|
Podobno „ekonomiści nie mają wątpliwości – dług nas pogrąża”, a „polskim finansom publicznym grozi katastrofa”. Paradoksalnie, z ekonomicznego punktu widzenia, największe zagrożenie dla stanu polskiej gospodarki mogą stanowić właśnie ci, którzy biją na alarm.
Przebłagać rynki
Zwolennicy cięć budżetowych zazwyczaj straszą wysokimi kosztami obsługi długu publicznego, które hamują wzrost gospodarczy. Są one tym mniejsze, im niższe jest oprocentowanie obligacji skarbowych, które z kolei zależy od zaufania rynków finansowych do danego kraju-dłużnika. Z tego punktu widzenia tzw. konsolidacja budżetu, czyli dążenie do jego zrównoważenia, stanowi najlepszy sposób na wyjście z kryzysu. Właściciele kapitału dostają sygnał, że rząd jest „rozsądny” i nie żyje ponad stan, co zachęca nie tylko do inwestowania, ale też do kupowania niżej oprocentowanych papierów rządowych. Dzieje się tak, ponieważ pomimo niższych zysków z inwestycji mają oni większą pewność, że ich odsetki zostaną zrealizowane. Paul Krugman w książce The Return of Depression Economics and the Crisis of 2008 trafnie skomentował istotę tego straceńczego podejścia pisząc, że „(…) rządy miały pokazać swoją powagę przez zadawanie bólu samym sobie – niezależnie od tego, czy ból ten miał jakiekolwiek znaczenie dla palących problemów – ponieważ tylko tak mogły one odzyskać zaufanie rynków”.
Dlaczego straceńczego? Przede wszystkim, jak zauważa Dani Rodrik, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda, rynki finansowe nie stanowią wszechwiedzącego monolitu, który byłby w stanie określić, co tak naprawdę zwiększa jego „zaufanie”. Wszystko dlatego, że jednostki i firmy działające na rynkach, tak samo jak wielu ekonomistów, nie mają pewności, co decyduje o zdolności danego kraju do regulowania zobowiązań. Równie dobrze zagrożeniem dla wypłacalności może być bieżący deficyt, jak i niski wzrost gospodarczy wywołany samymi pakietami reform mającymi obniżyć ten deficyt.
Deficyt niczym hydra
Cięcia budżetowe, a szczególnie te radykalne, uderzają nie tylko w interesy poszczególnych grup społecznych, które tracą pewne przywileje, jak np. prawo do godnego zasiłku dla bezrobotnych.
Gorsze są konsekwencje makroekonomiczne, które sprawiają, że próby nadmiernego obcięcia deficytu powodują jego zwiększenie. Tak to się skończyło w Polsce w czasach transformacji: dążenia w stronę zrównoważenia budżetu przez ówczesnego ministra finansów Leszka Balcerowicza w 1991 roku, zaowocowały wzrostem deficytu o 123 proc. w roku następnym. Podobne zjawisko obserwujemy także i dzisiaj w przypadku Irlandii, którą do niedawna pokazywano jako przykład wzorowej reakcji na kryzys – jedne z najbardziej fanatycznie przeprowadzonych cięć budżetowych mogą skończyć się, wg. tamtejszego ministra finansów Briana Lenihana, deficytem na poziomie… 32 proc. PKB (dla porównania, według prognoz Ministerstwa Finansów ,,deficyt w Polsce wyniesie w tym roku 7,9 proc., chociaż ostatecznych wyliczeń należy spodziewać się w 2011 roku). Nic też dziwnego, że zielona wyspa stanęła ostatnio na skraju bankructwa.
Z czego to wynika? Kazimierz Łaski z Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Analiz Ekonomicznych (WIIW) wskazuje na chroniczną niezdolność rozwiniętych gospodarek kapitalistycznych do inwestowania wszystkich oszczędności, w efekcie czego dochodzi do marnotrawstwa. Przejawia się to chociażby w niechęci banków, szczególnie w czasach dekoniunktury, do udzielania kredytów, co zmniejsza popyt wewnętrzny i prowadzi do ograniczenia produkcji – czyli do recesji, co oznacza zmniejszenie stopy wzrostu PKB i bankructwa firm. Powstałą lukę można wypełnić inwestycjami publicznymi, sfinansowanymi przez emisję specjalnych obligacji skarbowych (o nominałach powyżej 50 tys. zł), które z punktu widzenia inwestorów chcących zabezpieczyć się przed ryzykiem, stanowią znacznie atrakcyjniejszą lokatę, niż depozyty bankowe. Taki „recycling oszczędności”, które inaczej leżakowałyby bezużytecznie, ogranicza negatywne skutki zmniejszenia skłonności do inwestowania sektora prywatnego. Jeżeli zaś problem niechęci do inwestowania nie został jeszcze rozwiązany, a rząd mimo to postanawia ograniczyć deficyt, luka popytowa znowu się otwiera, co zmniejsza PKB, a wraz z nim – wpływy do budżetu. Nowy deficyt wyrasta w miejscu poprzedniego.
Nie taka straszna konieczność?
Deficyt budżetowy jest niezbędny w chwilach kryzysów. Problem w tym, że rząd musi kiedyś oddać pożyczone pieniądze. Wydawałoby się więc, że ratując się przed trudnościami gospodarczymi teraz, obarczamy przyszłe pokolenia niesprawiedliwym ciężarem. Jest to jednak wniosek absolutnie błędny.
