NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Piątek: Zuping, jogging i dobre uczynki Drukuj
Tomasz Piątek   
14.05.2010
Był profesorem ekonomii, ministrem finansów, przywódcą partii rządzącej, prezesem banku narodowego. Tym wszystkim był kiedyś, teraz był autorytetem. Wytrzymał całe lata ludzkiej nienawiści i nigdy się przed nią nie ugiął. Resztę życia mógłby spędzić w wygodnym fotelu, wspominając to, czego dokonał. Ale on nie miał zwyczaju siadywać w fotelu. Był biegaczem. Dosłownie (jogging, jogging!) i w przenośni.
Popchnął kraj o sto lat do przodu, nadał mu pęd i siłę. Dzięki niemu ludzie wzięli sprawy we własne drżące ręce i zaczęli coś tymi drżącymi rękami robić. Zostali rzuceni na głęboką wodę, może nawet z rekinami. Ale zasadniczo dali sobie radę. Jak mawiał wschodni mędrzec: na trzeci dzień po porodzie tygrysica zanosi swoje małe na wydmę i zrzuca je z piaszczystego zbocza. Potem opiekuje się tylko tymi, które są w stanie wspiąć się z powrotem do matki. Ja jestem jak ta tygrysica, tylko lepsza. Ona zabiera najlepszych wspinaczy i odchodzi. Ja wciąż czekam na resztę. Nie zejdę i nie pomogę tym, co się grzebią, bo wtedy bym ich skrzywdził. Ale nie zostawiam ich samych. Porykuję z góry, aby słyszeli mój głos, aby zebrali siły do wysiłku. Nie jestem sentymentalny, ale nie jestem też bestią bez serca. Jestem cierpliwą, kochającą tygrysicą. Ja na tej wydmie od dwudziestu lat czekam.      
Tego oczywiście nie powiem, pomyślał. Moi wrogowie. Wiedziałem, że będzie ich wielu, ale aż tylu? Wykorzystają każdą śmieszność. Pan Minister Prezes Profesor Tygrysica. Teraz trzeba sobie powtórzyć w głowie najważniejsze rzeczy – te, co zawsze. Szokowa terapia była niezbędna. Ludzie pracujący nie mogą utrzymywać nierobów o wyuczonej nieporadności. To byłoby niesprawiedliwe. Opiekę społeczną trzeba zredukować do kalek, inwalidów. Poza tym państwo jest bezapelacyjnie nieefektywne. Pomocą lepiej zajmie się prywatna inicjatywa, ludzka dobroczynność. Więcej: szokowa terapia znowu jest niezbędna. Trzeba popchnąć kraj o następne sto lat. Jeszcze więcej wolności, mniej obciążeń dla tych, którzy już pracują. Oczywiście, niższe podatki, jak zawsze. Nierentowną infrastrukturę trzeba zlikwidować. Nie twórzmy sztucznie miejsc pracy w miejscach zacofania! Żeby drzewo rosło zdrowo, słabsze gałęzie muszą uschnąć. Znowu wspinam się na wydmę z moimi dziećmi w pysku. Ciekawe, ile tym razem będę musiał czekać.
Wyszedł do młodej dziennikarki, spróbował się uśmiechnąć, ale jak zawsze od dwudziestu lat wyszedł mu wyraz rozpaczliwej powagi. A wtedy długowłosy aniołek z dyktafonem zadał mu najdziwniejsze pytanie jego życia. 
Tomek zszedł do sklepu mięsnego na dole. Jak zwykle kolejka. Jak zwykle starsze panie, które długo wybierały drobne skrawki mięsa. Potem powoli liczyły drobniaki, sprawdzały, czy je stać na taki zakup, myliły się. I właśnie dlatego Tomek tu przychodził. Jeżeli w mięsnym kupują same starsze panie, to dobry znak. Starsze panie pamiętają jeszcze, jak smakuje prawdziwy kurczak, karmiony ziarnem, a nie mączką tucząco-spulchniającą, pośmiertnie nastrzykiwany gluto-wypełniaczem. Tomek coś niecoś wiedział o tych mączkach i glutach, bo pracował w reklamie. Nieraz dyskutował z producentem na temat zawartości jedzenia w jedzeniu i zawartości prawdy w opisie produktu.
Baza na zupę składała się z kurczaka i wieprzowiny. Hania wołowiny nie jadła. Była buddystką. Unikała krewetek, rybek i innych muli, bo wtedy musiałaby żerować na śmierci wielu mniejszych istot. Jeśli już mięso, to z większego zwierzęcia. Lepiej, żeby wiele osób korzystało z jednej śmierci, niż żeby jedna osoba zażerała się wieloma śmierciami. Niestety, ta zasada nie dotyczyła wołowiny. Dla krówek i cielaczków Hania miała współczucie bezwarunkowe, ze względu na ich wyraz mordy. Tomek już się do tego przyzwyczaił. Sam był ewangelikiem, czytał Biblię i wiedział, że Bóg do zabijania zwierząt też ma stosunek, hm, niejednoznacznie akceptujący. W Starym Testamencie wprawdzie pozwolił swoim wiernym na jedzenie mięsa, ale pod warunkiem usunięcia krwi. Krew była uważana za esencję życia. I Bóg niechętnie godził się na to, aby życie żywiło się życiem, silniejsi słabszymi. Czasem było to nieuniknione, na tym świecie zepsutym przez Szatana – ale Bóg jednak chciał, aby wszędzie, gdzie się da, usuwać życiożerstwo, przynajmniej to najgorsze. Tomek bardzo lubił krew. Tatara, czerninę, kaszankę. Teraz, po ślubie z Hanią, skończyły się wszelkie rozterki na ten temat. Teraz po prostu nie jadł krwi, bo Hania na jej widok dostawała spazmów. Myślała o niej podobnie jak Bóg.  
