodegradowalnych’
książek: wielkie zachodnie wydawnictwa postępują wręcz odwrotnie niż pisze
Sadura - chyba jeszcze sprytniej. otóż książki drukują na coraz lepszym
papierze. błyszczący papier w podręcznikach (w których znajdują się zadania do
wypełnienia) powoduje, że nawet ołówek odciska się tak, że nie można go do końca
zetrzeć. oprócz tego stosuje się wycinanki, naklejki itp. tak wygląda walka ze
znienawidzonym w branży "rynkiem wtórnym" - bo tak się tu nazywa owe
"odkupy" i "niekupy".
i jeszcze jedno: co 2-3 lata każdy tytuł
pojawia się w wersji "new" - od tego momentu "stara" wersja
staje się makulaturą. (ten problem, to już problem bardziej księgarzy niż
uczniów, przyznaję)
mip  - jak wyżej   |22.01.2011 16:14:29
zgadzam się z panem powyżej :) to nie tylko polski problem, Richard Feynman w
swojej autobiografii opisuje, jak członkowie komisji oceniającej podręczniki
wystawiali oceny pustym okładkom, bo wydawca nie dostarczył książki…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.01.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.83984 Seconds