Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Piątek: Nawracam Sierakowskiego |
|
|
Tomasz Piątek
|
|
10.03.2009 |
Omawiając książkę Steve Sem-Sandberga na temat niemieckich lewicowych terrorystów, Sławomir Sierakowski właściwie napisał miniesej na temat przemocy w polityce. Bardzo pesymistyczny esej i pewnie dlatego z wieloma jego myślami trudno się nie zgodzić. Terror i terroryzm rzeczywiście jest – parafrazując Lepolda Tyrmanda – pojęciem saloonowym. Jest jak te drzwi w westernowych saloonach, które można kopnąć i w jedną, i w drugą stronę. Kiedy mordują i torturują muzułmanie, to jest terroryzm. Kiedy morduje i torturuje Bush, to jest walka z terroryzmem. Kiedy Jaruzelski zabija kilkadziesiąt osób w grudniową noc, to jest komunistyczny terror. Kiedy Pinochet morduje 30 tysięcy osób, setki tysięcy torturuje, każe wpychać komunistkom szczury między nogi – to jest słuszna walka z komunistycznym terrorem, popierana przez Biały Dom, przez Watykan i przez naszych polskich posłów prawicowych, którzy pędzą zawiesić zwyrodniałemu mordercy tzw. Matkę Boską na szyi. Jak widać, terrorystami są zawsze ci inni. A my tylko walczymy z terrorem.
Już to pokazuje, że myślenie o przemocy w polityce jest tak samo trudne, jak myślenie o mechanice kwantowej. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (od tego, w czyim więzieniu kto siedział). Ale w swoim myśleniu Sławomir Sierakowski idzie dalej. Widzi, że przemoc niemieckich terrorystów niewiele dała – ani samym terrorystom, ani tym, których chcieli bronić. Uważa jednak, że inna byłaby ocena ich czynów, gdyby zastosowana przez nich przemoc przyniosła pozytywne skutki.
„Wykroczenie poza istniejący porządek prawny jest z kolei warunkiem rozwoju społecznego, zmiany. Jeśli jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, daleko od szałasów, to dzięki prawu i wbrew prawu. […] W istocie polityka zawsze jest walką, zawsze zawiera element przemocy – ktoś komuś narzuca nowy porządek. Czy potępienie przemocy, hasło jednoczące współczesne demokratyczne społeczeństwa, nie jest fałszywym bożkiem? Ma ono ukryć prawdziwy problem: kiedy przemoc jest dopuszczalna? […] Czy z tego, że RAF dostrzegł przemoc i niesprawiedliwość kapitalistycznego społeczeństwa, płynie już usprawiedliwienie dla kontrprzemocy? To zależy od odpowiedzi na pytanie, czy terroryzm RAF mógł być narzędziem zmiany na lepsze […] Terror był uzasadniony, jeśli jego ostatecznym efektem jest prawdziwa wolność, nie ma sensu zaś odnoszenie go do jakiejkolwiek abstrakcyjno-uniwersalnej normy etycznej. Zwycięska rewolucja sama się uzasadnia.
Brzmi złowieszczo? A czy nie ten dokładnie sposób myślenia towarzyszy nam za każdym razem, gdy oceniamy przeszłe osiągnięcia ludzkości, wielkie budowle i wspaniałe katedry, choć przecież wiemy, że zostały okupione przemocą i wyzyskiem niewolników? Nie ma takiego dokumentu kultury, który nie byłby dokumentem barbarzyństwa”.
