Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Piątek: Słowo jest za darmo Drukuj
Tomasz Piątek   
29.05.2009
Drodzy Państwo! 

Świat możliwy. Jak wygląda rzeczywistość oczami artystów - tak brzmi temat cyklu, którego ten odczyt jest częścią.  

Nie wiem jednak, czy do końca odpowiem na zadany temat.

Nie wiem, czy powinnością artysty jest przedstawiać świat albo rzeczywistość. Nie wiem, czy powinnością artysty jest przedstawiać wizję świata albo rzeczywistości.

Do niedawna też tak myślałem. Teraz nie wiem. Zaczyna rosnąć we mnie przeświadczenie, że celem artysty jest coś bardziej prawdziwego, świętego i trudnego do określenia.

Tym niemniej, spróbuję to określić.

I nie zacznę jak artysta, mówiący o rzeczach świętych i trudnych do określenia. Zacznę jak naukowiec-lingwista-technik, który właśnie chce dokonać opisu rzeczywistości.

Przypominam Państwu dwa trochę już zapomniane dzieła z pogranicza lingwistyki, antropologii kultury i psychologii: „Oralność i literackość” Waltera Onga, „Powłokę kultury” Derricka de Kerckhove. W obu tych książkach pojawia się pewna cenna dla mnie intuicja. Intuicja, zgodnie z którą pismo i pieniądz zostały wynalezione mniej więcej w tym samym czasie, bo prawdopodobnie pochodziły od tego samego pierwotnego systemu ideogramów.

Ta intuicja jest dla mnie szczególnie interesująca, bo sam miałem podobną, tylko może trochę dalej idącą. Nie chodziło o analogie pomiędzy pieniądzem a pismem, ale o analogie pomiędzy pismem a językiem.

Kiedy pisałem swoją pracę magisterską o możliwości zastąpienia języka polskiego przez angielski, zauważyłem pewną zbieżność, pewną równoległość pomiędzy tym, jak w Polsce w latach 80’ funkcjonował dolar, a tym, jak w latach 90’ funkcjonował język angielski. Dolar był magicznym pieniądzem, za pomocą którego można było uzyskać rzeczy niedostępne w normalnej wymianie towarowej. Potem dolar stał się normalnym pieniądzem, ale zastąpił go magiczny język, który też dawał wstęp do lepszego i zazwyczaj niedostępnego świata. Niedostępna była wtedy przede wszystkim praca - a szczególnie praca w prywatnej, zachodniej lub zachodopodobnej firmie, w korporacji importowanej lub opartej na importowanych wzorach. Nie znając angielskiego, zazwyczaj nie można było tam się dostać. To nie był jedyny powód, dla którego język angielski był magiczny: te same zdania, te same słowa wypowiedziane po angielsku miały inne znaczenie, dotyczyły nowego, magicznego świata, w którym więcej było wolno. Kiedy ktoś się żalił, chamskie było odpowiedzieć mu: „To twój problem”. To znaczyło: „Jestem egoistą, mam cię gdzieś”. O wiele lepiej było powiedzieć: „It’s your problem” - angielszczyzna odsyłała nas, przez skojarzenie, w świat ludzi samodzielnych, nowoczesnych, którzy sami sobie radzą i którzy - przy całej swojej chłodnej, spokojnej życzliwości - wiedzą, że jałmużna jest najgorszą pomocą.

Nie będę się teraz nad tym rozwodził. Powiem tylko, że zafrapowało mnie myślenie o tym, czy słowo i pieniądz mogą być w jakiś sposób podobne, równoległe. I słowo i pieniądz są systemami symbolicznymi. To jest ich podstawowe podobieństwo. Poza tym, spełniają różne role - ale czy mogą się czasem zastępować? Albo, odwrotnie - czy mogą rywalizować?

Pieniądz służy do wymiany. Wymiana znaczy, że dajemy coś za coś. Pozbywamy się czegoś, aby coś uzyskać. Upraszczając, można powiedzieć, że w jakiś sposób zawsze wychodzimy na zero - a w każdym razie sumą każdej wymiany jest zero.

O słowie mówimy, że też służy do wymiany, do wymiany myśli - ale jest to określenie błędne. Jeżeli ja przekazuję komuś, za pomocą słowa, moją myśl, to nic nie tracę - w większości wypadków myśl nadal pozostaje w mojej głowie, mimo, że przeniosła się do cudzej. Co więcej, mój rozmówca też nic nie traci. Nic nie musi dać mi w zamian. Nawet nie musi - też w większości wypadków - pozbywać się niczego ze swojej głowy, żeby zrobić miejsce dla nowej myśli. Wzbogaca się, przeważnie nic przy tym nie tracąc. Wymiana myśli nie oznacza wymiany. Oznacza jej pomnożenie, czy też rozmnożenie. Oznacza wzrost „miejsca na myśli” wewnątrz ludzkiej głowy, albo też odkrycie tam wolnej pustej „przestrzeni”, gotowej na przyjęcie nowych myśli.