Po pierwsze, państwa-dłużnika nie można utożsamiać z obywatelem-dłużnikiem. Z założenia państwo jest wieczne i nigdy nie przychodzi moment, gdy reguluje wszystkie swoje zobowiązania na raz. W związku z tym ma możliwość tzw. rolowania – czyli spłaty jednych zobowiązań innymi, co wiąże się jedynie z wypłatą odsetek, bez zwiększenia kwoty bazowej. Są to tzw. koszty obsługi długu, obecne w corocznym budżecie. Ponadto państwo zwykle odnotowuje wzrost gospodarczy, co sprawia, że ten sam dług, nawet po uwzględnieniu odsetek, stanowi coraz mniejszą część aktualnego PKB. Polsko-amerykański ekonomista Evsey Domar zauważył, że, gdy średni wieloletni deficyt budżetowy, jako ułamek PKB, zwiążemy ze średnią wieloletnią stopą wzrostu gospodarczego, dług publiczny będzie zbliżał się do ściśle określonej granicy. Przykładowo, załóżmy że przez kolejne 20 lat będziemy odnotowywać wzrost gospodarczy na poziomie 4,3 proc. rocznie. Aby nie przekroczyć do konstytucyjnego maksimum 60 proc. PKB długu publicznego, deficyt strukturalny będzie musiał wynosić 2,58 proc. rocznie. Oznacza to, że w czasach kryzysu możemy mieć deficyty na poziomie nawet 7 proc., ale w czasach dobrobytu – poniżej 2,58 procent. Nie ma przy tym mowy o konieczności równoważenia budżetu – zgodnie z postkeynesowską myślą ekonomiczną możemy sobie na to pozwolić tylko przy pełnym zatrudnieniu. Oczywiście twierdzenie to wymusza ostrożność w zadłużaniu, co wiąże się z koniecznością ograniczania wydatków albo podwyżki podatków. W przypadku Polski najbardziej niebezpieczne może być wprowadzenie de facto liniowego systemu podatków dochodowych i obniżenie składki rentowej przez rzekomo solidarny rząd PiS, co rocznie kosztuje budżet ok. 40 mld zł (dla ok. 112 mld. deficytu finansów publicznych w 2010 roku). Jeżeli więc deficyt rzeczywiście osiąga zbyt wysokie poziomy, to tylko ze względu na neoliberalne posunięcia prawicowych ekip rządzących, które trzeba jak najszybciej odwołać.
Kto zyskuje, a kto traci na papierach rządowych?
Kolejną kwestią jest to, komu spłacamy dług. Państwo może się zadłużyć albo u swoich obywateli, albo za granicą. W tym drugim przypadku rzeczywiście obciążamy społeczeństwo, bo odsetki wypływają za granicę, ograniczając popyt wewnętrzny. Według innego eksperta WIIW, prof. Leona Podkaminera, stąd wzięły się problemy Grecji. Jednak, gdy spłacamy zobowiązania wewnętrzne, nie możemy mówić o obciążeniu społeczeństwa – pieniądze ściągnięte z podatków wracają przecież do obywateli w postaci odsetek z ich własnych papierów wartościowych. Negatywne konsekwencje mogą wynikać z niesprawiedliwego transferu bogactwa w ręce posiadaczy obligacji skarbowych o dużych nominałach, którzy z reguły należą do ludzi zamożnych. Można to jednak zneutralizować poprzez progresywne opodatkowanie. W związku z tym, wewnętrzny dług publiczny można traktować jako część aktywów społeczeństwa, a nie jako wyrwę w jego finansach. Na szczęście Polska znajduje się w komfortowej sytuacji, bo udział zobowiązań wobec zagranicy rok rocznie stanowi coraz mniejszy ułamek długu publicznego naszego kraju.
Korzyści makroekonomiczne z utrzymywania deficytu budżetowego na rozsądnym poziomie mogą być zaś nie do przecenienia. Dzięki inwestycjom publicznym kraj poprawia jakość swojej infrastruktury, co według wielu ekonomistów pozwala na zwiększenie inwestycji prywatnych. Ponadto możliwe staje się utrzymanie wyższej stopy wzrostu gospodarczego, co sprawia, że przyszłe pokolenia będą bogatsze. Według Daniego Rodrika to właśnie te realne przejawy zdrowia gospodarki przekonają rynki finansowe, że warto pożyczać danemu rządowi. Wymagałoby to rzetelnej akcji informacyjnej i nieugiętości wobec chwilowych wahań nastrojów inwestorów.
***
Na koniec – ciekawostka. Funkcjonujący od 1989 roku amerykański zegar długu publicznego, będący wzorem dla polskich „technokratów”, został kiedyś zasłonięty – w 2000 roku, gdy suma zobowiązań zaczęła maleć. Odsłonięto go ponownie w 2002 roku, gdy sytuacja powróciła „do normy” i zegar mógł znowu siać niepokój.
*Bartek Olesiński - student SGH, przewodniczący Studenckiego Koła Naukowego Polityki Gospodarczej SKN Polityki Gospodarczej zaprasza na debatę „Budżet 2011. Ratunek na trudne czasy?”. Udział wezmą Ryszard Bugaj z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN oraz Paweł Szałamacha z Instytutu Sobieskiego. Debata odbędzie się w środę 12 stycznia o godz. 17:00 w Auli I Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (Budynek C, Al. Niepodległości 128).
Na podobny temat
|
Ciekawostka dla austriaka: w Austrii ...
Dzieciofobiczna postawa propagowana w...