|
W sobotnio-niedzielnym wydaniu „Rzeczpospolitej” (6 – 7 czerwca 2009, dodatek „Plus Minus”, s. A 22, 23) ukazał się bezlitośnie krytyczny wobec wszelkich projektów ekologicznych artykuł Tomasza Wróblewskiego zatytułowany „Balon świeżego powietrza”. Z niewzruszoną pewnością własnych racji autor kwestionuje elementarne dla współczesnego Zachodu założenia dotyczące świata: fakt globalnego ocieplenia oraz potrzebę zrównoważonego rozwoju planety. Ten, komu nieobojętne są problemy środowiska (a ludzi takich raczej przybywa niż ubywa), kto może nawet popiera politykę zrównoważonego rozwoju i interesuje się problemami ekologii, po przeczytaniu artykułu Wróblewskiego może wietrzyć spisek.
Na czym ów spisek miałby polegać? Boom w nieruchomościach jest niczym w porównaniu z ekologiczną bombą, jaką szykują nam rządy Europy i Stanów Zjednoczonych – zapowiada we wstępie autor artykułu. I dodaje, że chodzi o lewicową politykę ingerencji w gospodarkę, która odkryła nowe El Dorado w postaci ekologii, spotykając się z ogólnym przyzwoleniem społeczeństwa. Oprócz lewicy na zielonej polityce skorzystają banki, które zaczną masowo kredytować inwestycje w nowe źródła energii. Ot, mamy lekarstwo na kryzys: spisek polityków, bankowców, przedsiębiorców i, co najgorsze – ekologów.
Padają liczby. Obama ma zamiar wydać 150 miliardów dolarów na „rozwój zielonej technologii” i stworzyć 5 milionów nowych miejsc pracy. Niemcy mówią o bilionowej inwestycji i zmniejszeniu bezrobocia o 1,5 miliona miejsc pracy. Za nimi podąża Wielka Brytania. Na szczęście – pisze Wróblewski – Polska w planie ministra Sawickiego nie przedstawia tak odważnych konkretów.
Według Wróblewskiego poszkodowany jest podatnik, który za ambitną, proekologiczną politykę będzie musiał w końcu zapłacić (np. w Wielkiej Brytanii rząd Gordona Browna już podwyższył podatki). I na co to wszystko, skoro prognozy mówią o zwiększeniu populacji o 20%, a potrzeb energetycznych świata o 70% (zdaniem określonych instytutów badawczych, rzecz jasna)? Wróblewski zdaje się sugerować, że rządy na zielonej polityce chcą po prostu zarobić, bo realnych rozwiązań problemów ekologicznych nie ma i nie będzie.
Taka analiza nie do końca mnie przekonuje.
Po pierwsze, nie przeceniałabym roli ekologii w polityce najbogatszych państw świata. Mówienie, że ekologia stała się receptą na kryzys, a de facto ma przynieść krótkotrwałe zyski elitom państwa, jest ryzykowne, zakłada, że politykę postrzegamy w wielkim uproszczeniu. Perspektywa Wróblewskiego ogranicza się do tego, że ekonomia ma działać sprawnie, wydajnie i tanio. Deprecjonuje on cały zestaw działań społeczno-politycznych, których celem nie jest zyskowność, lecz dobro ludzkich jednostek i przedstawicieli innych gatunków. Mam tu na myśli nie jakieś abstrakcyjne wartości, ale zagrożenie zdrowego i godnego życia. Być może Wróblewski takiego zagrożenia nie doświadcza? A może uważa, że polityka nie dotyczy codziennych przeżyć i bolączek, a jedynie twardych wyliczeń zysków i strat?
Po drugie, w oczach autora ekolodzy to ludzie nadwrażliwi, niekompetentni i naiwni. Są i na to przykłady, jak katastrofa tankowca „Exxon Valdez” w 1989 roku, który spowodował rozlanie ropy u wybrzeży Alaski. Ekolodzy alarmowali wówczas, że rozlane paliwo zniszczy życie w całym regionie, lecz – jak stwierdza redaktor – tak się nie stało. Foki nadal tam żyją. Niestety – o tym Wróblewski już nie wspomina – straty były dotkliwe. W katastrofie zginęło do 2800 wydr morskich, 300 fok pospolitych i 250000 ptaków morskich (dane przytaczam za „Rzeczpospolitą”). Nie wspominając o dalekosiężnym skażeniu w tym regionie i braku możliwości odtworzenia stanu sprzed katastrofy. To dobry przykład pokazujący, jak można wykorzystać tylko część prawdy do mówienia o całości – całości niestety bardziej skomplikowanej, niż chciałby tego Wróblewski.
