|
Tytuł „Palestyna, Palestyna. Konflikt, okupacja, apartheid” patronujący Wieczorowi Palestyńskiemu 11 stycznia na Chłodnej 25 wzbudził sprzeciw paru osób: „… nazywanie Izraela państwem stosującym państwową, rasistowską politykę segregacji i dyskryminacji jest już tak obrzydliwym i obraźliwym wymysłem, że nie jestem w stanie przejść nad tym do porządku dziennego… Na Chłodną przychodzi przecież mnóstwo Izraelczykow. Robienie czegoś takiego jest po prostu nie fair….” To fragment listu do Grzegorza Lewandowskiego, właściciela klubu.
Dla Polaka słowo „okupacja“ ma o wiele więcej negatywnych konotacji z racji oczywistych. Ale nie to słowo wzbudziło tyle emocji, a właśnie termin – „apartheid”.
Należy się więc parę słów wyjaśnienia. Zarówno odnośnie powyższego terminu, przypuszczenia, że Izraeczycy powinni bezrefleksyjnie popierać praktyki swojego państwa, jak i zarysowującego się w Polsce ostrego podziału, na tych, którzy są za i przeciw atakowi na Gazę.
***
Tytuł dotyczy Palestyny, nie Izraela. Palestyna to nazwa zwyczajowa, nadawana najczęściej obszarowi odpowiadającemu mniej więcej granicom Mandatu Brytyjskiego z lat 1922 - 1947, czyli obecnemu Izraelowi, Strefie Gazy i Zachodniemu Brzegowi. Nie jest to więc jedynie obszar Izraela, ale cały, niewielki skrawek lądu - na którym żyją i o który zażarcie walczą dwie społeczności – palestyńska i żydowska.
W jednym z wywiadów Amy Goodman – prowadząca słynne audycje „Democracy Now!” i nazywająca samą siebie „radiowym głosem pozbawionej praw lewicy” – powiedziała: „O systemie podobnym do apartheidu mówimy wtedy, gdy mamy na myśli dwa narody, które żyją na tym samym terytorium, pomiędzy Morzem Śródziemnym a rzeką Jordan, dwie grupy ludności. I istnieją dwa zestawy reguł, które obowiązują każdy z nich oddzielnie. Są przywileje i prawa dla jednego narodu, dla Izraelczyków (głównie dla tych spośród nich, którzy są Żydami). I są restrykcje, dekrety i prawo wojenne, które obowiązują drugi naród – Palestyńczyków. (Wywiad z Amy Goodman, Democracy Now!, 12 kwietnia 2005).
Trzeba rozróżnić status Palestyńczyków mieszkających w Izraelu, którzy cieszą się teoretycznie względną równością (prawo ślubne jest tu niechlubnym wyjątkiem i stosowanie tego prawa de facto jest praktyką apartheidu, o czym piszę dalej), tych którzy mieszkają we wschodniej Jerozolimie i w końcu – na Zachodnim Brzegu Jordanu i w Strefie Gazy, czyli ludzi pozbawionych większości praw. Oprócz tego są jeszcze podziały wewnętrzne, dotyczące np. Zachodniego Brzegu – czyli strefy A, B i C. To, co je łączy, to stopień podległości jurysdykcji państwa Izrael, podległość różna w różnych strefach, ale na tyle rozległa, żeby w całości kontrolować życie mieszkających tam ludzi.
