Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Piątek: Nawracam Sierakowskiego Drukuj
Tomasz Piątek   
10.03.2009
Omawiając książkę Steve Sem-Sandberga na temat niemieckich lewicowych terrorystów, Sławomir Sierakowski właściwie napisał miniesej na temat przemocy w polityce. Bardzo pesymistyczny esej i pewnie dlatego z wieloma jego myślami trudno się nie zgodzić. Terror i terroryzm rzeczywiście jest – parafrazując Lepolda Tyrmanda – pojęciem saloonowym. Jest jak te drzwi w westernowych saloonach, które można kopnąć i w jedną, i w drugą stronę. Kiedy mordują i torturują muzułmanie, to jest terroryzm. Kiedy morduje i torturuje Bush, to jest walka z terroryzmem. Kiedy Jaruzelski zabija kilkadziesiąt osób w grudniową noc, to jest komunistyczny terror. Kiedy Pinochet morduje 30 tysięcy osób, setki tysięcy torturuje, każe wpychać komunistkom szczury między nogi – to jest słuszna walka z komunistycznym terrorem, popierana przez Biały Dom, przez Watykan i przez naszych polskich posłów prawicowych, którzy pędzą zawiesić zwyrodniałemu mordercy tzw. Matkę Boską na szyi. Jak widać, terrorystami są zawsze ci inni. A my tylko walczymy z terrorem.

Już to pokazuje, że myślenie o przemocy w polityce jest tak samo trudne, jak myślenie o mechanice kwantowej. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (od tego, w czyim więzieniu kto siedział). Ale w swoim myśleniu Sławomir Sierakowski idzie dalej. Widzi, że przemoc niemieckich terrorystów niewiele dała – ani samym terrorystom, ani tym, których chcieli bronić. Uważa jednak, że inna byłaby ocena ich czynów, gdyby zastosowana przez nich przemoc przyniosła pozytywne skutki.

„Wykroczenie poza istniejący porządek prawny jest z kolei warunkiem rozwoju społecznego, zmiany. Jeśli jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, daleko od szałasów, to dzięki prawu i wbrew prawu. […] W istocie polityka zawsze jest walką, zawsze zawiera element przemocy – ktoś komuś narzuca nowy porządek. Czy potępienie przemocy, hasło jednoczące współczesne demokratyczne społeczeństwa, nie jest fałszywym bożkiem? Ma ono ukryć prawdziwy problem: kiedy przemoc jest dopuszczalna? […] Czy z tego, że RAF dostrzegł przemoc i niesprawiedliwość kapitalistycznego społeczeństwa, płynie już usprawiedliwienie dla kontrprzemocy? To zależy od odpowiedzi na pytanie, czy terroryzm RAF mógł być narzędziem zmiany na lepsze […] Terror był uzasadniony, jeśli jego ostatecznym efektem jest prawdziwa wolność, nie ma sensu zaś odnoszenie go do jakiejkolwiek abstrakcyjno-uniwersalnej normy etycznej. Zwycięska rewolucja sama się uzasadnia.

Brzmi złowieszczo? A czy nie ten dokładnie sposób myślenia towarzyszy nam za każdym razem, gdy oceniamy przeszłe osiągnięcia ludzkości, wielkie budowle i wspaniałe katedry, choć przecież wiemy, że zostały okupione przemocą i wyzyskiem niewolników? Nie ma takiego dokumentu kultury, który nie byłby dokumentem barbarzyństwa”.

