NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ostolski: Trzy pytania o wolny i otwarty uniwersytet Drukuj
Adam Ostolski   
04.04.2011

znak_zapytania.jpgJedną z dobrych rzeczy, które wydarzyły się w Polsce w ostatnich latach, jest polityczno-intelektualne przebudzenie uniwersytetu. Pisanie o „intelektualnym przebudzeniu” w przypadku instytucji powołanej do tworzenia wiedzy nie wynika z przejęzyczenia. W ciągu ostatniej dekady świat akademicki okazywał się bezradny w stosunku do wprowadzanych stopniowo i odgórnie reform podmywających jego autonomię – nie tylko politycznie, ale przede wszystkim umysłowo. Brakowało oczywiście zdolności mobilizowania się ludzi do obrony własnych interesów i wspólnego dobra, ale przede wszystkim brakowało umiejętności dostrzeżenia i nazwania tego, co się z nami dzieje. Reforma edukacji i nowa matura znacząco zmieniły także charakter studiów uniwersyteckich, ale zanim dostrzegliśmy ten związek, było już za późno, by uwzględnić go w konstrukcji reformy czy się nań przygotować. Jeszcze bardziej zmienił uniwersytet proces boloński – który przez większość ludzi tworzących świat akademicki postrzegany był albo jako synonim nowoczesności, albo jako historyczna konieczność, do której trzeba się dostosować. Z perspektywy czasu ten letarg musi się wydawać zaskakujący, zwłaszcza w przypadku przedstawicieli nauk społecznych. Ale nauczka powinna być prosta: przytomność intelektualna nie istnieje bez przytomności politycznej. I vice versa – bo w gruncie rzeczy to dwie strony tego samego zjawiska.

W tym kontekście warto spojrzeć na tekst Krystiana Szadkowskiego i Pawła Pieniążka poświęcony strategii ruchu studenckiego. Ożywienie wśród studentów, jakkolwiek na razie skromne, jest bowiem faktem. Podobnie jak wyraźniejsze poruszenie wśród doktorantów i młodszych pracowników naukowych. Te trzy grupy w świecie akademickim mają dziś wspólny interes w obronie autonomicznej i dostępnej dla wszystkich nauki. Ożywienie polityczne dowodzi, że pewna praca intelektualna została już wykonana, a zarazem staje się motywem dalszej, coraz bardziej konkretnej refleksji, dyskusji i badań. Zaletą tego procesu jest to, że można się do niego włączyć w dowolnym momencie – zarówno po stronie politycznej, jak i po stronie intelektualnej. Jego żywotność zależeć zaś będzie od tego, czy będziemy je umieli rozwijać równolegle.

Dlatego wydaje mi się, że warto z tekstu, który zapoczątkował tę dyskusję, wydobyć trzy pytania, na które nie ma oczywistej odpowiedzi. Pytania te są ważne dla wielu ruchów społecznych działających w warunkach neoliberalnej globalizacji, szczególnie w obszarze postkomunistycznym. To pytanie o wartość organizowania demonstracji skazanych na nieliczność, pytanie o to, co autorzy nazwali „emancypacyjnym” charakterem neoliberalnych reform, i wreszcie pytanie o transformacyjną wartość oporu i nostalgii w porównaniu z transformacyjną wartością własnych projektów i utopii.

Czy jest sens robić demonstracje, na które przychodzi mało osób? Dla wielu osób brzmi to jak pytanie retoryczne. Tyle że jedni powiedzą, że oczywiście tak, a inni, że oczywiście nie. Zawsze kiedy mowa o demonstracjach, na które przyszło niewiele osób, w głowie staje mi jeden obraz, który zobaczyłem w telewizji jako nastolatek na początku lat 90. i który stał się dla mnie osobiście jednym z symboli III RP. To obraz dziewięciu mężczyzn z twarzami zasłoniętymi chustami, którzy stoją wokół kolumny Zygmunta. Była to bodaj pierwsza w Polsce manifestacja „dumy gejowskiej” (tak się jeszcze w latach 90. mówiło). Duma wyglądała mizernie: schowana za chustami, osaczona przez niezbyt przyjazny tłum. A jednak było w tym obrazie tyle godności i siły, że do dziś nie potrafię go zapomnieć. Tych dziewięciu mężczyzn wybrało tę formę protestu, ponieważ władze Warszawy zabroniły wówczas zwykłej manifestacji na placu Zamkowym, uzasadniając to tym, że obok jest katedra (wkrótce potem podobnej demonstracji Gay Pride na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego miał zabronić rektor tej szacownej uczelni, ale to już inna historia). Ludzie, którzy wówczas zrobili tę akcję, dali świadectwo odwagi – przede wszystkim dlatego, że nie bali się śmieszności. Ta odrobina wolności, którą osoby homoseksualne mają dziś w Polsce, to także ich zasługa.

