|
Tsunami, ta czarna breja z morza rodem, zalało nie tylko Japonię, pochłonęło też wszystkie kanały telewizyjne. I to tak doszczętnie, że w dziennikach i informacjach zniknęła pod nim Libia. Akurat Libia. To państwo i jego obłąkany właściciel Kaddafi od lat jest elementarzem prawdziwej tyranii i dyktatury. (Prawdziwej! Tych, którzy protestują u nas co rok pod oknem Generała, zdmuchnięto by tam razem z ich świecami i rodzinami). Podnieść się, stawić jej czoła, to walka na śmierć i życie, tak przerażająca i okrutna, że wisi mi to, czy jestem patetyczny, czy nie. Libijczycy podnieśli się więc, po tylu latach. Podnieśli i zostali sami. Giną teraz kameralnie, w zaciszu domowego ogniska, w najlepszym razie na YouTube. Kaddafi ma w dupie, co tam bąka nieśmiało świat, robi swoje krwawe dorzynki. Pod osłoną atomowego zagrożenia, bo świat nie umie oglądać dwóch programów jednocześnie. Ten medialny pech, ta bessa, ten zły absolutnie timing wsadził Libię do ciemnej, zatęchłej studni, w które wegetować będą o samej wodzie do żałosnego swojego końca.
Jest 17 marca 2011. Jestem akurat w Niemczech. Na czoło peletonu problemów wysuwają się, jak następuje, elektrownie atomowe i tabletki jodowe. Elektrownie Niemcy chcą sukcesywnie zamykać. U siebie, chociaż wokół nich, w państwach ościennych, pełno innych, w stanie o wiele bardziej wątpliwym. I chociaż ostatnim trzęsieniem ziemi, jakie ten kraj nawiedziło, było trzecie miejsce niemieckiej drużyny w czasie ostatnich mistrzostw świata w piłce nożnej.
Na tabletki jodowe popyt jest taki, że przejściowo brak ich w aptekach. Nie chodzi tu o spontaniczną akcję wysyłkową do Japonii, tych nie ma, o dziwo, prawie wcale; widocznie Europejczycy wychodzą z założenia, że skoro Japończycy mają tyle toyot, że prędzej ich krew zaleje niż tsunami, to mogą w nich mieszkać. Chodzi o spożywanie tabletek tych tu, na miejscu. W razie gdyby radioaktywna chmura, wspomagana nieobliczalnym wiatrem, rozmyśliła się i zamiast na Tokio wzięła kurs na Niemcy. Japończycy fajni, ale mali jacyś. I podobni do siebie. I ponoć słabi w łóżku.
Wzrosła też sprzedaż przyrządów do pomiaru stężenia radioaktywnego. Radziłbym Niemcom zaopatrzyć się już teraz, natychmiast, w papierowe maski ochronne. Niech chodzą w nich wszyscy, niech staną się one rodzajem germańskiej burki. I bez przesady z tym chodzeniem, niech wszyscy zejdą, już teraz, do atomowych schronów. Wtedy ja wyjdę sobie na miasto, puste.
I nareszcie nikt nie będzie mnie tu wkurwiać.
*Janusz Rudnicki - pisarz i eseista, autor m.in. książek Męka kartoflana, Śmierć czeskiego psa.
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...