NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ostolski: Życzenia dla Europy Drukuj
Adam Ostolski   
31.12.2010
europe.jpg

Czy tylko ja mam wrażenie, że historia przyspieszyła? Rok 2010 był w Europie bezdyskusyjnie rokiem prawicy. To prawica wygrywała wybory w kolejnych krajach: na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii, Czechach, Holandii, Szwecji… Był to też pierwszy rok obowiązywania traktatu lizbońskiego – mogliśmy się w końcu przekonać, jak traktatowe zapisy sprawdzają się w politycznej praktyce. I był to rok, w którym dokonała się kolejna odsłona światowego kryzysu finansowego: pakiety stymulacyjne ustąpiły miejsca polityce cięć i oszczędności oraz debatom o sensie i warunkach pomagania kolejnym zagrożonym niewypłacalnością krajom. Towarzyszyła temu erupcja społecznej aktywności, zwłaszcza w postaci ulicznych marszów i protestów. Europejska opinia publiczna nauczyła się nowego skrótu PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania) i chyba po raz pierwszy usłyszała od europejskich przywódców, że unia gospodarcza i monetarna wcale nie jest faktem nieodwracalnym. Uff, jak na dwanaście miesięcy, to naprawdę sporo.

Jeszcze dalej na prawo

Wybory w poszczególnych państwach członkowskich mają znaczenie zarówno praktyczne, jak i symboliczne. Symbolicznie składają się na klimat epoki: w tej fazie kryzysu wiatr wciąż jeszcze wieje w prawo. Praktycznie zaś przejęcie lub utrzymanie władzy przez prawicę oznacza także umocnienie prawicowej polityki na poziomie Unii Europejskiej, zwłaszcza po wejściu w życie traktatu lizbońskiego, który wzmacnia wymiar międzyrządowy w stosunku do wspólnotowego oraz przyznaje większą rolę w tworzeniu unijnego prawa narodowym parlamentom. Na Węgrzech i w Wielkiej Brytanii zwycięstwo prawicy oznaczało koniec rządów socjaldemokracji spod znaku „trzeciej drogi” – zwłaszcza odejście Gordona Browna wyznacza symboliczny kres pewnej epoki. W Szwecji centroprawicowej koalicji udało się po raz pierwszy od wielu dekad wygrać drugie kolejne wybory. To też jest koniec pewnej epoki. Na Węgrzech i w Szwecji do parlamentów dostała się skrajna, ksenofobiczna prawica (Jobbik i Szwedzcy Demokraci), skrajnie prawicowa PVV umocniła również swoją pozycję w Holandii. Z drugiej strony widać oznaki przegrupowania sił na lewicy: osłabienie socjaldemokracji sprzyja partiom Zielonych. W Wielkiej Brytanii i na Węgrzech zdobyli oni swoje pierwsze mandaty, w Szwecji zaś jako jedyna część lewicowego bloku wyborczego poprawili swój stan posiadania.

To pogłębienie tendencji, która dała o sobie znać już podczas eurowyborów w 2009 r. i która zapewne znajdzie przedłużenie i w nadchodzącym roku. Zwłaszcza że zarówno wzrost poparcia Zielonych, jak i nasilenie się dyskursów i praktyk ksenofobicznych dotyczy też państw, w których w minionym roku wyborów parlamentarnych nie było: Francji i Niemiec. Tyle że ksenofobiczny język i rasistowska polityka znalazły tu wyraz nie we wzroście poparcia skrajnej prawicy, lecz w działaniach i wypowiedziach „szacownych” polityków głównego nurtu, takich jak Nicolasa Sarkozy czy Thilo Sarazzin.


Europa po traktacie

Rok po wejściu w życie traktatu lizbońskiego można już z pewną dozą pewności stwierdzić, że sporo racji mieli jego krytycy. Nie, nie ci, którzy przestrzegali przed powstaniem niedemokratycznego superpaństwa-molocha (przynajmniej na razie), ale ci, którzy w traktatowych zapisach wyczytywali groźbę osłabienia europejskiego federalizmu. Wzmocnienie wymiaru międzyrządowego wobec wspólnotowego oraz zwiększenie dystansu między wpływem dużych a średnich państw stworzyło warunki dla przekształcenia unijnej polityki ze wspólnego przedsięwzięcia w koncert kilku najsilniejszych graczy. Nie musiało tak się stać – ale wejście w życie traktatu, zamykające całą dekadę „procesu konstytucyjnego”, odsłoniło zarazem najpilniej strzeżoną w ostatnich latach tajemnicę Unii Europejskiej: kompletny brak wizji i przywództwa na poziomie wspólnotowym.

