|
Cała polska sfera publiczna wydaje się dziś zatruta prze źle rozumiany patriotyzm. Taki, w którym walczy się o abstrakcyjną „godność Polski”, a nie o dobro jej konkretnych obywateli. I, co gorsza, taki, w którym owa „godność Polski” jest w znakomitym stopniu pretekstem dla walki o własny polityczny interes. A w „najlepszym” razie – przykrywką dla własnego oportunizmu lub własnej bezmyślności.
Gdyby sprawa dotyczyła tylko PiS lub „oszołomskiej prawicy”, nie byłoby o czym mówić ni pisać. Ale po ogłoszeniu raportu MAK tak rozumiany patriotyzm zaczął się masowo udzielać – częściowo wskutek ideologicznego szantażu i kłaniającego się przed nim oportunizmu, częściowo wskutek poczucia zagrożenia własnych interesów i towarzyszącego mu „pragmatyzmu”, częściowo wreszcie za sprawą zwyczajnej epidemii emocji - również środowiskom uznawanym do tej pory za umiarkowane, a nawet za kontestacyjne wobec ideologicznego polskiego mainstreamu. Nie tylko Kaczyński, Macierewicz i Fotyga, ale także minister Miller ze swoją komisją i sam premier Tusk, a także prezydencki doradca Tomasz Nałęcz, ba, nawet Jacek Żakowski, twierdzą, że wiedza, iż raport MAK, jeśli nawet nie jest całkowitą manipulacją, na pewno jest „niekompletny” i „nieuczciwy”, bo nie uwzględnia czynnika dla wszystkich polskich patriotów fundamentalnego, jakim jest wina Rosji. Prawdziwi patrioci twierdzą przy tym, że po stronie Rosji leży cała wina, natomiast patrioci z odzysku skłonni są uznać wspaniałomyślnie, że również Polacy nieco (mniej lub bardziej) zawinili, ale „ruscy” są przynajmniej współwinni.
W świetle znanych faktów wina Rosjan jest zaiste porażająca. Po pierwsze, zgodzili się na to, by Polacy lądowali w Smoleńsku, choć lotnisko zostało tam praktycznie zlikwidowane i nie spełniało żadnych standardów. Po drugie, nie uprzedzili na czas (czyli jeszcze przed wylotem prezydenckiego Tupolewa z Warszawy), że w Smoleńsku jest mgła, nawet jeśli Polacy taką informację mogli i powinni zdobyć sami. Po trzecie i przede wszystkim, nie zabronili kategorycznie lądować w warunkach uniemożliwiających lądowanie, a jedynie poinformowali, że „warunków do lądowania nie ma”. Po czwarte, dezinformowali polską załogę, że samolot jest „na kursie, na ścieżce”, chociaż na swoim bieda-radarze nic prawie nie widzieli, a tymczasem od pewnego momentu samolot wcale na ścieżce już nie był. Że bez „kwitowania” wysokości przez polską załogę nie mieli żadnych możliwości, by to ustalić, to znów tylko ich wina – jeśli nie kontrolerów, to ich sprzętu. I ogólnej bieda-nędzy na lotnisku, nawet jeśli skorzystania z tej bieda-nędzy stanowczo życzyli sobie sami Polacy.
W sumie, jak zwykle, Polska została przez Rosję co najmniej skrzywdzona. W „rozsądnej” wersji dlatego, że nie spotkała się z jej strony z należytą opieką. Przecież Rosjanie mogli przeszkodzić nam się zabić. Nie dopuścić do tego, byśmy popełnili błędy. Albo nas uratować mimo naszych błędów. Przecież mogli od początku do końca prowadzić nas za rękę! Dlaczego tego nie zrobili? Ich wina, wielka, bardzo wielka wina.
Polskie pretensje wobec Rosjan reprezentowane przez „komisję Millera”, uznawane na ogół za „rozsądne obiekcje”, sprowadzają się w istocie do takich właśnie żalów. Żalom tym można by wytknąć tylko infantylizm („Dlaczego, mamusiu, mnie nie przestrzegłaś/nie uratowałaś? Ja sam jestem przecież taki malutki, taki głupiutki…”), gdyby w grę nie wchodził oczywisty polityczny i personalny interes osób, które takie żale leją. Nietrudno jednak zauważyć, że co poniektórzy usiłują w ten sposób odwrócić uwagę od własnej, choć pośredniej, odpowiedzialności za smoleńską katastrofę: za szkolenie pilotów, za organizację lotu, w ogóle za stan polskiego państwa.
Wyziewy patriotyzmu à la PiS są groźne, tym groźniejsze, im szerszym grupom się udzielają. Pod pretekstem obrony „całej prawdy” i „polskiej czci” polskie elity polityczne i opiniotwórcze gotowe są zminimalizować i zakłamać oczywistą polską odpowiedzialność za tę katastrofę – zarówno po stronie ekipy śp. Prezydenta, jak po stronie rządzącej koalicji.
W czasach rządów PiS wielu mawiało, nie bez racji, że to PiS narzuca język debaty publicznej. Po publikacji raportu MAK dzieje się podobnie. Świadczy to nie tyle o mocach Jarosława Kaczyńskiego i spółki, ile o słabości polskiego rozumu i stanie naszej publicznej debaty.
Błagam, nie dajmy się zatruć wyziewom fałszywego patriotyzmu. Społeczeństwo stać na to, bo (wnosząc chociażby z niektórych dyskusji na internetowych forach) wolno wierzyć, że w sumie jest ono lepsze od swoich „elit”. W każdym razie warto go bronić – razem z prawdą – przed obrońcami „polskiej godności”.

*prof. Małgorzata Kowalska - kierowniczka katedry filozofii na Instytucie Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku, autorka rozpraw i esejów poświęconych francuskiej humanistyce w XX wieku. Zajmuje się przede wszystkim filozofią społeczną i polityczną, niegdyś też angażowała się bezpośrednio w politykę - była jednym z członków-założycieli Unii Pracy. Członkini zespołu „Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...