Tak więc pasterze z Susyi pod Hebronem mieszkają w namiotach (nie mogą uzyskać pozwolenia na budowę domu, wydawanego przez organy izraelskiej administracji), nie mają dostępu do naturalnych źródeł wody pitnej (są one zniszczone lub zagarnięte przez izraelskich osadników – sąsiadów i pilnie strzeżone przez izraelskie wojsko), nie mogą wypasać bydła na polach (na to również nie pozwala im wojsko) ani uprawiać pól (dostępu broni armia i osadnicy), które zgodnie z izraelskim prawem po 3 latach nieużytkowania przepadają na rzecz państwa (izraelskiego oczywiście). To ostatnie jest prawem jeszcze z czasów ottomańskich, odgrzanym i stosowanym teraz z powodzeniem. Raz na jakiś czas przyjeżdżają ciężarówki, całe rodziny są przemocą ładowane na pakę i wywożone z Susyi. Ale ludzie wracają, w nocy, po kryjomu, bo są zwierzęco przywiązani do skrawka lądu, na który mają nieuznawane przez państwo Izrael papiery. Tuż obok jest nowiutkie osiedle izraelskie, za drutami kolczastymi i wysokim ogrodzeniem, z wszelką potrzebną infrastrukturą, z drogą dojazdową, z której oczywiście pasterze z Susyi nie mogą korzystać, bo jest ona przenaczona tylko dla Izraelczyków. Czy to nie jest apartheid? Jest też jeden ciekawy aspekt wpółpracy między jedną i drugą społecznością – pasterze są zmuszeni kupować od osadników wodę, płacąc po 300 szekli (około 80 dolarów) za 200 metrow sześciennych. Wodę osadnicy, dodajmy, mają za darmo.
Termin „apartheid” jest nie do końca ścisły, jest jednak efektywnym intelektualnym instrumentem, pozwalającym wiele zrozumieć z sytuacji ludności palestyńskiej pod jurysdykcją Izraela. Powinien być punktem wyjścia do myślenia o tej sytuacji, a nie zamykającym je wnioskiem. Inne są ideologia i cele, inna jest historyczna genealogia. Natomiast metody i strategie stosowane przez reżim apartheidu w RPA i obecne rządy państwa Izrael są tak uderzająco podobne, że były arcybiskup Kapsztadu, Desmond Tutu, w wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana” powiedział: „to przypomniało mi tak bardzo to, co zdarzyło się nam, czarnym w Południowej Afryce. (…) Widziałem upokarzanie Palestyńczyków na punktach kontrolnych i blokadach drogowych, cierpiących jak my, kiedy młody, biały oficer zabraniał nam się przemieszczać”.
W Republice Południowej Afryki chodziło o ścisłą segregację rasową. Na Terytoriach Okupowanych przez Izrael chodzi nie tyle o podziały rasowe, co o terytorium, a konkretnie o terytorium dla izraelskiej mniejszości. Jak pisze Jimmy Carter: „(…) słowo „apartheid” definiuję jako narzuconą siłą segregację dwóch narodów żyjących na tym samym obszarze, gdzie jeden dominuje i prześladuje drugi. Wyjaśniłem w tekście książki oraz w mojej odpowiedzi rabinom, że system apartheidu w Palestynie nie opiera się na rasizmie, ale na chęci zawładnięcia przez izraelską mniejszość palestyńskim terytorium, co skutkuje tłumieniem protestów, które same przybierają formę przemocy… Sposób, w jaki używam słowa „apartheid”, nie odnosi się do warunków panujących w obrębie Izraela” („International Herald Tribune”, 15 grudnia 2006). Autor mówi o swojej książce Palestine: Peace Not Apartheid).
Można by opisać jeszcze wiele kolejnych sytuacji niemożności typowych dla apartheidu. Nawet jeśli Palestynka/Palestyńczyk ma izraelskie obywatelstwo, to nie ma prawa poślubienia Palestynki/Palestyńczyka ze strefy Gazy lub Zachodniego Brzegu, wspólnego życia i wychowywania dzieci w Izraelu (tzw. prawo ślubne).
Izraelskie dowody tożsamości – Teudat Zehut – wskazują, czy ktoś jest Żydem, czy nie. Wystarczy spojrzeć na datę urodzenia, która jest – w przypadku Żyda – określona dodatkowo hebrajską datą urodzenia. Chris McGreal, były główny korespondent brytyjskiego „Guardiana” opisuje to jako „system determinujący dostęp do pewnych programów socjalnych i z góry określający stosunek władz administracyjnych i policji“.
McGreal porównuje Teudat Zehut do „Population Registration Act) znanego z RPA w epoce apartheidu.