Nic nie pokazuje tego lepiej niż losy prawa dotyczącego kwestii „pirackich”. Jeszcze wiosną można było mieć nadzieję, że wzmocnienie roli Parlamentu Europejskiego w negocjacjach międzynarodowych UE przyniesie korzyści także zwykłym ludziom. W lutym Parlament skorzystał z nowych uprawnień, odmawiając ratyfikacji porozumienia z USA w sprawie przekazywania danych bankowych obywateli UE. W marcu przytłaczającą większością głosów przyjął rezolucję wyrażającą zaniepokojenie tajnym charakterem negocjacji w sprawie ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement). Jednak we wrześniu Parlament przyjął „raport Gallo”, popierając zwiększoną kontrolę internautów, zaś w listopadzie zajął się ponownie ACTA. Tym razem jednak odrzucił projekt rezolucji zgłoszony wspólnie przez Zielonych, socjalistów, komunistów i liberałów, w którym wskazywano na zagrożenia, jakie obecny tekst projektu ACTA może stwarzać dla demokratycznej kontroli nad tworzeniem prawa, praw podstawowych, wolności obywatelskich, ochrony danych osobowych, gospodarki krajów rozwijających się i dostępności tanich leków generycznych. Przyjęto konkurencyjny projekt chadecki, wyrażający zadowolenie z tego, że ACTA zapewni lepszą ochronę własności intelektualnej. „Dziennik Internautów” zatytułował swoje podsumowanie roku 2010 „rok zarazy prawnej wokół internetu”. Musi zasmucać i niepokoić fakt, że w tworzeniu represyjnego prawa ma swój udział także Unia. To cena, jaką płacimy za to, że w wybranym w 2009 r. parlamencie dominuje prawica.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na sondaż przeprowadzony niedawno w Wielkiej Brytanii na zlecenie Towarzystwa Fabiańskiego. Sondaż potwierdził obiegową wiedzę, że Brytyjczycy są jednym z bardziej eurosceptycznych społeczeństw w Unii, ale pokazał też, co mogłoby ich do Europy przekonać. Na pytanie, czy członkostwo w UE jest dobre czy złe dla Wielkiej Brytanii, 22 proc. respondentów odpowiedziało, że dobre, a 45 proc., że złe. Jednak jeśli te same osoby zapytano, czy w konkretnych dziedzinach państwa europejskie powinny współpracować ze sobą ściślej, czy luźniej, w niektórych kwestiach większość opowiadała się za ściślejszą współpracą. Chodzi m. in. o sprawy takie jak zwalczanie zmian klimatycznych (55 proc.), regulacja banków i instytucji finansowych (53 proc.) czy uzgodnienie minimalnego poziomu praw pracowniczych w obrębie UE (55 proc.). Omawiając te wyniki na blogu Towarzystwa Fabiańskiego Sunder Katwala stwierdza, że stanowią one wyzwanie dla brytyjskich eurosceptyków, którzy sądzą, że współpraca w każdej z tych dziedzin jest obecnie zbyt ścisła. (Przy okazji warto przypomnieć, że jeszcze w poprzedniej kadencji Parlamentu i Komisji to właśnie Wielka Brytania, jeszcze pod rządami laburzystów, wraz z Polską zablokowała ostatecznie przyjęcie dyrektywy o maksymalnym czasie pracy). To prawda, ale to również wyzwanie dla zwolenników europejskiego federalizmu – jak przekonać obywatelki i obywateli, że Unia Europejska zajmuje się właśnie tymi sprawami? I co więcej, jak przekonać Unię Europejską, by faktycznie się nimi zajęła?

Nie tylko ostatni rok, ale cała ostatnia dekada nie napawa optymizmem. Myślenie o europejskim modelu społecznym zastępowano sporem o konstytucyjny wymiar integracji – w najlepszym razie. Bywało bowiem i tak, że spór konstytucyjny przesłaniał działania prowadzące prostą drogą do demontażu europejskich państw dobrobytu, takie jak niesławna dyrektywa Bolkesteina czy dyrektywa o pracownikach delegowanych (po sprzecznej z jej oryginalną intencją reinterpretacji przez Trybunał Sprawiedliwości w sprawach Laval i Viking). Po wejściu w życie traktatu lizbońskiego okazało się, że ułatwianie pracy brukselskim politykom i urzędnikom niekoniecznie przekłada się na głębszą integrację Europy. Ma to jednak swoją dobrą stronę – jest cenną nauczką.

Nowa odsłona kryzysu

Najważniejsze, decydujące o przyszłości wspólnej Europy wydarzenia nie rozgrywały się jednak w tym roku ani w Komisji, ani w Parlamencie. Inicjatywa należała najczęściej do Rady (czyli de facto państw członkowskich). Tematem, który wzbudził najwięcej emocji, było widmo niewypłacalności kolejnych państw strefy euro i kwestia ewentualnego pakietu pomocowego. Rozbudziło to sentymenty narodowe zwłaszcza w krajach takich jak Niemcy, które do takiej pomocy miały dopłacić. Sprowokowało to przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya do wypowiedzi, w której sugerował możliwość powrotu do walut narodowych, a w dalszej perspektywie koniec marzeń o wspólnej Europie. W końcu zdecydowano, że zagrożone kraje otrzymają pomoc pod warunkiem wprowadzenia tzw. bolesnych reform, wydłużenia wieku emerytalnego, cięć w wydatkach publicznych. Zarazem pojawił się pomysł uregulowania działalności agencji ratingowych i powołania nowej europejskiej agencji ratingowej, która mogłaby z nimi konkurować. Trochę przy tym ponaginano zapisy traktatu lizbońskiego, który nie przewidywał takich sytuacji. Padały patetyczne słowa o solidarności silniejszych ze słabszymi.