No cóż, uważam, że jeśli nie jesteśmy w szałasach, to dlatego, że nie akceptujemy barbarzyństwa. Powiem więcej, o tyle nie jesteśmy w szałasach, o ile nie akceptujemy barbarzyństwa. Bo tak naprawdę, to nie szałas i nie katedra stanowią miarę, która pokazuje, jak daleko zaszliśmy na drodze postępu, rozwoju, człowieczeństwa. Jeżeli np. przy budowie jakichś wielkich budynków sakralnych harowali niewolnicy – to te budynki nigdy nie powinny powstać. I teraz trzeba je zburzyć, albo poświęcić jako pomnik tym niewolnikom. Inaczej najpiękniejsze nawet katedry hańbią nas i obrażają Boga. To nie oznacza, że akceptuję głupią zasadę pierwszych rewolucjonistów rosyjskich: „Para butów jest ważniejsza od wszystkich dzieł Szekspira, kto pisze piękne bajki, ten wyzyskuje lud pracujący na polu”. Thoreau udowodnił, że można pisać wartościowe dzieła, nie wyzyskując nikogo i żywiąc się własnoręcznie uprawianą fasolą. A mieszkał przy tym w szałasie. Podobnie Orwell, który hodował kozy w jakiejś ruderze i dorabiał sobie artykułami prasowymi. Zresztą, co do samego Szekspira, to nawet dla ludzi głodnych, bosych i niepiśmiennych było dobre to, że William pisał sztuki. Bo kiedy przestał, to zajął się spekulacją zbożową w warunkach powszechnego głodu. Podsumowując: żadna twórczość nie usprawiedliwia fizycznego okrucieństwa i przynajmniej w dziedzinie kultury można jedno od drugiego oddzielić.
Sławomir Sierakowski zbliża się do ciemnej jamy, nad której wejściem napisano: „Cel uświęca środki”. Nie wchodzi do niej, na szczęście. Nie wychwala przemocy. Ale staje na progu piekła i zadaje temu piekłu pytania. Nie wiem, może to jest wyłącznie moje odczucie, ale mam wrażenie, że tekst Sierakowskiego nie jest o przemocy, tylko o rozpaczy. Jest to tekst człowieka myślącego, który naokoło siebie widzi ufortyfikowaną niesprawiedliwość i głupotę. Ufortyfikowaną, a więc zabezpieczoną przed próbami obalenia czy reformy. Zaopatrzoną w mechanizmy zapewniające jej nieustanne odradzanie się i pogłębianie. Na jej widok chce się użyć przemocy, sięgnąć po arsenał Szatana. Na takim progu piekła zawsze staje każdy altruista, który chce coś zmienić na lepsze. Tak było za czasów Robespierre’a, tak było za czasów Marksa. Tym bardziej te problemy są nieuniknione dzisiaj, kiedy walczymy z fortyfikacją zupełnie niezwykłą. Niesprawiedliwość i głupota otaczały się dotąd różnymi murami – marmurowymi, ceglanymi, stalowymi – ale dzisiaj ten mur jest z gumy. Można go pchać i on się cofa przed nami, cofa się tak długo, aż się zmęczymy. A kiedy padniemy – on wraca na swoje miejsce, spychając nas z powrotem tam, gdzie byliśmy. Tak działa demokracja w warunkach neoliberalizmu. To gumowe cofanie się to demokracja. Ten gumowy powrót to neoliberalizm.
Wydawałoby się jednak, że wszystkie złe doświadczenia, jakie mamy z przemocą, powinny powstrzymywać człowieka przed stawianiem sobie pytań o jej zasadność, o zasadność przemocy. Sierakowski przyznaje, że niemieckim terrorystom nie udało się nic osiągnąć. A wcześniej było wiele podobnie rozpaczliwych przypadków. Potworności sowieckie, degeneracja Rewolucji Francuskiej. Nawet jeśli czasem przemoc daje dobre skutki, skąd mamy pewność, że tym razem tak będzie? Ci, co grali w tę loterię, chyba jednak częściej przegrywali. A każdy los kosztuje cenę, na jaką nas raczej nie stać. Bo nie tylko my ją płacimy, przede wszystkim płacą ją nasze ofiary.
Rozumiem jednak, co sprawiło, że Sierakowski postanowił raz jeszcze zadać te pytania.
Po pierwsze, dydaktyka – Polacy nie przemyśleli całej tej kwestii. Głęboka pamięć o niezaprzeczalnie bolesnych doświadczeniach została przykryta przez powierzchowną pamięć o doświadczeniach przyjemniej wyglądających. Papież, Solidarność, Gorbaczow – po takiej sekwencji zdarzeń można łatwo zatopić się w niby-słodkim mli-mli. Można uznać, że dobro zawsze samo zwycięża, że każda tyrania w końcu się rozpadnie, że wystarczy homilia, skok przez płot i po bólu. Zapomina się, że względny sukces opozycji demokratycznej w Polsce, chociaż nie wiązał się ze stosowaniem przemocy, to wymagał bardzo bolesnej pracy mentalnej, społecznej i przede wszystkim duchowej. Wymagał myślenia, mówienia, wołania, pisania, przekonywania, przełamywania strachu, wstydu, oporów i przywiązań.