No cóż, uważam, że jeśli nie jesteśmy w szałasach, to dlatego, że nie akceptujemy barbarzyństwa. Powiem więcej, o tyle nie jesteśmy w szałasach, o ile nie akceptujemy barbarzyństwa. Bo tak naprawdę, to nie szałas i nie katedra stanowią miarę, która pokazuje, jak daleko zaszliśmy na drodze postępu, rozwoju, człowieczeństwa. Jeżeli np. przy budowie jakichś wielkich budynków sakralnych harowali niewolnicy – to te budynki nigdy nie powinny powstać. I teraz trzeba je zburzyć, albo poświęcić jako pomnik tym niewolnikom. Inaczej najpiękniejsze nawet katedry hańbią nas i obrażają Boga. To nie oznacza, że akceptuję głupią zasadę pierwszych rewolucjonistów rosyjskich: „Para butów jest ważniejsza od wszystkich dzieł Szekspira, kto pisze piękne bajki, ten wyzyskuje lud pracujący na polu”. Thoreau udowodnił, że można pisać wartościowe dzieła, nie wyzyskując nikogo i żywiąc się własnoręcznie uprawianą fasolą. A mieszkał przy tym w szałasie. Podobnie Orwell, który hodował kozy w jakiejś ruderze i dorabiał sobie artykułami prasowymi. Zresztą, co do samego Szekspira, to nawet dla ludzi głodnych, bosych i niepiśmiennych było dobre to, że William pisał sztuki. Bo kiedy przestał, to zajął się spekulacją zbożową w warunkach powszechnego głodu. Podsumowując: żadna twórczość nie usprawiedliwia fizycznego okrucieństwa i przynajmniej w dziedzinie kultury można jedno od drugiego oddzielić.

Sławomir Sierakowski zbliża się do ciemnej jamy, nad której wejściem napisano: „Cel uświęca środki”. Nie wchodzi do niej, na szczęście. Nie wychwala przemocy. Ale staje na progu piekła i zadaje temu piekłu pytania. Nie wiem, może to jest wyłącznie moje odczucie, ale mam wrażenie, że tekst Sierakowskiego nie jest o przemocy, tylko o rozpaczy. Jest to tekst człowieka myślącego, który naokoło siebie widzi ufortyfikowaną niesprawiedliwość i głupotę. Ufortyfikowaną, a więc zabezpieczoną przed próbami obalenia czy reformy. Zaopatrzoną w mechanizmy zapewniające jej nieustanne odradzanie się i pogłębianie. Na jej widok chce się użyć przemocy, sięgnąć po arsenał Szatana. Na takim progu piekła zawsze staje każdy altruista, który chce coś zmienić na lepsze. Tak było za czasów Robespierre’a, tak było za czasów Marksa. Tym bardziej te problemy są nieuniknione dzisiaj, kiedy walczymy z fortyfikacją zupełnie niezwykłą. Niesprawiedliwość i głupota otaczały się dotąd różnymi murami – marmurowymi, ceglanymi, stalowymi – ale dzisiaj ten mur jest z gumy. Można go pchać i on się cofa przed nami, cofa się tak długo, aż się zmęczymy. A kiedy padniemy – on wraca na swoje miejsce, spychając nas z powrotem tam, gdzie byliśmy. Tak działa demokracja w warunkach neoliberalizmu. To gumowe cofanie się to demokracja. Ten gumowy powrót to neoliberalizm.

Wydawałoby się jednak, że wszystkie złe doświadczenia, jakie mamy z przemocą, powinny powstrzymywać człowieka przed stawianiem sobie pytań o jej zasadność, o zasadność przemocy. Sierakowski przyznaje, że niemieckim terrorystom nie udało się nic osiągnąć. A wcześniej było wiele podobnie rozpaczliwych przypadków. Potworności sowieckie, degeneracja Rewolucji Francuskiej. Nawet jeśli czasem przemoc daje dobre skutki, skąd mamy pewność, że tym razem tak będzie? Ci, co grali w tę loterię, chyba jednak częściej przegrywali. A każdy los kosztuje cenę, na jaką nas raczej nie stać. Bo nie tylko my ją płacimy, przede wszystkim płacą ją nasze ofiary.

Rozumiem jednak, co sprawiło, że Sierakowski postanowił raz jeszcze zadać te pytania.

