|
Kiedyś go zapytałem:
– Jakże ty możesz narażać własne życie, dlatego tylko, że jakiś inny facet ci każe?
– Ten co mnie każe – odpowiedział swoją kresową wymową Bebuś – nie jest żaden facet, a wyższy oficer, władza.
– Jaka tam władza – powiedziałem. – Jak go rozebrać do goła taki jak ty, albo gorszy. No, i dlaczego on ma ciebie wysyłać na śmierć?
Nie wyjaśnił mi tego, tylko zaśpiewał:
Patrz w lufę tego manlichera
Z tej lufy czarna śmierć spoziera
Może wrócę zdrów
To zobaczę znów
Moje miasto Lwów
Tak na ogół mi odpowiadano. Piosenkami, albo dowcipami, lub – w najlepszym razie – zdawkowymi wywodami na temat obowiązków itd. Ja byłem jeszcze o sto mil od opanowania intelektualnego tych trudnych zagadnień, ale już zaczynałem rozumieć, że życie ludzkie w Polsce jest tanie.
Tak pisze Witold Gombrowicz we Wspomnieniach polskich o swojej rozmowie z kuzynem, który poszedł na wojnę ratować Polskę przed bolszewikami. Kilka dni temu w związku z kolejną rocznicą powstania warszawskiego znowu spieraliśmy się o jego sens. Ale czy to ciągle jeszcze jest ważny spór? Sama dyskusja ma charakter rytualny; wiadomo mniej więcej, co kto powie i jak będzie argumentować. Przypomina to podtrzymywanie „wiecznego ognia” i mam wrażenie, że obie strony dobrze się w tym odnajdują. Znają swoje role, jak nie przymierzając Syfon z Miętusem. Dyskurs patriotyczno-martyrologiczny żywi się i wzmacnia wypowiedziami swoich liberalno-humanitarnych oponentów. Bez ich wątpliwości wpisana weń straceńcza pewność siebie nie miałaby sensu. I odwrotnie też – czym bowiem byłby antypowstaniowy humanitaryzm, gdyby nie mit powstania warszawskiego, który można krytykować? Gdyby trzeba było ów humanitaryzm zastosować konsekwentnie do innych obszarów, których krytyka obłożona jest dziś tabu?
Słowa Gombrowicza przypomniały mi się, kiedy czytałem w „Tygodniku Powszechnym” artykuł Michała Majewskiego o raporcie Millera (Szukanie katastrofy, „Tygodnik Powszechny” nr 32/201). Nie interesowałem się dotąd specjalnie ani śledztwem smoleńskim, ani jego wynikami. Ale w artykule trafiłem na fragment, który kazał mi się nad tym zastanowić. Chodzi o opis stosunków pracy w pułku 36.: Działania na chybcika uniemożliwiało racjonalne planowanie pracy w „elitarnym” pułku. Brakowało lotników i sprzętu, a zadań związanych z wożeniem VIP-ów nie ubywało. Zasady szły w kąt, liczyło się to, żeby wykonać polecenie polityków, którzy chcą gdzieś polecieć. Liczba zadań była tak wielka, że np. Arkadiusz Protasiuk w 2009 i 2010 r. nie wykonał żadnego lotu treningowego. Notorycznie łamano zasady, że lotnicy muszą mieć czas na odpoczynek. Bywało, że kończyli jedno zadanie o 1.20 w nocy, a następne zaczynali o 7.20 rano. Z dużą swobodą podchodzono do przepisów bezpieczeństwa.
Brzmi to jak opis warunków w przeciętnym polskim przedsiębiorstwie: długie godziny pracy, brak prawa do odpoczyku, lekceważenie przepisów bezpieczeństwa, fałszowanie dokumentów bhp, nadmierna, nieracjonalna dyspozycyjność pracowników wobec przełożonych… Praca w pułku 36. wyglądała tak, jak wyglądała, ponieważ ludzka praca w Polsce bardzo często tak właśnie wygląda.
Wyobrażam sobie, że teraz, po rozwiązaniu 36. pułku, rząd powoła jakąś nową jednostkę, w której bardziej będzie się dbało o standardy. Może w końcu nasze VIP-y będą latać bezpieczniej. Zawszeć to jakaś pociecha. Co jednak z pracą lekarzy, którzy potrafią na pogotowiu dyżurować pięć dób bez przerwy? Co z życiem ludzi, którzy z wypadku trafią pod opiekę przemęczonego lekarza? Co z pielęgniarkami, które wskutek legalizacji pracy na kontrakty w szpitalach będą częściej niż dotąd pracować w warunkach podobnych do 36. pułku? Kto napisze raport o przyczynach śmierci pacjenta, któremu przemęczona pielęgniarka podłączy nie tę kroplówkę? Co z zawodowymi kierowcami, którzy mają prawny obowiązek odpoczynku, a jednak prawo to notorycznie jest łamane? Co z pieszymi lub innymi kierowcami, których spotka na swej drodze przemęczony kierowca? I wreszcie – co z tymi tysiącami ludzi, których warunki pracy nie zagrażają życiu innych, lecz „tylko” ich własnemu życiu i zdrowiu?
Nie zrozumiemy tragedii w Smoleńsku, nie zrozumiemy sporu o powstanie warszawskie, nie zrozumiemy przyczyn wielu nieszczęść, które nas spotykają, dopóki nie przyjmiemy do wiadomości prostej prawdy: życie ludzkie jest w Polsce tanie, bo tania jest tu ludzka praca. Sedno problemu nie leży w świecie idei. To nie romantyzm, mesjanizm, tradycja insurekcyjna czy narodowy „kult śmierci” jest przyczyną taniości ludzkiego życia. To wpisany nasze w prawo, instytucje, dyskurs medialny i praktykę życia codziennego brak szacunku dla człowieka, który jest pracownicą lub pracownikiem.
Uczestniczymy w tym świecie: jako kobiety i mężczyźni, jako przedsiębiorcy i pracownicy, jako dziennikarze i czytelnicy gazet. Nie zawsze mamy wybór. Rzadko mamy okazję przyjrzeć się mu jako całości i zakwestionować jego racjonalność. Katastrofa Smoleńska i raport Millera to dobra okazja, by wreszcie o tym pomyśleć. Dlatego mam nadzieję, że o Smoleńsku będzie się mówiło jeszcze długo. Ale pod jednym warunkiem. Kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o Smoleńsku.
Na podobny temat
|
Ciekawostka dla austriaka: w Austrii ...
Dzieciofobiczna postawa propagowana w...