Po drugie, w myśleniu Sierakowskiego jest pewne założenie, które sprawia, że łatwiej mu myśleć o stosowaniu przemocy. Sierakowski uznaje przemoc nie tylko za dopuszczalną przy tworzeniu rzeczywistości społecznej, ale za nieusuwalną. Cytuję: „Dlaczego należy wyrzec się przemocy fizycznej, zrozumie dopiero ten, kto najpierw rozwieje wszystkie wymyślone przez ludzkość złudzenia dotyczące możliwości odnalezienia demokratycznej arche, która gwarantować by miała konstrukcję społeczeństwa bez przemocy. Nie chodzi wcale o to, że byłaby utopią. Taka utopia mogłaby wystarczająco mobilizować do działania jako idea regulatywna wskazująca właściwy cel. Chodzi o to, że utopii takiej nie sposób logicznie pomyśleć. Nie da się bowiem logicznie pomyśleć społeczeństwa bez prawa, a prawa bez sankcji, a sankcji bez przemocy”.
Co do tego założenia, mam wątpliwości. Nie rozumiem na przykład, dlaczego utopia niemożliwa, ale logiczna może być wskazującym drogę ideałem – a utopia nielogiczna takim ideałem, zdaniem Sierakowskiego, już być nie może. Można uważać, że altruizm jest nielogiczny, a mimo to starać się go praktykować. Na przykład, można powiedzieć razem z Dostojewskim: nawet jeśli mi udowodnią niezbicie, naukowo, logicznie, że prawda, słuszność, sens są przeciwko Jezusowi, to ja i tak będę za Jezusem.
Co więcej, możliwa do pomyślenia jest sankcja bez przemocy – albo sankcja, w której element przemocy jest nieskończenie mały i dąży do zera. Można sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym wystarcza słowne upomnienie. Wspomniany wyżej Dostojewski wierzył w społeczeństwo, które całe jest Kościołem. Wtedy duchowe potępienie zbrodni, wyrażone ustami wszystkich ludzi, ma taką moc, że zbrodniarz – wobec swojej samotności – prosi sam o ekspiację. Oczywiście, można uznać, że „duchowe potępienie” jest formą przemocy niefizycznej, mentalnej (Sierakowski, jak rozumiem, odróżnia przemoc fizyczną i niefizyczną). Ja nie uważam, żeby duchowe potępienie zbrodni było koniecznie przemocą, ale załóżmy. W takim razie można sobie wyobrazić społeczeństwo ludzi odpowiedzialnych, w którym każdy sam siebie powstrzymuje przed czynieniem zła za pomocą wewnętrznej samo-nagany. Tu też można byłoby powiedzieć, że taka samo-nagana jest samo-przemocą, ale moim zdaniem to już jest naginanie i wypaczanie pojęcia przemocy. Nie nazywajmy przemocą wewnętrznej dyscypliny.
Rzecz jasna, to są pomysły utopijne, zresztą o utopiach tutaj gadamy… A może nie? Ja na codzień obcuję z próbami realizacji takiej utopii w ewangelickich zborach. Zaznaczam tu od razu, że mówię o moim osobistym doświadczeniu: uczestniczyłem tylko w życiu zborów baptystycznych, waldensowskich i ewangelicko-reformowanych, nie mogę więc od razu ręczyć za wszystkie wspólnoty, a za niektóre amerykańskie zbory fundamentalistyczne w ogóle bym ręczyć nie chciał. Co nie znaczy, że uważam znane mi zbory za idealne – Ecclesia semper reformanda, jak mawiał Luter, Kościół/Zbór zawsze potrzebuje poprawy. Niemniej życie w zborze odczuwam jako coś lepszego niż uczestniczenie we wszystkich innych znanych mi grupach wyznaniowych, terapeutycznych, firmach, partiach, komitetach, ruchach etc. To zaczęło się jak na podwieczorku u cioci. Agapa – czyli wspólne picie kawy i herbaty po nabożeństwie. Wszyscy byli mili, na pierwszy rzut oka bardzo zwyczajni. Jakiś pan w szarym garniturze mówił o swojej drodze życiowej, polegającej na tym, że nie jeździ na gapę, nie przechodzi na czerwonym świetle i płaci podatki, chociaż przez to jego firma ma mniejsze zyski. Ziewałem. Myślałem: „co za pacjent”. A po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że to nie pacjent, tylko pielęgniarz, pielęgniarz