Kiedy w 2000 r. ruszała spod pomnika Kopernika pierwsza Manifa, świadomie zaprojektowana była jako pastisz. Nie była bardzo liczna, choć okazało się, że z roku na rok jej szeregi miały rosnąć. Idąc w niej, niosłem wręczoną mi przez kogoś tablicę ze zdjęciem Ann Snitow (której wówczas nie znałem). Nie wiedziałem też, że organizatorki Manify wybrały autoironiczną formułę, żeby rozbroić głosy tych, którzy będą próbowali je ośmieszyć. Lęk przed poczuciem śmieszności, które paraliżuje tyle działań społecznych w Polsce, pokonały, biorąc śmieszność, by tak rzec, na klatę.

Te przykłady wiele mówią o powstawaniu ruchów społecznych w naszym kraju. Ale czy każdą demonstrację uliczną mamy mierzyć tą samą miarą? Wszak każda jest inna – choć to banał, to warto go czasem przypomnieć. Wychodzenie na ulicę może mieć różne cele: danie ideowego świadectwa, pokazanie siły i masowości społecznego oporu, zawłaszczenie na jakiś czas przestrzeni miasta, porozmawianie z ludźmi, uprawianie polityki w przebraniu pastiszu i karnawału. Każda z tych formuł jest uprawniona, ale wymaga strategicznego przemyślenia. Zarówno Szadkowski i Pieniążek, jak i działacze DZS komentujący ich tekst w internetowych dyskusjach, podają ważne argumenty. Czy demonstracja to przede wszystkim okazja do wyjścia w miasto i rozmowy z niezaangażowanymi studentami, czy raczej pokaz słabości, który dowodzi, że na zmiany wprowadzane przez Kudrycką istnieje w świecie studenckim przyzwolenie? Czy każdemu demonstracje te mówią to samo? I czy mówią to, co miały powiedzieć? Żadna „oczywista oczywistość” nie powinna z góry przesądzać odpowiedzi na takie pytania.

Druga kwestia to pytanie o to, co Szadkowski i Pieniążek – moim zdaniem nieco niezręcznie – nazwali „emancypacyjnym” charakterem reform Kudryckiej. Bez względu na to, czy widzimy w tej reformie jakieś dobre strony, czy odrzucamy ją w całości (oba stanowiska mogą być racjonalne, a sprawa wymaga dyskusji), nie wolno nam ignorować faktu, że niektóre z nowych rozwiązań mają sojuszników w świecie akademickim, odpowiadają na realne zapotrzebowanie różnych grup tworzących uniwersytet i realizują cząstkowo jakieś ich interesy. Innymi słowy, dla reformy istnieje nie tylko ogólne przyzwolenie, ale także punktowe poparcie. Dotyczy to w ogóle strategii reform realizowanych przez rząd Donalda Tuska. Nie są to już reformy narzucane z góry na zasadzie „czy wam się to podoba czy nie”. To są działania ostrożniejsze, szukające dla siebie sojuszników, usiłujące przewidywać i rozbrajać opór. Dla wielu będzie to beczka dziegciu pokryta warstewką miodu – ale na razie widzą, lub chcą widzieć, głównie miód. (Jeszcze bardziej widać to w przypadku pakietu ustaw zdrowotnych, który jako całość jest katastrofą, ale jednocześnie wprowadza szereg bardzo potrzebnych i dobrych punktowych rozwiązań). Czy mamy lekceważyć to poparcie jako wyraz partykularnych interesów lub fałszywej świadomości? Czy raczej próbować je zrozumieć, aby zobaczyć ich podłoże i dzięki temu skuteczniej budować opór? Podzielam zdanie tych, którzy nie widzą w reformie Kudryckiej nic emancypacyjnego, ale nie chciałbym, żeby ważne pytanie postawione przez Szadkowskiego i Pieniążka umknęło nam tylko dlatego, że nie wszyscy użylibyśmy tego samego słowa.

Trzecia sprawa ma charakter ogólniejszy. W ruchu sprzeciwu wobec neoliberalnej globalizacji od początku na pierwszy plan wysuwa się pojęcie „oporu” i łączenie ludzi pod ważnym, ale jednak dość ogólnikowym zawołaniem „inny świat jest możliwy”. Opór jest bezdyskusyjnie ważnym elementem radykalnej polityki, a formuły pozwalające łączyć we wspólnej walce ludzi o bardzo różnych poglądach na temat tego, jaki jest pożądany docelowy kształt świata, są potrzebne i cenne. Myślę jednak, że nie tylko ja mam poczucie, że opór to za mało, że zjednoczenie w oporze pozwala na działalność przede wszystkim reaktywną, że nie daje impulsu do tworzenia własnych projektów dobrego świata. „Obrona resztek” państwa dobrobytu i sprawiedliwości społecznej przed neoliberalną zawieruchą jest potrzeba, ale musimy też umieć pójść krok dalej. Nowy świat, który wyłoni się wtedy, gdy już obalimy neoliberalizm, nie będzie mógł być kopią dawnych modeli welfare state. Musimy wymyślić coś nowego, coś, co lepiej i trwalej zinstytucjonalizuje wartości takie jak sprawiedliwość społeczna i prawa człowieka.