Palestyńczycy, którzy żyją w Gazie, na Zachodnim Brzegu i częściowo we wschodniej Jerozolimie, nie mają obywatelstwa izraelskiego. Są natomiast poddani izraelskiemu prawu i mają dowody tożsamości wydawane przez Autonomię Palestyńską – za zgodą władz izraelskich. Nie mają rzecz jasna prawa głosowania, nie mają prawa do swobodnego poruszania się. W praktyce żyją w zamkniętych gettach i enklawach, które ustanowiło państwo Izrael (na Zachodnim Brzegu – Północ, Centrum, Południe, Dolina Jordanu, północne Morze Martwe). Aby gdziekolwiek się udać, muszą się starać o specjalne przepustki, ale i tak obawiają się wyjechać, bo za każdym razem są zdani na łaskę dowódcy na punkcie kontrolnym, dowódcy, od którego decyzji nie ma odwołania i który ma prawo zatrzymania danej osoby nawet na wiele godzin bez podania przyczyn. Przyczyną zazwyczaj jest to samo – względy bezpieczeństwa. Na drodze zawsze może stanąć tzw. latający punkt kontrolny, droga dotąd przejezdna może stać się nieprzejezdna, ponieważ na jej środku wojsko postawi kilkutonowy betonowy blok.
W 2005 roku armia izraelska zabroniła Palestyńczkom korzystania z głównej drogi Zachodniego Brzegu. Blokada się rozszerza i w tej chwili nie można korzystać z większości dróg, bo są one przeznaczone dla Izraelczyków. B’tselem, izraelska organizacja obrony praw człowieka opisała to jako „totalny sytem drogowego apartheidu”.
System utrudnień biurokratycznych związanych z poruszaniem się oraz blokada dróg skutecznie hamują wszelką aktywość – zarówno tą związaną z handlem i pracą, jak i dostępem do szpitali i przychodni, szkół, uniwersytetów, ośrodków kultury. Problemem stają się nawet odwiedziny przyjaciół i krewnych. Między Zachodnim Brzegiem a Strefą Gazy nie ma żadnej komunikacji. Podróżowanie za granicę jest nieomal niemożliwe. Nie ma takiej sfery ludzkiej aktywności, która nie byłaby kontrolowana przez Izrael. Wywołuje to poczucie totalnej dominacji, tak wielkiej, że kiedy w wywiadach z młodymi chłopcami w obozie dla uchodźców w Jeninie pytałam, gdzie jest Izrael, odpowiadali „nigdzie”, żeby zaraz potem dodać „wszędzie, również tu” – i pokazywali swój dom.
W 2002 Izrael rozpoczął budowę muru wokół Zachodniego Brzegu i Gazy, który jest najbardziej widomym znakiem odgrodzenia obu społeczności. Podobnie jak w przypadku blokady dróg, B’tselem zaprostestowała.
Uri Davis, określający siebie mianem palestyńskiego Hebrajczyka, aktywista urodzony w żydowskiej rodzinie w Jerozolimie, autor książek o apartheidzie i demokracji w Izraelu i na Bliskim Wschodzie, napisał w 1987 roku, że apartheid jest w Izraelu rzeczywistością prawną, mimo że ma inną strukturę niż w RPA. Davis twierdzi, że podczas gdy w RPA oficjalnym, przyjętym na mocy prawa kluczowym rozróżnieniem był podział na „białych”, „kolorowych”, „Hindusów” i „czarnych”, to w Izraelu przyjęty jest oficjalnie system syjonistycznych wartości, a kluczowym prawnym rozróżnieniem jest „Żyd” i „nie-Żyd”.
***
Zawsze sądziłam, że bycie Żydówką, Żydem to pewna kondycja psychiczna, rodzaj czujności, wrażliwość na przemoc dokonywaną na innych. W Warszawie wielu moich znajomych, nierzadko świeżych konwertytów pełnych neofickiego zapału wybrało opcję ślepej akceptacji strategii politycznej państwa Izrael, w tym – ataku na Gazę. Może nie zdają sobie sprawy, że w Izraelu rośnie opozycja tych, którzy nie stracili owej czujności, otwarcie protestują i próbują ratować to państwo przed samounicestwieniem. Ja - protestując - mam w pamięci wszystkie praktyki segregacji i represji stosowane przez Polaków wobec Żydów, nieudane 600-letnie warsztaty współżycia obu narodowości, krótko mówiąc – naszą wobec Żydów winę. I boję się, że w jakiejś spotworniałej formie wszystkie te praktyki są replikowane teraz w państwie Izrael.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...