dla ziemskiego społeczeństwa ciężko chorych pacjentów. Zobaczyłem, że wszyscy ludzie w zborze działają podobnie jak ten pan, nawet w kwestiach takich jak mycie szklanek. Zobaczyłem, że oni nie są zwyczajni, tylko normalni – a więc bardzo niezwyczajni. Zacząłem widzieć, jak tworzą przestrzeń wzajemnej życzliwości i zaufania, w której razem robią różne rzeczy - opiekują się nieletnimi matkami i pieką ciasta, zajmują się alkoholikami i uczą dzieci grać na gitarze. Wszystko za darmo. Bez nagród i kar, bez korzyści materialnych i bez sankcji, bez pieniędzy i bez przemocy. Bez nadziei na pośmiertną zapłatę, bo jak uczy Biblia, Bóg zbawia tych, których chce zbawić: nie w nagrodę za ich uczynki, ale z łaski (Rzym. 9:11-23, Ef. 2: 6-8). Jeśli jest jakaś nagroda za czynienie dobra tu na ziemi, to jest nią poczucie uczestnictwa w Bożej pracy. Bóg czyni wszelkie dobro i miłość, jeśli więc czynimy dobro i miłość, to przepływa przez nas Boże działanie i w ten sposób możemy się poczuć trochę bliżej Boga.
Z praktycznego punktu widzenia, w zborze władzę pełni zgromadzenie członków zboru i wybierana przez nich rada (która rzadko kiedy musi podejmować dramatyczne decyzje). Pastor nie jest szefem/szefową. Pastor jest tym członkiem zboru, który studiował najgłębiej Pismo, który poświęca się głoszeniu Ewangelii i którego życie – na ile to możliwe dla człowieka – jest przykładem. Kiedy wchodzi się w podobne środowisko, nagle okazuje się, że można mieć maksimum aktywności ludzkiej przy minimum problemów. Gdyby społeczeństwo składało się z takich społeczności, nie trzeba byłoby robić rewolucji, żeby przewalczyć zmianę na lepsze.
Właśnie. Warto zwrócić uwagę na to, że najbardziej znaczące zmiany w dziejach naszej cywilizacji nie odbywały się poprzez wielkie jednokierunkowe rewolucje zbrojne. Odbywały się poprzez równoległe lub ewolucyjnie następujące po sobie sekwencje mniejszych zmian – politycznych, ekonomicznych, społecznych, etnicznych – którym towarzyszyły przemiany duchowe. Pojawienie się Ewangelii i chrześcijaństwa, jak pisze Auerbach, doprowadziło do zawalenia się starożytnej kultury i mentalności. Przestępca skazany na hańbiące ukrzyżowanie okazał się Bogiem. Rybacy i prostytutki stali się przyjaciółmi Boga. Pojawiła się wzniosłość dla niewolników. Nie można było nazwać człowieka rzeczą, „mówiącym narzędziem”, skoro mógł w nim żyć Chrystus. Nie powiem, że była to jedyna przyczyna, dla której niewolnictwo została zastąpione przez kolonat, a później przez zależność feudalną. Ale uważam, że była to przyczyna najważniejsza.
Podobnie później – kiedy między XII a XVII wiekiem ludzie na nowo przeczytali Ewangelię i rozpoczęła się Reformacja – wtedy zaczęła się rodzić demokracja i liberalny (nie mylić z neoliberalnym) kapitalizm.
Oczywiście, ani kolonat, ani feudalizm, ani liberalny kapitalizm, ani nawet demokracja nie są rozwiązaniami idealnymi i nieskończenie perfekcyjnymi. Ale kiedy się pojawiały, coś się zmieniało i to raczej na lepsze. Zmieniało się, mimo że starożytni chrześcijanie nie uprawiali polityki przemocy aż do czasów Konstantyna, a Kalwin tylko raz dopuścił do rozpalenia stosu w Genewie (i o jeden raz za dużo). Podobnie, podniesienie poziomu życia robotników w Anglii pod koniec XIX i na początku XX wieku dokonało się również za sprawą wielkiej pracy wspólnot chrześcijańskich, może przede wszystkim chrześcijańskich kobiet. Ich działalność w zborach była jednym z najważniejszych czynników działających na rzecz emancypacji. I nadal jest - dzisiaj to przeważnie kobiety prezesują w zborach albo mają większość w radach (a Kościół Ewangelicko-Reformowany, do którego należę, ordynuje kobiety na pastorów).