Wspiął się po schodach na drugie piętro zapuszczonej łódzkiej kamienicy, w której mieszkali, razem z synem, psem, kotem, a teraz także – ogromną, ponad trzymetrową choinką. Jak to w Łodzi, malutkie mieszkanko miało bardzo wysoki sufit. Tego dnia syna nie było, spał u babci. Lubo natomiast przybiegł od razu, z wizgiem i jękiem, który miał pewnie znaczyć: „Jak mogłeś mnie opuścić! Myślałem, że nie wrócisz! Bez ciebie nie przeżyję!”. Lubo był porzuconym, znalezionym w lesie kundlem. Intensywnie machał ogonem, na którym wieszała się mała, biała kicia. Wielki, ruchliwy pies stanowił dla niej cały park rozrywki. 
W lodówce był żółty ser, cebula, ziemniaki, trochę włoskiej, pięknie karbowanej kapusty. I skarb: resztka smalcu z dzika. Jeden z klientów Hani i Tomka, dostawca dziczyzny, przechodził właśnie kryzys. Tak samo jak Hania i Tomek. Płacił więc w naturze, ostatnio smalcem, który szybko znikał.
 – Starczy – powiedział Tomek do otwartej lodówki. Lodówka mruknęła sceptycznie, więc na razie została zamknięta. No i zaczęło się. Tomek umył mięso i wrzucił do garnka pełnego zimnej wody. Wyjął z siatki włoszczyznę, oskrobał, umył i dorzucił do gara. Dodał cebulę i czosnek (polski, z Rynku Bałuckiego. Miał smak, w przeciwieństwie do chińskiego w sklepach). Dodał liść laurowy i angielskie ziele. Dodał ostatnią resztkę świeżej bazylii (od miesiąca nie kupowali świeżych ziół). No, nie będzie to czysto polska zupa. Ale czy musi? Ważne, żeby była jakaś. Zrobimy ją trochę bardziej francuską albo powiedzmy, prowansalską. Posolił. Dodał pieprzu i odrobinę ostrej papryki. Wziął zapalniczkę do ręki – i tu zamarł w obliczu dylematu. „Mały ogień? Może się nie ugotować na czas, a Hania pewnie zaraz wyjedzie ze Zduńskiej Woli, od klienta. Godzina jazdy. Większy ogień. Ale przecież na malutkim ogieńku, pod przykryciem – to podstawowa zasada! Tylko wtedy powstaje coś, co można nazwać zupą”.
Zadzwonił. – Kochanie, za ile będziesz? Zawsze, gdy ją słyszał na niewidzianego – w telefonie, w nocy w łóżku – widział w głowie jej głos jak coś w rodzaju płomyka, ale idealnie okrągłego. – Wiesz… Jeszcze dwie godziny co najmniej, nie gniewaj się, coś wypadło. –  Dobrze. Bo ja robię zupę. – Zupę! To spróbuję jak najszybciej.  – Nie, nie, zrób wszystko spokojnie, kochanie. Ja tu mam co robić.
Zupa. Kiedy Tomek gotował, nie umiał dać jej spokoju. A musiał – przecież podstawowa zasada: powolutku, pod przykryciem, bez odkrywania… Dlatego usiadł do niej tyłem, udając, że wcale zupy nie ma. Na stole położył sobie Doktrynę szoku Naomi Klein i zaczął czytać. Czytał, czytał – i przerwał. Opis grabieży Iraku i torturowania Arabów przez amerykańskich żołnierzy-ochroniarzy jakoś dziwnie zaczął brzęczeć mu w głowie. Kiedyś przemoc wyłącznie mnie cieszyła, pomyślał, najbardziej oczywiście w łóżku. A teraz… A teraz chyba się starzeję. Ciekawe, jak w tym Iraku się odznaczyli nasi dzielni żołnierze? Czy też zdobyli sprawność Elektrycznego Pastucha Odbytu? Czarny humor. Czarny humor też mnie jakoś nie kręci. Mam tylko trzydzieści pięć lat. A prognozy rynku zapowiadały, że moje pokolenie aż do pięćdziesiątego roku życia utrzyma młodzieńcze zachowania i ze wszystkiego będzie sobie robić klabing. Klabing! Nie klabing, tylko zuping!Rzucił się do garnka i na chwilę uniósł pokrywkę. Jeszcze bardziej skręcił ogieniek i znowu przykrył. Zuping tak, kipping nie. W sensie kipienie. Zaraz, już zakipiała? Na tych lekturach i rozmyślaniach zeszła mi godzina. Nie zauważyłem. Dobra, Irak Irakiem, a zupa zupą.


bluszcz.pngFragment opowiadania, które ukazało się w majowym numerze miesięcznika „
Bluszcz”.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 17.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.94966 Seconds