|
Obniżenie o połowę wpłat z budżetu przypomina los ustawy parytetowej. Wielka sprawa, gorące debaty. A efekt? Tak obmierzony, żeby główna zmiana polegała na zamknięciu ust krytykującym. Kwota 35 procent. I Środa syta, i Schetyna cały. Kto się będzie kłócił o więcej, wypadnie na niewdzięcznika, fanatyka, przeciwnika kompromisów. Kto chce? Po kilku naiwnych pochwalnych komentarzach widać, już kto nie chce, ale wróćmy do wczorajszego głosowania.
Najpierw wszystkie finansowane z budżetu partie wydały żałosny jęk i ogłosiły większą mobilizację niż w jakiejkolwiek innej sprawie. Kto miał złudzenia, mógł się przekonać, co jest najważniejsze dla polskich partii politycznych. Kasy raz przyznanej w 2001 roku, nie oddamy nigdy! Program a raczej zestaw sloganów zawsze sobie można na bieżąco dostosować, ale bez kasy się nie da. PO jako partia tysięcy urzędników, posłów, eurodeputowanych, prezydentów miast, burmistrzów, radnych mogła sobie pozwolić na gest, pod warunkiem, że jeszcze bardziej uderzy on w konkurencję. Ile warta jest ta konkurencja, najlepiej widać po pierwszym parlamentarnym sukcesie PJN, którego członkowie nagle zrobili się pryncypialnie oszczędni, choć przecież kilka tygodni temu, jego posłanki i posłowie w szeregach PiS Rejtanem bronili budżetowych dotacji.
To ograniczenie finansowania nie zmienia w polskiej polityce partyjnej niemal nic. Bo ci, którzy dostaną połowę zakładanych wcześniej środków, i tak mają kolosalną przewagę nad każdą potencjalną konkurencją. Do tego zostają jeszcze partyjne nieruchomości (przyznane oczywiście za wkład w wolność i demokrację) i dobrowolne datki od tysięcy poobsadzanych na wszystkich możliwych szczeblach państwa i samorządu członków. Zresztą całkowita likwidacja budżetowych środków na partie w krótkiej perspektywie również podtrzymałaby status quo – zamknięty kartel partii z ekonomicznym zakazem wstępu dla rzeczywistej konkurencji. A ta nie jest tak oswojona jak koledzy z ław sejmowych, którzy się znają jak łyse konie. Z nimi można klepać w kółko o tym samym (czyli głównie o niczym) i patrzeć całkiem spokojnie, komu ze znajomych trochę urosło w słupkach, komu trochę spadło, a kto się przetransferował do partii obok. Żeby z tego zamkniętego obiegu wypaść, trzeba się samemu wypisać albo podskoczyć jednemu z czterech bardzo groźnych wodzów.
A nie chodzi tu tylko o zasady, ale także o obniżający się stale poziom debaty publicznej, na co wszyscy tak narzekają, a najbardziej sami jej organizatorzy i uczestnicy. Z jakiego powodu miałby szybować w górę, skoro wszystko jest rozdane – elektoraty, słupki, czas antenowy? Nic nie trzeba wymyślać, wystarczy tylko straszyć sobą nawzajem i do tego właśnie sprowadzają się w Polsce kampanie wyborcze.Partyjna kasa i selekcja negatywna skutecznie odstraszają kogokolwiek, kto się wstydzi kompromitować w wyścigu na rozpoznawalność, zmieniać poglądy jak rękawiczki, kłamać w żywe oczy. Po zejściu ze sceny i ochłonięciu po medialnych wygibasach, ci sami panowie przybijają sobię pionę i mają się za wielkich cwaniaków, prawdziwych twardzieli „od głównej gry”. O zabetonowaniu, kartelizacji, szkodliwym systemie finansowania partii i reklamy politycznej z budżetu państwa, trąbiliśmy od lat. Dziś mówią o tym wszyscy, bo czarno na białym widać beznadzieję rządzącą polską polityką, w której poważnych ludzi zostało już dosłownie kilku, a wszystkie nowe inicjatywy (nawet te budowane ze starych elementów) rozbijają się o mur. I do tych wszystkich, można będzie się teraz cynicznie uśmiechnąć i powiedzieć: No co? Przecież obcięliśmy sobie o połowę.
Pytanie nie brzmi: „płacić czy nie płacić z budżetu”. Płacić, bo próżnię po środkach publicznych natychmiast wypełnią pieniądze wielkich grup interesu. Realną zmianę może jednak przynieść dopiero demokratyzacja rozdziału środków i kontrola partyjnych wydatków. Dziś najwięcej głosów (i w efekcie dotacji) dostają ci, którzy przeprowadzą największą kampanię. A chodzi o to, żeby zamiast uśmiechniętych twarzy liderów przy autostradzie, obywatele zobaczyli je na wiecu, w dyskusji, w bezpośredniej konfrontacji – także w małych miasteczkach, nie tylko w stolicy. A zamiast na kampanie telewizyjne, partie wydały środki na kilka porządnych ekspertyz i minimalnie trzymający się kupy program. Fantazje? Niekoniecznie – już zakaz reklamy billboardowej i płatnych spotów wyborczych w telewizji radykalnie poprawia sytuację. Jeśli do tego uda się poszerzyć dostęp do publicznych środków i„spłaszczyć” zróżnicowanie dotacji (partie nowe, mniejsze itd.),kampania wyborcza będzie miała przynajmniej szansę artykułować problemy, a nie wyłącznie narcyzm „jedynek” na listach.
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...