Takie efekty miała i ma nauka Jezusa, który głosił rewolucję skrajnie kolektywistyczną i zarazem skrajnie indywidualną. Jeśli ktoś chce od ciebie sto złotych, daj mu dwieście. Jeśli chce kurtkę, daj mu i sweter. Jeśli chce, żebyś przeszedł z nim milę, przejdź dwie albo trzy. Ty rób tak – ale nie śledź innych, nie zmuszaj ich, aby tak robili. Nie potępiaj i nie sądź, bo sam zostaniesz osądzony w taki sposób, w jaki sądziłeś innych. Łatwo jest widzieć źdźbło w oku bliźniego, pamiętaj jednak, że ty masz w swoim belkę.
Gdyby taka rewolucja stała się naszym ideałem, powszechnie obowiązującym wzorcem kultury – wtedy o wiele łatwiejsze byłoby zmienianie społeczeństwa na lepsze. Pamiętajmy, że jedynymi społeczeństwami, w których kapitalizm liberalny jakoś zafunkcjonował, były ewangelickie społeczeństwa anglosaskie. A jedynymi społeczeństwami, w których socjalizm jakoś działa, są ewangelickie społeczeństwa skandynawskie.
Tym wszystkim, którzy nie wierzą, że w Biblii można znaleźć odniesienia do współczesnej sytuacji politycznej i gospodarczej, przekażę, co usłyszałem. W ostatnią niedzielę poszedłem smutny na nabożeństwo. Poszedłem smutny, bo w nocy czytałem u Naomi Klein o potwornościach, jakie neoliberalna (czyli nieliberalna) dyktatura zafundowała Argentynie (mam tam przyjaciół i w ogóle zakochałem się w tym kraju). I jakoś tak się stało, że pastor zaczął nabożeństwo od psalmu dziesiątego:
Czemu, o Panie, stoisz z daleka
Ukrywasz się w czasach niedoli?
Z powodu pychy bezbożnego trapi się ubogi.
Niech uwikłają się w knowaniach, które obmyślili!
Bo pyszni się bezbożny zachcianką swoją,
A chciwiec bluźni, znieważa Pana.
Bezbożny myśli w pysze swojej:
Nie będzie dochodził… Nie ma Boga.
Oto całe rozumowanie jego.
Zabiegi jego w każdym czasie udają się,
Sądy twoje nie obchodzą go,
Wszystkimi przeciwnikami gardzi.
Mówi w sercu swoim:
Nie zachwieję się,
Nigdy nie spotka mnie nieszczęście.
Przekleństwa pełne są usta jego, także fałszu i obłudy,
Pod językiem jego jest krzywda i nieprawość.
Czatuje za węgłem zagród,
Skrycie zabija niewinnego;
Oczy jego wypatrują nieszczęśnika.
Czyha w kryjówce jak lew w gęstwinie,
Czyha, aby porwać ubogiego.
Porywa ubogiego, zarzucając sieć swoją.
Schyla się, przyczaja,
I wpadają w jego szpony nieszczęśliwi.
Mówi w sercu swoim:
Zapomniał Bóg, zakrył oblicze swoje…
Nigdy nie będzie widział…
Powstań, Panie! Boże, podnieś rękę swoją,
Nie zapominaj ubogich!
Dlaczego bezbożny ma urągać Bogu,
Mówić w sercu swoim: Nie będziesz dochodził.
Ty zaś widzisz, bo patrzysz na trud i utrapienie,
Aby to ująć w ręce swoje.
Na tobie polega nieszczęśliwy,
Tyś pomocą sierocie.
Złam ramię bezbożnego i złoczyńcy!
Dochodź niegodziwości jego, aby jej nie było!
Pan jest królem na wieki wieków;
Z jego ziemi znikną poganie.
Westchnień biedaków wysłuchujesz, Panie;
Utwierdzasz ich serca, nastawiasz uważnie ucha swego,
Aby bronić prawa sieroty i uciśnionego,
By człowiek z ziemi wzięty nie wzbudzał już postrachu.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...