NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Olesiński: Ciepła kasa prosto z komputera |
|
|
Bartek Olesiński*
|
|
16.12.2010 |
Kolejne 600 mld dolarów zostanie wpompowane w amerykańską gospodarkę. Ta decyzja ogłoszona kilka dni temu przez Rezerwę Federalną wywołała burzę emocji. Takie postępowanie FED, jedno z najnowszych osiągnięć polityki pieniężnej, nazywa się łagodzeniem ilościowym (quantitative easing). Wśród licznych oskarżeń o jego nieskuteczność, pojawiły się też zarzuty dużego kalibru – o monetyzację długu publicznego. Czy słusznie? I co to właściwie oznacza?
Państwa od zawsze ceniły sobie prawo do emisji pieniądza. Czasem miało ono znaczenie czysto prestiżowe, bywało też jednak nęcącym źródłem finansowania wydatków. Pokusa stała się szczególnie nieodparta w latach 20., kiedy odbudowywano gospodarki po I wojnie światowej. Mechanizm ten miał dość prostą logikę. Wydajemy znacznie więcej, niż ściągamy z podatków, ale nie chcemy się zadłużać? Wystarczy wydrukować brakującą kwotę i wydać ją, zanim gospodarka zdąży zareagować, a nieuniknionym wzrostem cen (inflacja!) niech się martwi sektor prywatny.
Drukowanie na cenzurowanym Szybko się okazało, że tego typu polityka łatwo wymyka się spod kontroli i prowadzi do hiperinflacji, a wraz z nią do zduszenia działalności ekonomicznej. Boleśnie przekonały się o tym m.in. Węgry, weimarskie Niemcy czy Polska. W związku z tym stopniowo odbierano prasy drukarskie rządom i przekazywano nowoczesnym bankom centralnym. Wymagało to zmiany schematu działania ministrów finansów. Odtąd konieczne stało się pożyczanie środków na pokrycie deficytu – kredytu mógł udzielić bank centralny. Wystarczyło, że będzie on skupował obligacje skarbu państwa za wydrukowane pieniądze. Na tym polega monetyzacja długu – bank centralny tak naprawdę nie ma interesu w tym, by pożyczki dla rządu twardo egzekwować (w końcu reprezentuje to samo państwo), co de facto oznacza przekształcenie zobowiązań w świeżutko wydrukowane banknoty. Zjawisko to przyczyniło się do załamania międzynarodowego systemu walutowego w 1971 roku, kiedy to USA musiało zawiesić wymienialność dolara na złoto i pozwolić na spadek jego wartości, sztucznie hamowany przez poprzednie ćwierć wieku dzięki zasobności złotych skarbców Fortu Knox.
Mimo to finansowanie budżetu w taki sposób wciąż cieszyło się sporą popularnością – przykładem Włochy, gdzie bank centralny miał wręcz obowiązek corocznie kredytować co najmniej 14 proc. wydatków rządowych, nie mówiąc o jakichkolwiek górnych limitach. Sielanka, przynajmniej w Europie, skończyła się w 1993 roku. Obawa przed konsekwencjami monetyzacji, wyrażana szczególnie przez Niemcy, doprowadziła do umieszczenia w Traktacie z Maastricht całkowitego zakazu bezpośredniego zakupu obligacji od rządów przez banki centralne krajów Unii Europejskiej, co dotyczyło także powstałego później Europejskiego Banku Centralnego.
Zabawa z procentami W związku z tymi kontrowersjami polityka pieniężna państw rozwiniętych coraz ostrożniej korzystała z pras drukarskich, które zaczęły służyć manipulacji stopami procentowymi w gospodarce. Tzw. operacje otwartego rynku polegały na zakupie (za dodrukowane środki) bądź odsprzedaży (wtedy banknoty wypadały z obiegu) krótkoterminowych papierów skarbowych prywatnym podmiotom, co zwiększało lub zmniejszało ilość pieniądza w obiegu, przyczyniając się do spadku lub wzrostu jego ceny (czyli krótkoterminowej stopy procentowej). Jednocześnie cała gotówka musiała mieć pokrycie w obligacjach w posiadaniu banków centralnych, co teoretycznie pozwalało na wycofywanie pieniędzy z obiegu w chwilach, gdy gospodarka dobiegała kresu swoich aktualnych możliwości ekspansji.
Z narzędzia tego korzystał wieloletni szef Rezerwy Federalnej, Alan Greenspan, który obniżając stopy procentowe i zwiększając podaż pieniądza, pozwolił USA na uniknięcie negatywnych skutków cięć budżetowych prezydenta Billa Clintona. Podobna strategia przyczyniła się również do złagodzenia konsekwencji pęknięcia słynnej bańki internetowej w 2001 roku. Uważano, że FED tymi posunięciami rozdmuchał spekulację na rynku nieruchomości, która stała się bezpośrednią przyczyną ostatniego kryzysu – niska stopa procentowa miała ułatwić udzielanie tzw. złych kredytów.