Po pierwsze, dydaktyka – Polacy nie przemyśleli całej tej kwestii. Głęboka pamięć o niezaprzeczalnie bolesnych doświadczeniach została przykryta przez powierzchowną pamięć o doświadczeniach przyjemniej wyglądających. Papież, Solidarność, Gorbaczow – po takiej sekwencji zdarzeń można łatwo zatopić się w niby-słodkim mli-mli. Można uznać, że dobro zawsze samo zwycięża, że każda tyrania w końcu się rozpadnie, że wystarczy homilia, skok przez płot i po bólu. Zapomina się, że względny sukces opozycji demokratycznej w Polsce, chociaż nie wiązał się ze stosowaniem przemocy, to wymagał bardzo bolesnej pracy mentalnej, społecznej i przede wszystkim duchowej. Wymagał myślenia, mówienia, wołania, pisania, przekonywania, przełamywania strachu, wstydu, oporów i przywiązań.

Po drugie, w myśleniu Sierakowskiego jest pewne założenie, które sprawia, że łatwiej mu myśleć o stosowaniu przemocy. Sierakowski uznaje przemoc nie tylko za dopuszczalną przy tworzeniu rzeczywistości społecznej, ale za nieusuwalną. Cytuję: „Dlaczego należy wyrzec się przemocy fizycznej, zrozumie dopiero ten, kto najpierw rozwieje wszystkie wymyślone przez ludzkość złudzenia dotyczące możliwości odnalezienia demokratycznej arche, która gwarantować by miała konstrukcję społeczeństwa bez przemocy. Nie chodzi wcale o to, że byłaby utopią. Taka utopia mogłaby wystarczająco mobilizować do działania jako idea regulatywna wskazująca właściwy cel. Chodzi o to, że utopii takiej nie sposób logicznie pomyśleć. Nie da się bowiem logicznie pomyśleć społeczeństwa bez prawa, a prawa bez sankcji, a sankcji bez przemocy”.

Co do tego założenia, mam wątpliwości. Nie rozumiem na przykład, dlaczego utopia niemożliwa, ale logiczna może być wskazującym drogę ideałem – a utopia nielogiczna takim ideałem, zdaniem Sierakowskiego, już być nie może. Można uważać, że altruizm jest nielogiczny, a mimo to starać się go praktykować. Na przykład, można powiedzieć razem z Dostojewskim: nawet jeśli mi udowodnią niezbicie, naukowo, logicznie, że prawda, słuszność, sens są przeciwko Jezusowi, to ja i tak będę za Jezusem.

Co więcej, możliwa do pomyślenia jest sankcja bez przemocy – albo sankcja, w której element przemocy jest nieskończenie mały i dąży do zera. Można sobie wyobrazić społeczeństwo, w którym wystarcza słowne upomnienie. Wspomniany wyżej Dostojewski wierzył w społeczeństwo, które całe jest Kościołem. Wtedy duchowe potępienie zbrodni, wyrażone ustami wszystkich ludzi, ma taką moc, że zbrodniarz – wobec swojej samotności – prosi sam o ekspiację. Oczywiście, można uznać, że „duchowe potępienie” jest formą przemocy niefizycznej, mentalnej (Sierakowski, jak rozumiem, odróżnia przemoc fizyczną i niefizyczną). Ja nie uważam, żeby duchowe potępienie zbrodni było koniecznie przemocą, ale załóżmy. W takim razie można sobie wyobrazić społeczeństwo ludzi odpowiedzialnych, w którym każdy sam siebie powstrzymuje przed czynieniem zła za pomocą wewnętrznej samo-nagany. Tu też można byłoby powiedzieć, że taka samo-nagana jest samo-przemocą, ale moim zdaniem to już jest naginanie i wypaczanie pojęcia przemocy. Nie nazywajmy przemocą wewnętrznej dyscypliny.