Te dwie kwestie ekologii jako fiaska nauki i polityki należy oczywiście rozwinąć.
Sądzę, że problem z ekologią, który dotyczy w takim samym stopniu Wróblewskiego, jak i mnie, polega na tym, że przeciętni ludzie, którzy nie są biologami, chemikami, ani nie ukończyli studiów z ochrony środowiska, mają trudność z dokładną orientacją, o co w tym wszystkim chodzi. Najłatwiej jest powiedzieć, że o pieniądze. Szczególnie w dobie kryzysu gospodarki liberalnej. Trudność podstawowa wynika tutaj z braku wiedzy i kompetencji. Mimo to Wróblewski próbuje argumentować w stylu naukowym, pisząc na przykład, że CO2 jest obecny na Ziemi dłużej niż człowiek i co więcej, jego stężenie przez ostatnie miliony lat zmniejsza się, a nie rośnie. Albo: temperatura na Ziemi rosła i na zmianę spadała co jakieś 1500 lat. Wahania się pojawiały, zanim jeszcze człowiek wyciął pierwszy las. Najważniejsze nie jest tutaj nawet pytanie, skąd autor to wie, ale sposób formułowania argumentu, który równie dobrze mógłby brzmieć: w kosmosie także temperatura rośnie i spada. Tylko co z tego? Odpowiedź Wróblewskiego brzmi: ekologia to ideologia naszych czasów.
Ta ideologia zachęca do „nienaturalnych” ingerencji państwa w gospodarkę. Oczywiście rynki wyregulują się same – doskonale to widać na przykładzie szalejącego kryzysu gospodarczego… Jako obywatelka i podatniczka wolę raczej nie czekać na mityczną równowagę rynków i akceptuję interwencjonizm państwa jako jedną z form działania w sytuacji kryzysu ekologicznego. Nie zgadzam się, że ekologia to raczej „potrzeba ducha niż planety”. To, czy jest się ekologiem, czy nie, rozstrzyga się już na poziomie dnia codziennego, w najbliższej okolicy. Otóż bycie ekologiem to sporo wysiłku, poświęcony czas i namysł, a nie (tylko) popieranie partii zielonych. To także polityka tworzona w codzienności, polityka, której nie towarzyszy tak rozbudowana ideologia, jak gospodarce liberalnej, ale która wiąże się z konkretnymi doświadczeniami, także przekładającymi się na konkretne liczby. Choć nie są to liczby zysku, tylko strat w chorych ludziach, szczególnie żyjących na biednych obszarach, w pobliżu wysypisk śmieci czy innych toksycznych składowisk odpadów liberalnej gospodarki, a także strat w innych gatunkach, których nigdy już nie ujrzymy. Dla liberałów, jak widać, to zbyt abstrakcyjny sposób myślenia.
Przyznaję, że przejmuję się codzienną ilością toksyn, którą człowiek produkuje, konsumuje i wdycha. Według Wróblewskiego postawa proekologiczna zakłada ratowanie natury, co, jego zdaniem, z założenia jest bezsensowne, ponieważ natura ma genialne mechanizmy samoregulacji. Moja natura i natura setek innych gatunków nie daje się tak łatwo naprawić. Musimy zmienić perspektywę, bo kiedy wciąż mówimy o ratowaniu przyrody, natury i innych bytów pozaludzkich, czasem zapominamy, że jest jeszcze człowiek, który sam codziennie spożywa toksyny i, o dziwo, wciąż żyje. Niestety, żaden wolnorynkowy populizm go nie uratuje.
Anna Orzechowska-Barcz – z wykształcenia filozof, kończy anglistykę na UW, przygotowuje doktorat o ekologii jako działaniu
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...