Słowo nie służy wymianie. Służy mnożeniu i wzrostowi.

Teraz jest być może bardziej jasne, dlaczego Bóg, przekazując nam Siebie, posłużył się Słowem, Pismem Świętym, a nie na przykład - ogromną sumą pieniędzy. Jak uczy Pismo, Bóg nie uprawia z nami handlu i nie zachęca nas do handlu - on zachęca nas do altruizmu i Sam się nam oddaje. Jak mówi List do Efezjan: „Łaską jesteście zbawieni przez wiarę, nie z uczynków, Boży to dar, aby się kto nie chlubił”. Podkreślił to pięćset lat temu Marcin Luter, rozpoczynając odnowę chrześcijaństwa: „Zbawienie jest za darmo!”. I nie jest przypadkiem, że walka Lutra o Słowo Boże, o swobodę głoszenia Pisma Świętego, o poddanie chrześcijan oddziaływaniu Biblii - zaczęła się walką z pieniądzem. Tak zwany Kościół katolicki, poprzez odpusty, próbował sprzedawać zbawienie.

Spoglądając na historię nowożytną, można w niej zobaczyć walkę ludzi pieniądza z ludźmi słowa. Ostatnią rozpaczliwą bitwą był marksizm. Marksizm był próbą zagadania rzeczywistości. Formuły tłumaczące świat miały być prawdziwsze niż rzeczywistość fizyczna czy społeczna. Realny świat miał się podporządkowywać tym formułom. Jeśli nie chciał - cóż, tym gorzej dla świata. Próbując zagadać świat, marksiści chcieli przede wszystkim zagadać pieniądz. Inflację, dewaluację, wzrost cen w latach 50’ ukrywano w ten sposób, że zamiast po prostu podnieść cenę tak zwanej bułki wrocławskiej - nazywano ją np. bułką świętokrzyską. Stawała się wtedy nowym towarem i jako taka miała prawo do zupełnie nowej ceny, zazwyczaj trochę wyższej.

Oczywiście, taka próba zagadania rzeczywistości skończyła się bolesnym krachem, o którym wszyscy wiemy. Razem z marksizmem skompromitowali się ludzie słowa. Nazywa się ich intelektualistami - co stało się terminem obelżywym. Popularni antyintelektualiści, tacy jak Paul Johnson, poświęcają całe książki, żeby ludzi słowa wyśmiewać, ukazywać ich fałsz, niezdarność, lub odwrotnie, zbrodniczy spryt w zagadywaniu rzeczywistości.

Władzę przejęli ludzie pieniądza. Oni nie lubią słowa. Oni lubią rzeczy bardziej namacalne, a przynajmniej widzialne: obraz jest bardziej rzeczą niż słowo. Dlatego ludzie pieniądza lubią obrazki i wykresy. Między sobą rozmawiają wykresami, a nas zarzucają obrazkami. Obrazki stały się treścią współczesnego życia, słowo jest coraz bardziej ubogie, coraz mniej ważne i atrakcyjne.

Zastanawiam się, dlaczego tak się stało. Prosta odpowiedź brzmi: „bo forsa jest lepsza niż gadanie, bo obrazki bardziej przyciągają uwagę niż najpiękniejsze słowa, taka jest natura zwierzęcia ludzkiego i dlatego cywilizacja nieuchronnie musi się zdegenerować”. To jest odpowiedź, którą - używając oczywiście milszych słów - daje mi panujący dzisiaj porządek marketingowy. „Taka jest kolej rzeczy. Publika chce prostej zabawy, obrazek jest zawsze prostszy niż słowo. Kijem Mississipi nie zawrócisz. Nie można kopać się z koniem. Wykorzystaj po prostu swoje zdolności i swoją inteligencję, przewiduj trendy, coraz błyskotliwiej dając ludziom coraz głupsze rzeczy”.