Rzecz jasna, to są pomysły utopijne, zresztą o utopiach tutaj gadamy… A może nie? Ja na codzień obcuję z próbami realizacji takiej utopii w ewangelickich zborach. Zaznaczam tu od razu, że mówię o moim osobistym doświadczeniu: uczestniczyłem tylko w życiu zborów baptystycznych, waldensowskich i ewangelicko-reformowanych, nie mogę więc od razu ręczyć za wszystkie wspólnoty, a za niektóre amerykańskie zbory fundamentalistyczne w ogóle bym ręczyć nie chciał. Co nie znaczy, że uważam znane mi zbory za idealne – Ecclesia semper reformanda, jak mawiał Luter, Kościół/Zbór zawsze potrzebuje poprawy. Niemniej życie w zborze odczuwam jako coś lepszego niż uczestniczenie we wszystkich innych znanych mi grupach wyznaniowych, terapeutycznych, firmach, partiach, komitetach, ruchach etc. To zaczęło się jak na podwieczorku u cioci. Agapa – czyli wspólne picie kawy i herbaty po nabożeństwie. Wszyscy byli mili, na pierwszy rzut oka bardzo zwyczajni. Jakiś pan w szarym garniturze mówił o swojej drodze życiowej, polegającej na tym, że nie jeździ na gapę, nie przechodzi na czerwonym świetle i płaci podatki, chociaż przez to jego firma ma mniejsze zyski. Ziewałem. Myślałem: „co za pacjent”. A po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że to nie pacjent, tylko pielęgniarz, pielęgniarz dla ziemskiego społeczeństwa ciężko chorych pacjentów. Zobaczyłem, że wszyscy ludzie w zborze działają podobnie jak ten pan, nawet w kwestiach takich jak mycie szklanek. Zobaczyłem, że oni nie są zwyczajni, tylko normalni – a więc bardzo niezwyczajni. Zacząłem widzieć, jak tworzą przestrzeń wzajemnej życzliwości i zaufania, w której razem robią różne rzeczy - opiekują się nieletnimi matkami i pieką ciasta, zajmują się alkoholikami i uczą dzieci grać na gitarze. Wszystko za darmo. Bez nagród i kar, bez korzyści materialnych i bez sankcji, bez pieniędzy i bez przemocy. Bez nadziei na pośmiertną zapłatę, bo jak uczy Biblia, Bóg zbawia tych, których chce zbawić: nie w nagrodę za ich uczynki, ale z łaski (Rzym. 9:11-23, Ef. 2: 6-8). Jeśli jest jakaś nagroda za czynienie dobra tu na ziemi, to jest nią poczucie uczestnictwa w Bożej pracy. Bóg czyni wszelkie dobro i miłość, jeśli więc czynimy dobro i miłość, to przepływa przez nas Boże działanie i w ten sposób możemy się poczuć trochę bliżej Boga.

Z praktycznego punktu widzenia, w zborze władzę pełni zgromadzenie członków zboru i wybierana przez nich rada (która rzadko kiedy musi podejmować dramatyczne decyzje). Pastor nie jest szefem/szefową. Pastor jest tym członkiem zboru, który studiował najgłębiej Pismo, który poświęca się głoszeniu Ewangelii i którego życie – na ile to możliwe dla człowieka – jest przykładem. Kiedy wchodzi się w podobne środowisko, nagle okazuje się, że można mieć maksimum aktywności ludzkiej przy minimum problemów. Gdyby społeczeństwo składało się z takich społeczności, nie trzeba byłoby robić rewolucji, żeby przewalczyć zmianę na lepsze.

