|
Proszę wybaczyć, że z opóźnieniem odpowiadam na Pani tekst. Doliczyłem się w nim sześciu zarzutów:
- że podsycam oburzenie (czy to należy do powołania publicysty?),
- że nie dostrzegam komercjalizacji Parady, która przestała być przedsięwzięciem obywatelskim i politycznym,
- że nie przemawiał Krystian Legierski,
- że narzekajac na słabą frekwencję, pominąłem obecność wielu feministek oraz osób z organizacji lewicowych (w dodatku wyróżniając „Krytykę”), w tym Pani,
- że nie pisałem o petardach,
- że nie zająłem się losem chuliganów, którzy zaatakowali nasz marsz, a którzy - jak to Pani diagnozuje - są ofiarami „modernizacji”, która uczyniła z nich grupę wykluczonych.
Jej Perfekcyjność prostowała już, że Parada Równości jest znakiem zastrzeżonym, którego właścicielem nie jest spółka, lecz osoba prywatna (Szymon Niemiec), i że postulaty polityczne, w tym rejestrację związków partnerskich, podano do wiadomości publicznej, gdy tylko dostarczył je Krystian Legierski. Krystian jako członek komitetu honorowego mógł przemawiać z platformy, ale nie chciał. Kilka dni wcześniej występowaliśmy we dwóch w radiu TOK FM w audycji Kamila Dąbrowy.
Już na łamach „Gazety” przepraszałem za niedostrzeżenie kilkunastu pewnie osób, w tym co najmniej czworga z „Wyborczej” - nie zauważyłem was, choć szybko zszedłem z platformy i krążyłem w tłumie. Nie zmienia to, niestety, faktu, którego Pani chyba nie neguje, że frekwencja była więcej niż zła. Pani chyba przerzuca winę na organizatorów. Trudno mi to ocenić. Z jednej strony, wbrew pani sugestiom o komercjalizacji, kasy na organizację było tyle co nic, a miasto tradycyjnie odwróciło się od Parady, ale z drugiej strony rozmaite środowiska z szerokiej koalicji lewicowo-obywatelskiej, w tym sporo przecież organizacji LGBT, mogłyby wykonać większą pracę promocyjną, choćby w sieci. Nikt ludziom nie wbijał do głowy, że 11 czerwca jest w Warszawie Parada.
O faszyzujących chuliganach i ich petardach nie pisałem, bo jakoś mnie nie interesują. Nie ciekawi mnie nawet, czy są ofiarami modernizacji czy karierowiczami, jak liderzy kiboli, pewnie jest i tak, i tak. Wiem, że dla lewicowczyni (chyba tak?) to zabrzmi oburzająco, ale nie mam zamiaru pochylać się nad losem tej akurat mniejszości, która buduje swoją tożsamość na nienawiści, widzę tu raczej znaczącą rolę dla policji.
Jeśli Pani pozwoli, to dodam jeszcze kilka słów o powołaniu dziennikarza. Moja postawa wzbudza też wątpliwości w „Gazecie Wyborczej”. Kolega z redakcji Jakub Halcewicz-Pleskaczewski w tekście „Obywatel nie od parady” (tytuły są tradycyjnie silną stroną naszego pisma) zarzuca mi, że wyrażam postawę „rozczarowanego żarliwego działacza”. On z kolei uważa, że Parada sama się skompromitowała „karnawałowym charakterem”. Nie miała charakteru „manifestacji tolerancji albo obrony czyichś praw”, ale była raczej polityczną akcją na rzecz ustawy o związkach partnerskich (ciekawe, że autor nie widzi związku między jednym i drugim). Pani uważa, że niepotrzebnie wyrażam oburzenie, Halcewicz-Pleskaczewski, że zamieniam się z publicysty w działacza, co sprawia, że zamiast myśleć, „nadmiernie moralizuję”.
Ja nazywam to inaczej - dziennikarstwem obywatelskim. Przekonuję ludzi do idei i zachowań, które uważam za moralne, właściwe i korzystne dla zbiorowości, namawiam do walki o swoje i cudze prawa. Brzmi zarozumiale, prawda? Ale od wielu lat reprezentuję w „Gazecie” ten nurt, który wyrażał się akcjami społecznymi typu „Rodzić po ludzku” czy inicjatywami politycznymi w czasach IV RP. Dziennikarstwo obywatelskie może też - na szczęście - przyjmować formy frywolne, gdy namawiamy ludzi na bieganie, ale, tak czy inaczej, dziennikarz bierze na siebie rolę - mówiąc językiem Hannah Arendt - public intellectual (w moim przypadku bardziej public, bo na tytuł intelektualisty jeszcze muszę zapracować).
Uważam homofobię, w wydaniu zarówno społecznym (postawy ludzi), jak i państwowym (prawo i polityka), za zło, w takim sensie, jak pisała o złu Arendt. Homofobia - czyli odmawianie ludziom podstawowego prawa do bycia sobą - jest dowodem na to, że diabeł - nie przesądzając jego statusu, rzecz jasna - miesza nam w głowach. Proszę to przemyśleć: jak inaczej można uzasadnić fakt, że bezinteresowanie czynimy innym tyle krzywdy?
Wiktor Osiatyński tłumaczy, że w demokracji tak działają większości: ludzie tracą zrozumienie i zainteresowanie losem mniejszości. Wraz z upadkiem wspólnego totalitarnego wroga rozpadła się polska wspólnota zagrożenia, a solidarność trafił szlag. Mniejszości stają się obce, to jacyś ONI, ICH kultura, ICH ekspresja nas mierzi… Słychać to w słowach mego kolegi z redakcji.
Dlatego Osiatyński uważa, że same mniejszości muszą odważnie zawalczyć o swoje prawa. „Tolerancja wobec osób homoseksualnych sama się nie wydarzy, wymaga waszej odwagi i pracy. Nie pójdzie łatwo, bo przeciw jest cicha koalicja lewicy, prawicy - wszystkich, którzy się boją się narazić większości i boją się głosu Kościoła” - mówił Osiatyński rok temu na spotkaniu w siedzibie „Gazety” przed Europride 2010.
Ja jednak nie tracę nadziei. Arendt ma rację, że zanik postawy obywatelskiego zaangażowania na widok zła jest wyrazem bezmyślności rozumianej jako nieumiejętność prowadzenia wewnętrznego dialogu i wsłuchania się we własne sumienie. Co oznacza, że pewne poruszenia sumienia może dać efekty. Dlatego nie tracę nadziei, że na następnej Paradzie będzie nas - powiedzmy - tylko pięć razy mniej niż w Tel Awiwie, gdzie w ostatni piątek ponad sto tysiecy ludzi poszło pod hasłem „Dobrze być gejem - marsz na rzecz równości społecznej”. Hasło jednoznaczne (choć irytujące dla lesbijek).
Wierzę w to, bo przecież „wspólne działanie w warunkach całkowitej bezinteresowności to przyjemność, której nigdzie indziej nie znajdziemy”.
Z poważaniem
Piotr Pacewicz
*Piotr Pacewicz – współzałożyciel i wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, publicysta, inicjator akcji
społecznych m.in. „Rodzić po ludzku”. Współautor, razem z Martą Konarzewską, książki „Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu” (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010).
Na podobny temat
|
Ciekawostka dla austriaka: w Austrii ...
Dzieciofobiczna postawa propagowana w...