Jestem w jakiś sposób człowiekiem życiowym. I pewnie zgodziłbym się z takim rozumowaniem, gdyby nie to, że wierzę w Boga. A Bóg nie chce, żebyśmy byli głupi. Nie chce, żeby nasze życie było jedną wielką rewią gwiazd na lodzie. Nie opowiada nam bajek o grzecznych dziewczynkach i chłopcach, którzy całe życie przesiedzieli w słodkim pseudo-niebie bawiąc się z aniołkami w chmurach pop-cornu. Opowiada nam o ludziach, którzy się z Nim, z Bogiem, bili. A w każdym razie szarpali i potem kuleli. Uciekali przed swoją misją aż do brzucha wieloryba. Tłukli tablice ze świętym Słowem Bożym. Opowiada nam o Człowieku-Bogu, który dał się w sposób hańbiący zabić w największe święto, a przedtem pocił się krwawo.

Bóg mówi nam o takich rzeczach. I mówi o nich Słowem - nie obrazkami, nie wykresami i nie banknotami. Mówi o nich Słowem i to jakim Słowem - poszarpanym, nierównym, tajemniczym. Dalekim od jasności obrazka, uporządkowania wykresu. Obraz można objąć jednym spojrzeniem - dla Słowa Bożego życia nie starczy.

Być może klęska ludzi słowa bierze się stąd, że próbowali słowu - które jest ulotne, jest opowieścią czyli tokiem i przepływem, jest niejednoznaczne - nadać jasność, konkretność, skończoność, ograniczoność obrazu i wykresu. Bo czym jest formuła? Jest wykresem ubranym w słowa. Formuła to poszukiwanie w słowie jednoznaczności, takiej jednoznaczności, jaką może mieć tylko tabelka. To poszukiwanie jest siłą rzeczy skazane na niepowodzenie.

Ludzie słowa, ewangeliści, romantycy, buntownicy - ulegli szantażowi ludzi pieniądza, obrazka, wykresu, tabelki, zaszufladkowania, podziału i hierarchii: ludzi władzy.  

Ludzie wykresu mówili im: bądźcie konkretni! Konkretniejsi! Jeszcze bardziej konkretni! Zgodzimy się na wasze postulaty, tylko sformułujcie je naukowo! I tak oto ewangelista stał się teologiem, romantyk - realistą, naturalistą, pozytywistą, a buntownik - marksistą.

Wszelkie podporządkowywanie słowa - pieniądzom kończy się źle. Źle jest, kiedy - jak w katolickim kościele pod Krakowem - każe się dzieciom kłaść na ołtarzu pieniądz i klękać przed tym ołtarzem. Źle jest, kiedy 80% treści redakcyjnej w gazetach jest inspirowane przez agencje PR i lobbingowe. Nie mówię tu o płatnych reklamach, mówię o artykułach i notatkach.

Rzeczą, która boli mnie szczególnie, jest upodlenie literatury w naszych czasach. To upodlenie literatury przez ludzi pieniądza, ludzi wykresu, dokonuje się dwoma kanałami, dwoma sposobami. Można te dwa kanały widzieć jako rozdzielne, ale są one równoległe i być może, wywodzą się z tego samego źródła.

Pierwsze upodlenie odbywa się w prosty, oczywisty sposób. Wydawca, agent czy też dział marketingu w głowie samego autora mówi mu: „Nie pisz tego, co cię kręci, bo skąd wiesz, że innym się to spodoba. Pisz to, co wiadomo, że się sprzeda”. W ten sposób powstają książki sztuczne, nieprzeżyte - które wbrew pozorom nie cieszą też czytelnika, nawet prymitywnego. Wprawdzie czytelnik dostaje to, czego chce lub myśli, że chce - ale dostaje w postaci sztucznej, powierzchownej, nieprzeżytej. To, co dostaje, ledwie go muska. I choćby książka była cała poświęcona jego, czytelnika, największym pasjom i obsesjom - to owszem, skusi się, kupi, ale po przeczytaniu ziewnie, albo co najwyżej lekko się uśmiechnie. Nie będzie biegał po kolegach i wciskał im książki, nie będzie jej przeżywał - bo książka jest nieprzeżyta przez autora, nieprawdziwa i to się czuje. Zamiast ciastka, czytelnik dostaje lekko uperfumowaną aromatem lukru papierową makietę ciastka. W ten sposób powstaje cała masa książek, które jako koncept są ciekawe, pociągające, atrakcyjne - ale jako książka są nie do czytania, a w każdym razie nie do zapamiętania. Dotyczy to zarówno tak zwanej literatury artystycznej, jak i tak zwanej literatury popularnej. Profesorów oszukuje się tak samo, jak czytelników romansów, jedni i drudzy są takimi samymi bezbronnymi jeleniami wobec perfumowanej cukierni-papierni.