Właśnie. Warto zwrócić uwagę na to, że najbardziej znaczące zmiany w dziejach naszej cywilizacji nie odbywały się poprzez wielkie jednokierunkowe rewolucje zbrojne. Odbywały się poprzez równoległe lub ewolucyjnie następujące po sobie sekwencje mniejszych zmian – politycznych, ekonomicznych, społecznych, etnicznych – którym towarzyszyły przemiany duchowe. Pojawienie się Ewangelii i chrześcijaństwa, jak pisze Auerbach, doprowadziło do zawalenia się starożytnej kultury i mentalności. Przestępca skazany na hańbiące ukrzyżowanie okazał się Bogiem. Rybacy i prostytutki stali się przyjaciółmi Boga. Pojawiła się wzniosłość dla niewolników. Nie można było nazwać człowieka rzeczą, „mówiącym narzędziem”, skoro mógł w nim żyć Chrystus. Nie powiem, że była to jedyna przyczyna, dla której niewolnictwo została zastąpione przez kolonat, a później przez zależność feudalną. Ale uważam, że była to przyczyna najważniejsza.

Podobnie później – kiedy między XII a XVII wiekiem ludzie na nowo przeczytali Ewangelię i rozpoczęła się Reformacja – wtedy zaczęła się rodzić demokracja i liberalny (nie mylić z neoliberalnym) kapitalizm.

Oczywiście, ani kolonat, ani feudalizm, ani liberalny kapitalizm, ani nawet demokracja nie są rozwiązaniami idealnymi i nieskończenie perfekcyjnymi. Ale kiedy się pojawiały, coś się zmieniało i to raczej na lepsze. Zmieniało się, mimo że starożytni chrześcijanie nie uprawiali polityki przemocy aż do czasów Konstantyna, a Kalwin tylko raz dopuścił do rozpalenia stosu w Genewie (i o jeden raz za dużo). Podobnie, podniesienie poziomu życia robotników w Anglii pod koniec XIX i na początku XX wieku dokonało się również za sprawą wielkiej pracy wspólnot chrześcijańskich, może przede wszystkim chrześcijańskich kobiet. Ich działalność w zborach była jednym z najważniejszych czynników działających na rzecz emancypacji. I nadal jest - dzisiaj to przeważnie kobiety prezesują w zborach albo mają większość w radach (a Kościół Ewangelicko-Reformowany, do którego należę, ordynuje kobiety na pastorów).

Takie efekty miała i ma nauka Jezusa, który głosił rewolucję skrajnie kolektywistyczną i zarazem skrajnie indywidualną. Jeśli ktoś chce od ciebie sto złotych, daj mu dwieście. Jeśli chce kurtkę, daj mu i sweter. Jeśli chce, żebyś przeszedł z nim milę, przejdź dwie albo trzy. Ty rób tak – ale nie śledź innych, nie zmuszaj ich, aby tak robili. Nie potępiaj i nie sądź, bo sam zostaniesz osądzony w taki sposób, w jaki sądziłeś innych. Łatwo jest widzieć źdźbło w oku bliźniego, pamiętaj jednak, że ty masz w swoim belkę.

Gdyby taka rewolucja stała się naszym ideałem, powszechnie obowiązującym wzorcem kultury – wtedy o wiele łatwiejsze byłoby zmienianie społeczeństwa na lepsze. Pamiętajmy, że jedynymi społeczeństwami, w których kapitalizm liberalny jakoś zafunkcjonował, były ewangelickie społeczeństwa anglosaskie. A jedynymi społeczeństwami, w których socjalizm jakoś działa, są ewangelickie społeczeństwa skandynawskie.

Tym wszystkim, którzy nie wierzą, że w Biblii można znaleźć odniesienia do współczesnej sytuacji politycznej i gospodarczej, przekażę, co usłyszałem. W ostatnią niedzielę poszedłem smutny na nabożeństwo. Poszedłem smutny, bo w nocy czytałem u Naomi Klein o potwornościach, jakie neoliberalna (czyli nieliberalna) dyktatura zafundowała Argentynie (mam tam przyjaciół i w ogóle zakochałem się w tym kraju). I jakoś tak się stało, że pastor zaczął nabożeństwo od psalmu dziesiątego:

    Czemu, o Panie, stoisz z daleka
    Ukrywasz się w czasach niedoli?
    Z powodu pychy bezbożnego trapi się ubogi.
    Niech uwikłają się w knowaniach, które obmyślili!
    Bo pyszni się bezbożny zachcianką swoją,
    A chciwiec bluźni, znieważa Pana.
    Bezbożny myśli w pysze swojej:
    Nie będzie dochodził… Nie ma Boga.
    Oto całe rozumowanie jego.
    Zabiegi jego w każdym czasie udają się,
    Sądy twoje nie obchodzą go,
    Wszystkimi przeciwnikami gardzi.
    Mówi w sercu swoim:
    Nie zachwieję się,
    Nigdy nie spotka mnie nieszczęście.
    Przekleństwa pełne są usta jego, także fałszu i obłudy,
    Pod językiem jego jest krzywda i nieprawość.
    Czatuje za węgłem zagród,
    Skrycie zabija niewinnego;
    Oczy jego wypatrują nieszczęśnika.
    Czyha w kryjówce jak lew w gęstwinie,
    Czyha, aby porwać ubogiego.
    Porywa ubogiego, zarzucając sieć swoją.
    Schyla się, przyczaja,
    I wpadają w jego szpony nieszczęśliwi.
    Mówi w sercu swoim:
    Zapomniał Bóg, zakrył oblicze swoje…
    Nigdy nie będzie widział…
    Powstań, Panie! Boże, podnieś rękę swoją,
    Nie zapominaj ubogich!
    Dlaczego bezbożny ma urągać Bogu,
    Mówić w sercu swoim: Nie będziesz dochodził.
    Ty zaś widzisz, bo patrzysz na trud i utrapienie,
    Aby to ująć w ręce swoje.
    Na tobie polega nieszczęśliwy,
    Tyś pomocą sierocie.
    Złam ramię bezbożnego i złoczyńcy!
    Dochodź niegodziwości jego, aby jej nie było!
    Pan jest królem na wieki wieków;
    Z jego ziemi znikną poganie.
    Westchnień biedaków wysłuchujesz, Panie;
    Utwierdzasz ich serca, nastawiasz uważnie ucha swego,
    Aby bronić prawa sieroty i uciśnionego,
    By człowiek z ziemi wzięty nie wzbudzał już postrachu.
Komentarze
Dodaj nowy
Kosikm   |11.03.2009 16:38:21
Na taką komunę mógłbym się zgodzić. I na taką rewolucję, szczególnie mam tutaj
na myśli tego pana ze zboru. Utopijne ale choćby jeden kamyczek więcej to zawsze
wartość dodana. Samo założenie jest błędne, ponieważ ludzie nie są równi i nie
są tacy sami. I tylko system generujący ludzkie pragnienia i chęć ich realizacji
jest motorem cywilizacji i źródłem postępu. A neoliberalizmowi to bliżej do
komuny niż do liberalizmowi.
bedzie_dobrze   |12.03.2009 02:52:09
Agresywnosc i destrukcyjnosc sa skorelowane z frustracja, ale nie sa wylacznie
efektami frustracji. Sa to czesci naszej wlasnej biologii. Dlatego kiedy czytam
o takich grupach cudownych ludzi, ktorzy zmywaja po sobie wszystkie szklanki i
daja lekcje gry na gitarze dzieciom z biednych rodzin za darmo, to zastanawiam
sie, gdzie tez i w czym wyraza sie ta ich destrukcyjna strona. Co ona robi w tym
czasie?
No i mysle, ze byc moze faktycznie jest tak, ze jako grupa nie mozemy
funkcjonowac bez jakiejs ramy na te sklonnosci do postrzelania sobie dla zabawy.
Ale jednoczesnie jako jednostki nie jestesmy w stanie dla siebie takiej ramy
znalezc w tym co jest, tylko potrzebujemy do tego czegos wiecej. Religii na
przyklad. I byloby wszystko fajnie gdyby nie to, ze im wiecej wiadomo o swiecie
ktory jest tym trudniej traktowac powaznie "to czego nie widac a jest na
pewno". Czyli religie. I rame dla wlasnej destrukcyjnosci coraz trudniej
wtedy znalezc. Wezmy na przyklad neoliberalizm. Czy jak juz usuniemy
uregulowania rynku, to mnie ktos powstrzyma przed przejmowaniem wladzy
ekonomicznej, pozniej politycznej i przed taka zmiana zasad, ktora mi zapewni
maksymalizacje zysku? Co mnie ma zmusic, bym sie trzymal reguly wolnego rynku,
skoro on jest wolny i wszystko na nim mi wolno? Z drugiej strony jak juz
wprowadzimy te gospodarke zrownowazona i sprawiedliwa, to niby co mnie
powstrzyma przed dojeniem jej? Dlaczego nie mialbym zachowywac sie na niej jak
ksiazkowy neoliberal, a nastepnie znow zmienic zasady? Byc moze jedynie religia
moze nas przed tym powstrzymac. Tyle, ze mamy zbyt duzo wiedzy i rozumu, by w
nia wierzyc.
Rylew   |12.03.2009 07:50:57
Bardzo ciekawe te obydwa teksty w których więcej pytań niż odpowiedzi.