Z drugiej strony warto jednak docenić konserwatywny wymiar oporu. Czy pielęgniarki, które dziś bronią status quo, są konserwatywne? Czyżby chodziło im o utrzymanie rzeczywistości wyzysku i przepracowania? Czy raczej bronią obecnego stanu rzeczy przed zmianami po to, by zyskać grunt do dalszej walki o sprawiedliwsze warunki pracy? I czy bycie siłą „konserwatywną” w tym sensie nie ma w sobie żadnej wartości? Z prac Erica Hobsbawma (Primitive Rebels), a zwłaszcza z wielkiej książki Zygmunta Baumana Memories of Class dowiadujemy się o wielkiej roli, jaką właśnie nostalgiczne, konserwatywne, „przestarzałe” formy buntu i oporu odegrały w wyłanianiu się nowoczesnej lewicowej polityki. W Memories of Class Bauman opisuje, jaką rolę w kształtowaniu się angielskiego ruchu robotniczego w XIX w. odegrały pozostałe jeszcze gildie i cechy oraz działania rzemieślników, którzy bronili swojej stanowej godności przed kapitalistycznym wywłaszczeniem. Bez wątpienia nie stałoby się to bez sojuszu z robotnikami fabrycznymi i radykalnymi intelektualistami, ale to samo może być prawdą i w drugą stronę. Być może więc zamiast potępiać „konserwatyzm” tych, którzy bronią tego, co wartościowe w status quo, warto się zastanowić, jak włączyć takie postawy i interesy w szerszy progresywny projekt.

Mam nadzieję, że dyskusja o strategii i celach ruchu studenckiego – czy szerzej, ruchu na rzecz wolnego i otwartego uniwersytetu – będzie się rozwijać. I że te trzy tematy, o których tu piszę, nie zginą w natłoku innych spraw.


 — 
Czytaj też:
Paweł Pieniążek, Krystian Szadkowski, Jak odbić się od dna?
Wojciech Kobyliński, Maciej Łapski, Ruch się buduje, a nie wymyśla

Anna Szołucha: Nowe Otwarcie Uniwersytetu, czyli co zrobić z wygraną?

  

Komentarze
Dodaj nowy
kot   |07.04.2011 11:56:14
"Fura" celnych stwierdzeń Ostolskiego!
-Czy należy się martwić marnymi
demonstracjami w Polsce?
W Paryżu i G.B są wielkie i co z tego wynika?
A więc
bez kompleksów -najważniejsze jest budzenie świadomości. Opisanie kształtu
rzeczywistości. Świadomość,że świat trzeba wymyślić na nowo.
Neoliberalizm
doszedł do ściany, trzyma się bezwładnością musli i instytucji.
mergiel   |07.04.2011 16:34:49
Ad Kot
Określ w końcu co to jest ten neoliberalizm według Ciebie.
kot   |07.04.2011 22:30:57
-Chyba nieco nieuważnie czytasz. -Był już niejednokrotnie definiowany także w
Krytyce. Nic chyba oryginalnego nie wniosę. A jednak może jednak
warto.
Neoliberalizm to ideologia, która posługuje się dogmatem:
-państwo robi
wszystko źle
- komercja - przeciwnie. Nie częściej ale zawsze.
I to jest
intelektualnie i politycznie niedopuszczalny błąd.
kot   |08.04.2011 06:23:14
Jeszce raz najkrócej : neoliberalizm jest to redukcja państwa, która
prowadzi do zaniku polityki gospodarczej, społecznej,
edukacyjnej, zdrowotnej, kulturalnej.
Jeśli chcesz więcejhttp://kot-blogkota.blogspot.com
TTM   |18.04.2011 10:33:23
Bardzo ciekawe… a na Uniwersytecie ucza, ze neoliberalizm wlasnie dostrzega
tzw. ‘market failures’ i stara sie za pomoca panstwa im przeciwdzialac. i tak
jakby keneysizm i inne ‘interwencyjne’ teorie (lacznie z istnieniem bankow
centralnych) sa uznawane za neoliberalizm i to bardzo zgodnie. Wybacz, ale chyba
zadluzanie panstwa na potege za przejaw wolnorynkowosci uznac nie
mozna.

Wiara w ludzi, ich prywatne decyzje i to, ze lepiej sobie radza bez
panstwa, to raczej liberalizm klasyczny albo, radykalnie, libertarianizm.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 07.04.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.04973 Seconds