|
Niemiecka opinia publiczna przez ostatnie tygodnie zajmowała się głównie dwoma tematami. Jednym z nich jest, rzecz jasna, kryzys finansowy i zagrożenie euro. Drugim – zamordowanie przez grupę neonazistów dziesięciu osób.
Na początku listopada wpadła tzw. komórka z Zwickau – dwoje mężczyzn i kobieta, którzy w latach 2000 – 2007 zabili ośmiu emigrantów z Turcji i jednego Greka oraz niemiecką policjantkę. Podłożyli także bombę pod sklepem emigrantów, która ciężko zraniła kilkadziesiąt osób. Swoje życie w podziemiu po części finansowali z napadów na banki. Po obrabowaniu kolejnego na początku listopada mężczyźni popełnili samobójstwo, a ich wspólniczka wysadziła wspólne mieszkanie w powietrze. Siedzi teraz w więzieniu. I milczy.
Oburzenie Niemców nie wynika wyłącznie z faktu, że takie zbrodnie w ogóle mogły się wydarzyć. Krytyka mediów, polityków i ekspertów coraz bardziej skierowana jest wobec Urzędów Ochrony Konstytucji, istniejących zarówno w każdym z szesnastu krajów związkowych, jak i na szczeblu federalnym. Są one odpowiedzialne między innymi za śledzenie neonazistów, także tych zrzeszonych w skrajnie prawicowej NPD (Narodowodemokratyczna Partia Niemiec), i mają w tych grupach informatorów, ale mimo tego przez ponad dziesięć lat nie były w stanie zapobiec brutalnym rasistowskim morderstwom. Co więcej, urzędnicy do samego końca nie znaleźli dowodów na to, że wszystkie te zbrodnie, popełnione w różnych miastach wschodnich i zachodnich Niemiec, miały rasistowskie tło i że za wszystkimi stały te same osoby.
Pierwszy raz „komórka z Zwickau” – Uwe Mundlos (38), Uwe Boehnhardt (33) i Beate Zschaepe (36) – podpadła śledczym w latach 90., gdy podłożyła między innymi atrapę bomby. Po późniejszych obławach policyjnych znaleziono u nich materiały propagandowe, a także składniki do bomb. Zanim jednak śledczy zdołali aresztować grupę, zeszła do podziemia. Od 1998 roku jej ślady się zatarły. W gruzach wysadzonego mieszkania znaleziono dowody na to, że sprawcami morderstw byli mężczyźni, Zschaepe zaś prawdopodobnie wspierała ich organizacyjnie. Znaleziono także DVD z makabrycznym piętnastominutowym filmem, na którym sprawcy w zimny, sarkastyczny sposób i używając elementów komiksu, opisują swoje morderstwa. Grupa nazwała się Podziemiem Narodowosocjalistycznym (NSU).
Wszystkie dziewięć morderstw na emigrantach niemieccy śledczy przypisywali tureckiej mafii lub innym kręgom przestępczym. W pewnym sensie postępowanie służb specjalnych i organów śledczych ukazuje ogólne nastawienie Niemców wobec emigrantów z niektórych krajów. Znamienny i samokrytyczny w tym kontekście jest artykuł z magazynu „Die Zeit”, który w jednym z ostatnich numerów na pierwszej stronie pyta: „Tylko Turek?” Rzeczywiście, nietrudno sobie wyobrazić, jak nieporównywalnie inna byłaby reakcja śledczych, polityków i mediów, gdyby ofiarami były osoby z USA, Francji lub Niemcy wyznania żydowskiego.
W Niemczech żyje dziś ponad 2,8 mln osób pochodzenia tureckiego, duża część z nich już tu się urodziła. Na wschodzie Niemiec, gdzie neonazizm kwitnie, mieszka ich akurat bardzo mało. O zamordowanym Greku „komórka z Zwickau” prawdopodobnie również myślała, że jest Turkiem, bo utrzymywał z nimi kontakty.
Lekceważenie tego problemu przez niemieckie media było widoczne także w języku. Zabójstwa emigrantów nawet przez wpływowy magazyn „Spiegel” określane były pogardliwie jako „morderstwa kebabowe” – tak jakby nie chodziło o ludzi, tylko o bułki. I nie liczy się fakt, że większość ofiar nie była właścicielami ani pracownikami barów, tylko reprezentowała różne branże – handlowców, kwiaciarzy, krawców, pracowników serwisów dorabiających klucze. Według wielu Niemców jednak „kebab” jest nieodłącznym atrybutem Turków. Mało też w mediach głównego nurtu można było dotychczas znaleźć wypowiedzi organizacji imigrantów. Przeciętny czytelnik czy widz nie miał dużo szans dowiedzieć się czegoś więcej o odczuciach muzułmanów, bojących się, że zostaną zaatakowani wyłącznie dlatego, że pochodzą z innego kraju lub tak wyglądają.
Trzeba przyznać, że niemiecki Bundestag zdobył się na gest, oficjalnie przepraszając rodziny ofiar za podejrzenia o związki z organizacjami przestępczymi i wyrażając wstyd, że państwo nie było wstanie wykryć sprawców morderstw i zapobiec kolejnym. Wszystkie partie w Bundestagu poparły ten apel.