Sierakowski na tle historii RAF pyta o istotę, sens i moralne zabarwienie tego
co nazwano terroryzmem.
Tomasz Piątek zdaje się wierzyć w możliwość rezygnacji
z użycia przemocy (terroru), w powolne ukształtowanie mentalności człowieka do
stanu gdy uznawać będzie za niezbędne nie czynić zła drugiemu, a czynić tylko to
co chciałby by i jemu czynione było.
W imię Boga lub w imię istniejącej w
człowieku siły dobra.
Chcę i ja w to wierzyć.
I mogę nawet sobie wyobrazić
moment gdy ogromna większość ludzi powie grupie chciwych krętaczy, cwaniaków,
cyników budujących swoje imperia na ludzkiej krzywdzie - dość tego!

Tylko, że
ten świat stał się światem >świecidełek,
a wynik walki dobrego ze złem wcale
nie jest pewny, choć podobno
> ludzi dobrej woli jest więcej. Świat jest i
będzie areną wojny o świadomość, a technologia ogłupiania ludzi staje się coraz
doskonalsza.
Z postępem idzie antypostęp.

Siła przyciągania Boga jakby
maleje, piękne ideały są bezlitośnie wyśmiewane, a świat opanowała nowa religia,
religia kapitału.
Wielu z dzisiaj żyjących może doczekać czasów gdy nastąpią
akty qasiterrorystyczne których genezy i istoty nie będą już w stanie zrozumieć.
Rafał_W   |15.03.2009 10:08:14
Utopia to coś pięknego i ponętnego. Mógłbym w utopii się zakochać. Oddać jej
moją duszę i serce i rozum. Dlaczego jednak cudowna utopia nie porywa
wszystkich? Dlaczego moc jej przyciągania jest tak słaba? Kryzys wiary w
realność i prawdę idei we współczesnym zsekularyzowanym świecie jest jedną z
możliwych odpowiedzi. Wiara jest irracjonalną nadzieją na lepsze jutro wobec
niesprawiedliwego dzisiaj. Jest wyborem idei bez pewności do czego podążanie jej
drogą może doprowadzić. Jest bezgranicznym oddaniem i zaufaniem. Jednak nie
wszyscy oceniając negatywnie świat jaki ich dookoła otacza wybierają drogę
wiary, niewielu wybiera też drogę przemocy. Większość z nas jest raczej gdzieś
pośrodku, zawieszona pomiędzy sceptycznym zwątpieniem w dobroć, człowieka,
prawdę a uniwersalnym potwierdzeniem tych wartości. Zarówno zwątpienie jak i
potwierdzenie mogą powodować terror rozumiany jako środek uwalniający świat od
zła albo prowadzący do dobra. Oczywiście eklezja i wspólnota może również dawać
taką oczyszczającą i wyzwalającą siłę. Siłę odrzucania przemocy i postępowania
zgodnego ze standardami kulturowymi, normami etycznymi i społecznymi
zinternalizowanymi w każdym z braci i sióstr. Jest to zdecydowanie lepsza droga.
Należy jednak pamiętać o tym, że nie jest ona możliwa dla wszystkich. A także o
tym, że zakłada jedną, spójna wizję natury ludzkiej. Gdyby postawy anielskie
były czymś powszechnym nie mielibyśmy ani polityki, ani instytucji państwa.
Zamiast tego bylibyśmy rajską wspólnotą ludzką, którą postuluje choćby Marks.
Tak się niestety składa, że żyjemy w świecie różnorakich, czasami sprzecznych
wartości. Fakt pluralizmu wyziera z każdego kąta i jedną z dróg na wzajemne
współżycie, która nam pozostaje jest droga kompromisu politycznego. Ani przemoc
ani oddolna wspólnota wiary tego nie zastąpi.
Rylew   |16.03.2009 16:16:42
> Fakt pluralizmu wyziera z każdego kąta i jedną z dróg na wzajemne
>
współżycie, która nam pozostaje jest droga kompromisu politycznego.
> Ani
przemoc ani oddolna wspólnota wiary tego nie zastąpi.