Drugie upodlenie odbywa się w sposób mniej oczywisty - ale też oczywisty. Kultura, która odrzuca lub gnoi słowo, wielbi obrazki. I autor, który przemawia do tej kultury, sam też jest jej dzieckiem. I kiedy myśli o ważnej treści intelektualnej, myśli o wizji. A więc myśli o obrazku, albo o wykresie.

A tymczasem opowieść nie jest wizją. Jest czymś więcej. Jak można streścić opowieść w jednej wizji? To tak, jakby chcieć zmieścić życie w jednej tabelce. Opowieść jest przepływem, jest żywa, jest niejednoznaczna, bo jest słowem.

Pragnienie wizji to pragnienie sprowadzenia życia, całej rzeczywistości lub jej wielkiej części - do czegoś, co można objąć jednym spojrzeniem. Do obrazka lub wykresu.  

To pragnienie sprawiało niegdyś, że powstawały powieści z tezą, pisane po to, aby zilustrować jakąś formułkę (czyli wykres). Powstawały powieści-artykuły, powieści-panoramy świata, przeważnie kobyły pozbawione tego życia, tego cudu, jakim znajdujemy w opowieści. Opowieść, jeśli poucza, to nigdy do końca, za to wciąga bez końca.

Dziś czytelnik, osłabiony bombardowaniem teledysków, reklam, gier komputerowych i seriali, nie jest w stanie czytać takich kobył. Dlatego nie powstają już powieści-artykuły. Powstają powieści-felietony, czyli to samo, tylko lżejsze, mniej poważne, mniej przemyślane, jeszcze bardziej przypadkowe, jeszcze bardziej nieprzeżyte i jeszcze bardziej godne zapomnienia. Zamiast kobył, mamy kucyki.

Pragnienie wizji skazuje nas dzisiaj na felietonowość.

Jeśli nie dawanie wizji życia, rzeczywistości, świata - to co w takim razie jest misją literatury?

Sandor Marai też ubolewał nad tym, że książki, nawet te inteligentne, nawet te „artystyczne”, stały się felietonami. Ubolewał nad tym, że książki już nie dają odpowiedzi. To, jego zdaniem, był znak upadku.

Obawiam się, że znakiem upadku jest już to, iż domagamy się od książek odpowiedzi. Już samo pojęcie „odpowiedź” należy do świata pieniądza, świata wymiany. Odpowiedź to jest coś, co uzyskuję w zamian za jakiś wysiłek: podjęcie badań, poszukiwań czy choćby zadanie pytania.

Słowo jest za darmo.

Słowo nie służy do wymiany. Słowo nie handluje. Słowo mnoży. Słowo mnoży się w głowach - kiedy komuś powiem słowo, które mam w głowie, to ono zaczyna istnieć podwójnie, w mojej głowie i w głowie mojego rozmówcy. Być może wtedy, w jakiś tajemniczy sposób, mnoży się nawet samo miejsce na słowa w głowie mojego rozmówcy - miał w głowie pewną ilość słów, myśli, a teraz nagle ma więcej. I przeważnie nie musi wypychać żadnej myśli ze swojej głowy, żeby rozważyć moją myśl.  

I być może jest tak, że dobra opowieść nie daje nam odpowiedzi. Być może nawet nie służy do tego, żeby stawiać pytania. Dobra opowieść raczej, w jakiś tajemniczy sposób, mnoży w naszej głowie miejsce na pytania i odpowiedzi. Albo, używając innej metafory: dobra opowieść pomnaża, powoduje rozrost tej tajemniczej substancji, z której my możemy sobie później formować pytania i odpowiedzi. Podobnie jak życie, dobra opowieść sprawia, że chociaż niekoniecznie stajemy się mądrzejsi, to jednak rośniemy.  

Wierzę w to głęboko, że możliwe jest napisanie książki, po przeczytaniu której czytelnicy nie będą już musieli zarabiać żadnych pieniędzy. Już nie będą musieli jeść. Zaczną rosnąć sami, nie potrzebując paliwa, aby uzupełniać zużyte komórki swojego ciała i energię.

I do tego celu jakoś dążę, chociaż pewnie nie uda mi się go osiągnąć całkowicie, w stu procentach. Jest tylko jedna taka Książka, jest tylko jedno takie Słowo, które stało się Ciałem - a to Ciało Chlebem.
 
Tekst odczytu z TR Warszawa w ramach cyklu Świat możliwy. Jak wygląda rzeczywistość oczami artystów.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.03927 Seconds