Dotychczas określenie „terroryzm” było używane w Niemczech prawie wyłącznie w kontekście islamistów i radykalnej lewicy spod znaku RAF, która od lat 70. zamordowała 34 osoby. Nie oznacza to, że w Niemczech nie było ultraprawicowej przemocy: od początku lat 90. do dziś zginęło przynajmniej 48 osób, głównie cudzoziemców i uchodźców. Organizacje pozarządowe mówią nawet o ponad 180 ofiarach. Dotąd jednak organy śledcze nie dostrzegały w tych morderstwach zorganizowanych akcji terrorystycznych. Radykalnych nazistów kojarzono raczej z radykalnymi hasłami i uzewnętrznianiem agresji na koncertach rasistowskich grup. Sprawa „komórki z Zwickau” pokazuje jednak, że neonaziści w podziemiu planowali swoje zbrodnie i wykonywali je w sposób systematyczny.
Skoro było to możliwe przez tak długi czas, nasuwa się pytanie: kto o tym wiedział i grupę wspierał lub ukrywał jej zbrodnie? Podejrzenia wysuwane są nie tylko wobec jawnych neonazistów, z których kilku zostało już aresztowanych. Jeden z podejrzanych był wcześniej działaczem partii NPD. Pod lupą znaleźli się też pracownicy Urzędów Ochrony Konstytucji. Czy część z nich w sposób pasywny lub aktywny nie jest powiązana z neonazistami? Pojawiło się już kilka wątków takiej współpracy, zwłaszcza w Turyngii i Hesji – gdyby okazało się to prawdą, byłaby to bomba polityczna trudna do przewidzenia w swoich skutkach.
Powiązania te mogły się pojawić z powodu istnienia systemu osób „V”, czyli łączników. Są to neonaziści zrzeszeni w NPD, którzy często sami już popełnili przestępstwa lub siedzieli w więzieniach. Za swoje usługi, tj. informacje o działalności NPD, otrzymują od Urzędów Ochrony Konstytucji honoraria, z których zasilają między innymi macierzystą partię. W taki sposób państwo niemieckie współfinansuje neonazistowską organizację, za co w zamian otrzymuje – w dużej części wątpliwe i niepełne – dane. Niektórzy neonaziści dziś kpią z tej współpracy, twierdząc, że informacje, które jako łącznicy podawali śledczym, w dużej części były szczątkowe albo przepisywane wprost z prasy i internetu.
Ironia wpisana w ten dziwny system ujawniła się już osiem lat temu, gdy rząd niemiecki po raz pierwszy usiłował zabronić działania NPD. Sąd konstytucyjny odrzucił wówczas wniosek o delegalizację właśnie ze względu na łączników – jak orzekł, przez ich obecność w strukturach NPD rozpływa się granica między karygodnymi, ale autonomicznymi działaniami samej partii a działaniem być może spowodowanym przez urzędy. W ten sposób państwo w klasyczny sposób strzeliło sobie w kolano. Teraz politycy i media ponownie rozważają delegalizację NPD. Proces ten, jak oceniają eksperci, może jednak trwać lata, ponieważ najpierw trzeba by usunąć z partii łączników, przynajmniej tych na wysokich szczeblach w strukturach NPD.
Wątpliwe jest także, czy delegalizacja NPD rozwiąże choćby część tego problemu czy raczej zradykalizuje neonazistów i wpędzi ich do podziemia. Jeden z nich, który wcześniej sam napadał na cudzoziemców, mówił tygodnikowi „Zeit”: „Jako neonazista żyje się dla dnia X, w którym system się zapadnie. Ale to się nie staje. Każdego dnia odbija się więc od muru. Ta frustracja prowadzi do tego, że ludzie się radykalizują i rośnie w nich poczucie: my musimy ten mur wysadzić. Jeżeli do tego dochodzi życie w podziemiu, to staje się to niebezpieczne”. Według niego istnieje zagrożenie, że młodzi aktywiści będą chcieli naśladować nieżyjących kolegów, traktując ich jak męczenników. Fakt, że rośnie bardzo radykalna młoda generacja neonazistów, potwierdzają także inni, zwłaszcza ci, którzy podejmowali i nadal podejmują mozolne próby ich resocjalizacji.
Niemcy czekają zatem niespokojne miesiące – nie tylko w związku z kryzysem gospodarczym. Nadszedł czas, by wreszcie poważnie się zabrać za rasistowskie tendencje, kotłujące się nie tylko na obrzeżach społeczeństwa, ale też w samym jego środku. Jak napisała kiedyś Anetta Kahane, działająca w organizacji pozarządowej zajmującej się neonazizmem, „NPD jest raczej symptomem niż chorobą”. Czas także, by przestać obcinać środki na projekty wyciągające młodych ludzi z objęć neonazistów. I czas w końcu, żeby nie tylko lewica zajęła się wzmacnianiem dekonstrukcji głęboko tkwiącego mitu o „prawdziwych” Niemcach.
*Jan Opielka - niezależny dziennikarz
Na podobny temat
|
Ciekawostka dla austriaka: w Austrii ...
Dzieciofobiczna postawa propagowana w...