„Berlusconi, czyli rozciągliwe granice definicji Berlusconiego”. Przypominam słynne zdanie Slavoja Žižka. Dwa kraje, które najbardziej wybiegły w przyszłość, to Polska i Włochy. W Polsce lewicy nie ma, zostały tylko dwie prawice, narodowo-populistyczna i neoliberalno-populistyczna. A we Włoszech jest jeszcze lepiej, bo obie te prawice są jedną prawicą. Jedną partią, Forza Italia i jednym człowiekiem, Silvio Berlusconim. Silvio Berlusconi, jak twierdzi, z pochodzenia jest chłopem. Podczas studiów utrzymywał się ze śpiewania przebojów na statkach wycieczkowych oraz z domokrążnej sprzedaży odkurzaczy. A więc chłop, artysta, drobny przedsiębiorca i jako student, również inteligent. Ta tendencja do bycia wszystkim zapewniła Berlusconiemu sukces.
Karierę przedsiębiorcy telewizyjnego zaczynał podobno jako przedsiębiorca budowlany. Kiedy wybudował pierwsze swoje domy, od razu zrozumiał, że dostawca samych domów jest na pozycji uprzywilejowanej jako dostawca wyposażenia do tychże domów. I zadał sobie pytanie: a dlaczego przy okazji sprzedaży domów nie wyposażyć ich od razu, za grubą kasę, także w wystrój i nastrój, w obrazy i idee, w telewizory i w program, program od razu gotowy, w tychże telewizorach gadający? Jako właściciel osiedla mieszkaniowego, mógł je bez problemów odrutować, więc zrobił to, tworząc jedną z pierwszych włoskich kablówek.
I tak to już dalej poszło, utartym tropem: Berlusconi jako wszystko. Berlusconi jako wszechstronny przedsiębiorca, wszechstronnie krytykowany przez media. Berlusconi jako człowiek mediów, wszechstronnie krytykujący swoich krytyków. Osiedle po osiedlu, berluskońska sieć kablówek rozrastała się, aż stała się pierwszym włoskim ogólnonarodowym telewizyjnym kanałem prywatnym. I drugim. I trzecim. A wtedy nagle w parlamencie zgłoszono następującą propozycję: skoro państwowa telewizja RAI ma trzy kanały, to telewizje prywatne, dla równowagi, też powinny być trzy. A skoro już są trzy - te akurat należące do Berlusconiego - to nikt nie ma prawa zakładać następnych. To była tak zwana ustawa Mammiego. Przeszła, hihihi. Berlusconi zawsze głosił, że jest liberałem i zwolennikiem absolutnie nieskrępowanej wolności gospodarczej. Gdyby taka wolność była, kto wie, czy nie musiałby wrócić do sprzedaży odkurzaczy, czy zamiast: „Volare! O-o-o-o!” nie musiałby znowu „Cantare! O-o-o-o!” („volare” to „fruwać”, a „cantare” to „śpiewać”, śpiewać nie kantować). Tak, zamiast. A ustawa Mammiego nigdy nie przeszłaby bez współpracy i przyjaźni, wielkiej przyjaźni (on się zawsze przyjaźni, Berlusconi) z socjalistami, z ich szefem, Bettino Craxim.
A więc chłop, artysta, drobny przedsiębiorca, wielki przedsiębiorca, student-inteligent (a skończył te studia?), Wielki Naczelny (w sensie geniusza mediów, nie szympansa), liberał, socjalista i mistrz korupcji. Kiedy śledztwo „Czyste ręce” obaliło Craxiego i jego koruptorów, mega-koruptor Berlusconi ogłasza się Mesjaszem, który wyzwoli Włochy od korupcji. Zakłada partię „Forza Italia”. Wielu uznaje, że to już przesada. Berlusconi jako czystoręki antykorupcjonista… Nie, tego nikt nie łyknie, stwierdza lewica z chichotem. A po chwili musi przyznać ze zgrzytaniem zębów, że łyknęli to wszyscy. Dla prostych ludzi Berlusconi to ktoś, kto dorobił się od zera, na sprzedawaniu odkurzaczy. Jeśli dawał łapówki, to dlatego, że musiał, jak każdy. Natomiast ich nie brał, nie tuczył się wziątkami jak chadecy i socjaliści Craxiego. Tak myśli człowiek prosty.
A klasa średnia… Klasa średnia jest trochę lepiej poinformowana. Wie, że na dawaniu łapówek, prawdziwych wielkich łapówek, zarabia się więcej niż na ich braniu. Ale klasa średnia świadomie postanawia, że uwierzy w kłamstwa Berlusconiego. Uwierzy, chociaż nie wierzy. Uwierzy, mimo oburzonego parskania lewicy - bo Berlusconi obiecuje, że obroni klasę średnią właśnie przed lewicą. Mesjasz antykorupcji staje się dodatkowo Mesjaszem antykomunizmu.