Patos jest, oczywiście, na wyrost, a przyjęte rozwiązania mają charakter prowizoryczny. Bogatsze kraje nie mogły nie pomóc Grecji czy Irlandii, bo same by na tym najwięcej straciły. Ale pomoc ta nie trafi do mieszkańców tych krajów, tylko do ich wierzycieli. Nie będzie inwestycją w rozwój, czy to społeczny, czy gospodarczy. Uspokoi trochę rynki finansowe, ale nie zmieni znacząco układu sił. Instytucjonalne reformy, takie jak regulacja ratingu, wyglądają bowiem dość skromnie. Dlaczego własna agencja ratingowa tak, a podatek Tobina (który też by wszystkich kwestii nie rozwiązał, ale wyraźnie by pomógł) już nie? I dlaczego w ogóle „uspokajać rynki finansowe”, zamiast je uregulować, zdyscyplinować, zmniejszyć ich wpływ na realną gospodarkę i życie ludzi? Dlaczego narzucać beneficjentom pomocy „bolesne reformy”, a nie wprowadzić rozwiązania zapobiegające dumpingowi podatkowemu w obrębie Unii czy podnoszące standardy pracy? Na te pytania odpowiedzi już nie było – co więcej, najczęściej nawet nie padały.

Jeśli miniony rok przyniósł jakąś lekcję, to pokazał słabość politycznej konstrukcji wspólnej waluty. Zapisane w traktacie z Maastricht „kryteria konwergencji” uwieczniły neoliberalny konsensus początku lat 90. Ale co gorsza, okazało się, że euro jest walutą obmyśloną na czasy prosperity, ale niekoniecznie na czasy kryzysu. Prędzej czy później europejscy przywódcy naprawdę staną przed dylematem – albo redefinicja tego, czym jest i jak funkcjonuje strefa euro, albo powrót do systemu walut narodowych. Jak odpowiedzą na to wyzwanie?

Siłą europejskiego projektu było zawsze to, że w obliczu politycznego czy gospodarczego kryzysu ratował się ucieczką do przodu. Tyle że dziś, po dziesięciu latach błądzenia na bezdrożach, nie za bardzo wiadomo, gdzie leży przód. W każdym razie nie ma go w horyzoncie widzenia tych, którzy w minionym roku politykę europejską kształtowali i w nadchodzącym będą kształtować. Wskazują go natomiast wyraźnie ruchy społeczne: protestujący przeciwko cięciom budżetowym studenci i związkowcy czy ekologowie działający na rzecz klimatycznej sprawiedliwości. Jeśli więc można sobie i Europie czegoś na ten nowy rok życzyć, to życzmy sobie gorąco, aby to oni pokazali kierunek – nie tylko na nowy rok, ale i na kolejną dekadę.

  

Komentarze
Dodaj nowy
kjking  - dziwny tekst   |07.01.2011 10:42:31
Witam
Autor pomimo pewnie ogromnej wiedzy, posługuje się archaicznymi pojęciami.
Cóż to jest w dzisiejszych czasach lewica, prawica? NIE o to chodzi w
dzisiejszych czasach. To z takiego pojmowania rzeczywistości przez polaków mamy
dziś taki idiotyczny stan, że nie ważne CO kto mówi! Jedyne ważne dla większości
polaków czy jest z PO czy z PiS. Podobny sposób myślenia przedstawia autor.
Patrzy tylko na etykietki produktów - że tak TO nazwę. Nic tak naprawdę nie
dowiadujemy się o samych produktach. Taki artykuł … o niczym, jak reklama
telewizyjna. SLOGANY. Pozdrawiam
kjking  - PS   |07.01.2011 11:44:59
witam! jeszcze raz
ZACYTUJE powyższy artykuł :
[i]
JUDA  - +Hmmm…   |09.01.2011 23:51:11
Moim zdaniem Europa pozostała w miejscu.
slawczan   |12.01.2011 12:16:16
Autor poruszył ciekawe kwestie ale wziął się z zbyt wielki temat bo całość jest
bardzo ogólnikowa. Uważam ,że rok ten jest bardzo pouczający a hasło tzw.
lewaków(jak ich zowią librałoparwicowcy) zyski prywatyzowane - straty
uspołeczniane. Ciekawym jest to ,że czołowi liderzy liberalizmu ekonomicznego
czyli Wielka Brytania i Irlandia tak ucierpieli. Prędzej socjalistyczna Szwecja
albo Dania. Ale takie wspaniałe liberalne gospodarki? Moim zdaniem odpowiedź
znajduje się kilkaset kilometrów od Wysp Brytyjskich. W skład Zjednoczonego
Królestwa wchodzi co najmniej 6 rajów podatkowych przez które przewalją sie
sprywatyzowane zyski bez jakichkolwiek korzyści dla obywateli UK. I nikt z
,,naprawiaczy" o nich się nie zająknie
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 11.01.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.19947 Seconds