Odpowiedź na kryzys wydała się wszystkim oczywista – banki centralne muszą przystąpić do dalszej ekspansji. Jednak krótkoterminowe stopy procentowe i tak były śmiesznie niskie, co zmusiło władze monetarne do sięgnięcia po inne metody. Znowu przystąpiono do masowego skupowania obligacji – tym razem jednak były to nie tylko papiery krótkoterminowe, ale też wieloletnie, wyemitowane zarówno przez rządy, jak i podmioty prywatne (jak np. toksyczne papiery dłużne, w oparciu o które udzielano kredytów typu subprime). Interwencja ta zyskała miano quantitative easing, czyli ilościowego łagodzenia. Wielu uznało to za nawrót do „procederu” monetyzacji, jednak politycy pieniężni zawsze stanowczo odrzucali te oskarżeniai. Odpowiadali, że przecież obligacji nie kupowano bezpośrednio od rządów. Co ciekawe, do podobnie kontrowersyjnej akcji przystąpił uważany za skrajnie konserwatywny Europejski Bank Centralny, tyle że przy użyciu furtek prawnych i nie na tak wielką skalę, jak w przypadku USA. Tam zaś w grę wchodziły sumy niespotykane w historii – od początku kryzysu Federalny Komitet Otwartego Rynku wydał 1,7 biliona dolarów. Jednak nie oznaczało to już uruchomienia pras drukarskich – FED za jednym przyciskiem komputera przelewał na konta banków komercyjnych wirtualne miliardy…
Leczenie inflacją Krótkie ożywienie wywołane – zdaniem Bena Bernanke – przez ilościowe rozluźnianie polityki pieniężnej, dobiegło jednak końca, wobec czego obecny szef FED podjął decyzję o zakupie kolejnych papierów rządowych o wartości 600 mld dolarów. Krok ten w założeniu ma spowodować bezpieczne zwiększenie inflacji, co miałoby zapobiec gorszej pladze – spirali deflacji, zawsze groźnej w przypadku szoków popytowych, czyli wtedy, gdy podmioty nadmiernie ograniczają wydatki (szczególnie inwestycyjne), tłamsząc PKB. Wysiłek FED może pójść na marne, ponieważ amerykańska gospodarka najpewniej znajduje się w pułapce płynności. Oznacza to, że nawet największa ilość dodatkowego pieniądza zostanie zamrożona w formie rezerw bankowych. Wskazywać na to mogłoby doświadczenie Japonii, która łagodzenie ilościowe zastosowała już w 2001 roku. Niewiele to pomogło – deflacja szalała w najlepsze przez następne parę lat od zastrzyku płynności, a Japończycy mówili o straconej dekadzie. Jedynym skutkiem było wielokrotne zwiększenie rezerw banków komercyjnych, ulokowanych w Banku Japonii. Podobnie dzieje się teraz w Ameryce, co ma swoje odzwierciedlenie w wartości aktywów i pasywów FED, która w ciągu kilku lat wzrosła ponad dwukrotnie. Nie należy zatem wykluczać, że pomimo różnic między gospodarką Kraju Kwitnącej Wiśni i USA, powtórka japońskiej deflacji nastąpi także i w samym sercu światowego kapitalizmu.
A może jednak…? Wszystko to rodzi pytanie: czy zalewanie gospodarki kolejnymi miliardami ma sens, skoro nie przełożą się one na inwestycje? Może władze, chcąc, by dodatkowe pieniądze zostały wydane, same powinny to zrobić? Jak twierdzi noblista, Paul Krugman, w przypadku pułapki płynności konieczne jest zwiększenie inflacji, która skutecznie zniechęci do nadmiernego gromadzenia środków. Skoro rozluźnianie polityki pieniężnej zawodzi, banki centralne muszą wrócić do kupowania papierów skarbowych bezpośrednio od rządu, oczywiście w ramach ściśle przyjętych reguł. Zwiększone wydatki na inwestycje publiczne nie tylko mogą zapobiec presji inflacyjnej, ale też nakręcić koniunkturę – dzięki zjawisku crowding in: jedne inwestycje pociągają za sobą następne. Byłoby to zgodne z myślą wybitnego polskiego ekonomisty i kandydata do nagrody Nobla, Michała Kaleckiego, który wskazywał na fakt, że inwestycje nie muszą od samego początku być pokryte twardymi oszczędnościami – nawet tzw. pusty pieniądz może zapewnić sukces przedsięwzięciu, które w przyszłości się zwróci. I być może tak właśnie stanie się w przypadku decyzji FED – jeśli zachęci ona instytucje finansowe do inwestowania.
Oczywiście, brak ostrożności może przyczynić się do nadmiernej inflacji – w końcu możliwości produkcyjne gospodarki zostaną przekroczone. Ponadto gigantyczne rezerwy sektora bankowego mogą nagle zalać gospodarkę, co wymagałoby zdecydowanej akcji władz monetarnych. Jak na razie nam to jednak nie grozi. Głównym zmartwieniem ekonomistów i rządzących jest ogromna luka popytowa w wielu krajach, wraz z towarzyszącą jej presją deflacyjną. Dlatego też potrzebna jest poważna debata o nowej strategii, będącej realną syntezą polityki fiskalnej i monetarnej.
*Bartek Olesiński - student SGH, przewodniczący Studenckiego Koła Naukowego Polityki Gospodarczej
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.12.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Ciekawostka dla austriaka: w Austrii ...
Dzieciofobiczna postawa propagowana w...