To prawdopodobnie koniec Berlusconiego. Berlusconi pokonał się sam. Gdyby nie to, mógłby jeszcze długo rządzić, nie przejmując się żadną opozycją. Komentarz Tomasza Piątka.
Silvio Berlusconi stracił większość parlamentarną i zapowiedział, że poda się do dymisji po tym, jak parlament uchwali „ustawę o stabilności finansowej”, zawierającą drastyczne cięcia w wydatkach socjalnych. Przeciwko takiemu rozwiązaniu, jak i całej ustawie, zaprotestował między innymi słynny były prokurator Antonio Di Pietro, bohater antykorupcyjnego śledztwa „Czyste ręce”, które obaliło skorumpowany chadecko-pseudosocjalistyczny reżim rządzący wcześniej we Włoszech.
Ruchy Berlusconiego nie są jasne. W jednej chwili próbuje zmusić prezydenta Giorgio Napolitano, aby ten nominował na premiera Angelino Alfano. Zaraz potem – domaga się od razu nowych wyborów. Prezydent Napolitano sugeruje powołanie (prawdopodobnie pod kierownictwem byłego komisarza europejskiego, Mario Montiego) wielopartyjnego rządu już nawet nie zgody narodowej, a „narodowego alarmu” (tak nazywają go Włosi). Ten alarm związany jest z zagrożeniem, które najbardziej teraz przeraża włoską elitę: chodzi o kryzys ekonomiczny na grecką miarę. Jeśli taki rząd narodowego alarmu nie zostanie powołany, wtedy rzeczywiście nie ma innego wyjścia, tylko przyspieszone nowe wybory i jeszcze bardziej przyspieszona kampania wyborcza – mówi Napolitano.
A w kampaniach wyborczych Berlusconi jest mocny. Ma nadal swoje telewizje - i ogromne doświadczenie w nabijaniu Włochów w butelkę. Czy jest więc możliwe, że dzięki swoim reklamówkom i piosenkom wyborczym lider prawicy znowu wypłynie na powierzchnię?
Włoscy komentatorzy uważają, że nie. Berlusconi zrobił dużo, żeby zniechęcić do siebie ludzi. Przez wszystkie lata swoich rządów nie spełnił (bo i nie mógł) swoich neoliberalnych obietnic wyborczych. Skandale erotyczne, imprezy „bunga-bunga” dobiły go w oczach jego najwierniejszych wyborców: kobiet z klasy średniej. W 1994 roku wystartował pod hasłem: „Kraj, który kocham” (Włochy, oczywiście). W roku 2011 podsłuchano, jak mówił o Włoszech: „Kraj gówniany”.
Smutnym faktem jest jednak to, że Berlusconi pokonał się sam.Wysiłki lewicy, aby go zwyciężyć, przez długi czas nie dawały nic. Wyborcy Berlusconiego byli zapatrzeni w swojego lidera, głusi na lewicowe argumenty. Gdyby Berlusconi sam się nie pogrążył, mógłby jeszcze długo rządzić nie przejmując się żadną opozycją.
To prawdopodobnie koniec Berlusconiego. Ale zapewne nie koniec „ustawy o stabilności finansowej”. Kryzys, zagrożenie, „narodowy alarm” jest idealnym momentem na to, aby przepchnąć ustawę, którą Antonio Di Pietro nazwał „socjalną rzeźnią”.
Na podobny temat
|
Jest nauka w sensie pracowitego latam...
Olek Radynski pisał tu chyba jakiś cz...