|
Za kilka tygodni ma być w Warszawie odsłonięty pomnik Romana
Dmowskiego. Kilka miesięcy temu na Podhalu stanął pomnik innej kontrowersyjnej
postaci - Józefa Kurasia „Ognia”. Jednocześnie demontowane są pomniki
przechowujące pamięć walki uciskanych grup społecznych o swoje prawa - w
Warszawie przede wszystkim Pomnik Czynu Chłopskiego i pomnik Ludwika Waryńskiego.
O ile upamiętnianie Dmowskiego i Kurasia - emblematów
polskiego szowinizmu i ksenofobii - jest wynikiem świadomie prowadzonej przez
nacjonalistyczną prawicę polityki historycznej, usuwanie śladów dawnych
konfliktów klasowych wydaje się być tylko ubocznym skutkiem prywatyzacji
terenów, na których te pomniki stały. Te dwie tendencje wiążą się jednak ze
sobą. Pamięć o klasowych walkach ma z przestrzeni publicznej zniknąć właśnie w
tym momencie, gdy realne podziały w społeczeństwie stają się coraz
wyraźniejsze. Jednocześnie nacjonalizm dostarcza form zbiorowej identyfikacji
utrudniających nazwanie tego zjawiska, zachęcając do organizowania społecznych
emocji wokół innych tematów.
W obu przypadkach mamy do czynienia z długofalowymi efektami
zjawiska, które jako takie odeszło już do przeszłości, a które z braku lepszego
określenia proponuję nazwać „polityką historyczną III RP”.
U zarania III RP w polityce historycznej zarysowały się dwa
wyraźne stanowiska. Pierwsze z nich - polityka „posierpniowa”, z czasem
przybierająca coraz bardziej prawicowy charakter - polegało na dążeniu do
oczyszczenia przestrzeni miejskiej ze śladów po PRL i zależności od Związku
Radzieckiego. Towarzyszyło temu przywracanie publicznej pamięci zdarzeń i
postaci, które były w PRL niecenzuralne oraz upamiętnianie bohaterów
antyreżimowej opozycji. Efektem tego było ustalenie podziału
postkomunistycznego - różnicy między „spadkobiercami” PRL a „spadkobiercami”
pierwszej Solidarności - jako zasadniczego podziału w polskiej polityce.
Drugie stanowisko - „postkomunistyczne”, od początku
konsekwentnie centrowe - polegało na cierpliwym znoszeniu polityki
„posierpniowej” przy jednoczesnym łagodzeniu jej efektów. SdRP, a potem SLD,
wspierane od pewnego momentu przez Adama Michnika, opowiadało się za „wariantem
hiszpańskim” - otwarciem przestrzeni publicznej pamięci na postacie
reprezentujące różne strony historycznych konfliktów („i Jaruzelski, i
Wałęsa”). Zasadność podziału postkomunistycznego była kwestionowana z pozycji
technokratycznych. Przeszłość miała być rzekomo zastąpiona przyszłością.
Jednocześnie SLD dyskretnie apelował w swoich kampaniach wyborczych do
nostalgii za technokratyczną epoką Gierka.
W układzie tym prawicowa polityka historyczna miała charakter
ofensywny, podczas gdy centrum było zawsze w defensywie. Prawica czuła stały
nacisk ze strony skrajnej prawicy, domagającej się bardziej radykalnego
zerwania z dawnym ustrojem i „rozliczenia” go. Brakowało autentycznie lewicowej
polityki historycznej - odwołującej się do tradycji dawnych walk, do własnej
tożsamości, wskazującej, które postacie należy do pamięci publicznej
wprowadzić, które zaś z niej usunąć. Reprezentanci lewicowej tradycji, tacy jak
Józef Pinior czy zespół kwartalnika „Lewą nogą”, nie stali się częścią politycznego
establiszmentu III RP.
Dziś zbieramy owoce tak wyznaczonego podziału. Niezdolność
establiszmentowego centrum do prowadzenia aktywnej polityki historycznej
spowodowała niemal zupełne przejęcie tego terenu przez prawicę. Historii Polski
nie przepisano ani w perspektywie europejskiej, wychodzącej poza narodowe ramy,
ani z punktu widzenia nowych ruchów społecznych (kobiet, mniejszości narodowych
i religijnych, gejów i lesbijek). Konflikty klasowe uznano nie tyle za
przestarzałe - to by bowiem znaczyło uznanie ich roli w zbiorowej przeszłości -
co za pozbawione znaczenia. Jedynym „naturalnym” językiem mówienia o
przeszłości pozostał nacjonalizm.
Ale w nowym politycznym krajobrazie znów powstaje szansa na
wyartykułowanie lewicowej polityki historycznej. Kiedy w latach 90. warszawski
samorząd próbował pozbawić ulicy Stefana Okrzeję, bohatera Rewolucji 1905 roku,
udało się temu zapobiec dzięki publicznej dyskusji. W ten sposób zdefiniowano
granicę: kogo wolno, a kogo nie wolno pozbawiać miejsca w publicznej pamięci.
Dziś, przy okazji stawiania pomników ludziom pokroju Dmowskiego, mamy szansę
zdefiniować, komu wolno, a komu nie wolno stawiać pomników.
Wbrew pozorom nie chodzi tu o jakieś dawno przebrzmiałe
konflikty. Bez własnego rozpoznawalnego stanowiska wobec przeszłości lewica nie
ma co liczyć na poważne miejsce w polu politycznym. A spór o pomnik Dmowskiego
jest także sporem o przyszłość, o to, jaką wizję Polski uważamy za godną
utrwalenia. Walka przeciw Dmowskiemu jest walką o Polskę wolną od
nacjonalistycznych fobii i urazów, zwróconą na Zachód, otwartą na różnorodność.
List otwarty Aliny Całej, Marka Edelmana, Marii Janion, Adama Ostolskiego i Bożeny Umińskiej przeciwko stawianiu pomnika Romanowi Dmowskiemu
Na podobny temat
|
Greckie pojęcie symbol oznacza akt z...
"Są gry komputerowe, które mogą&n...
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...