Czy jednak nie jest to
tak, że kompromis polityczny trzeba wywalczyć stosując przemoc ? Droga poprzez
metamorfozę dusz to droga długa może na tysiąclecie, ale czy warto zdać się na
ewolucję ?
Może trzeba jej pomóc.

Rewolucjonista to taki człowiek, który nie
wie, że trwałe zmiany rzeczywistości są domeną ewolucji, konserwatysta zaś to
taki, który nie wie, że istnieje ewolucja :).
dcio   |05.11.2009 21:03:40
A luteranizm tez jest ok czy tylko kalwinizm ma patent na zbawienie?
Rylew  - Zatkało mnie!   |06.11.2009 07:30:14
Ktoś tutaj napisał dwa teksty pod moim nickiem i to w dodatku tak jakby z moich
myśli wyjął, ba jakby moimi słowami wyraził.
Proszę się ujawnić traktuję to
jako dobry dowcip.
Jan Rylew
Rylew   |06.11.2009 07:33:35
Co do tekstu T. Piątka to myślałem, ze mnie już żaden dziennikarz nie zaskoczy,
a tu proszę stało się. Nie będę teraz komentował muszę to przemyśleć.
maciej   |06.11.2009 11:04:12
Stróż brata swego
FILM DOKUMENTALNY (The Terror Hunter), Dania, 2008
reż.
Jorgen Flindt Pedersen
Film ukazuje pracę 59-letniego austriackiego prawnika,
Manfreda Nowaka, który jest wysłannikiem z ramienia ONZ, odpowiedzialnym za
przeciwdziałanie torturom. Nowak podróżuje po całym świecie, starając się
ukrócić proceder, który nie powinien mieć miejsca w cywilizowanym świcie. Stawia
czoła przedstawicielom najbardziej wpływowych rządów świata, czasami odpiera
ataki ze strony państw członkowskich ONZ. Twórcy filmu śledzą poczynania swego
bohatera, ale rozmawiają też z uchodźcami z Chin, Zimbabwe i Mołdawii.
Wstrząsającym uzupełnieniem dokumentu są wypowiedzi byłego oficera służb
specjalnych USA, który dokładnie opisuje tortury, jakim poddawani byli
więźniowie w irackiej Faludży.
Nie wiedziałem, że red.S. Sierakowski jest
klasykiem, do którego dzieł pisze się komentarze.
Ps. Pewnie chodzi o Doktrynę
szoku, jestem na str. 64 to o elektrowstrząsach.
Od terrorystów odróżnia nas
to, że nie stosujemy ich metod. Jeżeli tak to niczym się nie różnimy.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.08461 Seconds