Ale żeby to się udało, sama Forza Italia nie wystarczy, trzeba stworzyć koalicję wyborczą i parlamentarną, trzeba przyciągnąć pod skrzydła Berlusconiego dwie jedyne nieskompromitowane, nieumoczone w korupcję siły antykomunistyczne. Sojusznik numer jeden to postfaszystowski Sojusz Narodowy, którego główną ideą jest ratowanie jedności Włoch. Sojusznik numer dwa to separatystyczna Liga Północna, której główną ideą jest zlikwidowanie do końca jedności Włoch. A między nimi – Berlusconi. Berlusconi-patriota, który ratuje Italię przed rozpadem. I Berlusconi lumbard, Lombardczyk, który pomaga uwolnić krainę Padu od tyranii i wyzysku chciwych, leniwych południowców. W tej oto podwójnej, a właściwie już podwudziestnej postaci Berlusconi zdobywa władzę. Traci ją, kiedy koalicja się rozpada, bo separatyści dochodzą do wniosku, że branie na siebie odpowiedzialności za władzę nad znienawidzonym krajem nie ma sensu, lepiej hulać w opozycji. Kiedy tylko naszemu bohaterowi znowu udaje się przygruchać sobie antywłoską Ligę, wtedy odzyskuje władzę, wygrywa kolejne wybory, tworzy kolejne rządy. Jest to konieczne, bo tylko wtedy Berlusconi może chronić się za immunitetem przed korupcyjnymi procesami. Tylko wtedy może zmieniać prawo tak, aby dotyczące go sprawy sądowe się przedawniały. Tylko wtedy może powstrzymywać prace nad ustawami nakazującymi dekoncentrację własności medialnej, które to ustawy mogłyby zmusić biedaka do wyprzedaży imperium medialnego. A to dla niego byłoby samobójstwem, masowym samobójstwem (istota tak wielokrotna pojedynczego samobójstwa nie popełnia). Przecież tylko dzięki telewizji Berlusconi jest tym, czym jest, czyli wszystkim. W swojej prywatnej Retequattro jest ciepłym idolem gospodyń domowych. W swoim prywatnym Canale 5 jest guru wielkiego biznesu, Panem Sukces. W swojej prywatnej Italia 1 jest cool-trendy-dynamicznym i młodym idolem, mimo gąbczastości i łysiny. A do tego jeszcze w trzech publicznych kanałach RAI jest premierem, najwyższym zwierzchnikiem Państwa (prezydent się nie liczy, nie ma prerogatyw, a przede wszystkim nie ma władzy nad mediami publicznymi).
Tylko władza nad parlamentem i nad mediami sprawia, że można upychać pod dywan najbardziej kompromitujące trupy. Jak to się dzieje, że przez siedem lat w luksusowych stajniach Berlusconiego, w jego wielkiej posiadłości Arcore, ukrywał się jeden z szefów sycylijskiej mafii, Vittorio Mangano, oficjalnie zatrudniony tam jako masztalerz? Nasz Silvio z Lombardii, nasz północnik z dziada-pradziada okazuje się zbrodniczym południowcem. No, ale winę na siebie wziął już dawno temu Marcello Dell’Utri, prawa ręka Berlusconiego, szef domu mediowego Publitalia. Poszedł siedzieć za szefa, bo chociaż Berlusconi jest wszystkim, absolutnie niemożliwe jest, aby był więźniem. Berlusconi ma w Arcore grobowiec. Ogromny, rzecz jasna, ogromny i wszechogarniający, nie tylko przestrzennie, ale i czasowo, bo zaprojektowany w przyszłość. Podobno jest tam pięćset krypt, z góry przygotowanych dla pięciuset potomków szefa. Jeśli przyjdą go aresztować, będzie bawił się w chowanego z krypty do krypty, uciekając przed śledczymi. Ale oczywiście nikt nie przyjdzie go aresztować, śledczy zgubiliby się, Arcore jest po prostu zbyt wielkie. Podobnie jak pięć pałaców Berlusconiego rozrzuconych po Sardynii, podobnie jak inne znane i nieznane posiadłości. Berlusconi jest wszystkim i ma wszystko. Zawsze wygrywa, bo jest spełnionym marzeniem Włocha. Jest Pinokiem, któremu się udało. Udało mu się zostać lisem i kotem równocześnie. Tylko jedno się temu pajacowi nie uda: już nigdy nie będzie prawdziwym chłopczykiem.
www.tomaszpiatek.pl
Weź udział: Czy żyjemy w wideokracji, czy w demokracji? - debaty Krytyki Politycznej podczas Planete Doc Review
Na podobny temat
|
Ciekawostka dla austriaka: w Austrii ...
Dzieciofobiczna postawa propagowana w...