Nowość w sklepie kp
Komentarze
CYTAT DNIA
Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
|
|
Bożek: O klimat i pracę |
|
|
Jakub Bożek
|
|
07.08.2009 |
Wight to malownicza wyspa położona nieopodal (5-8 km) południowego wybrzeża Anglii. Do tej pory słynęła głównie z niezwykłych krajobrazów, doskonałej bazy turystycznej oraz popularnego festiwalu. Dziś do tej listy możemy dołączyć jeszcze jeden element: strajk okupacyjny w fabryce turbin duńskiej firmy Vestas.
Co z tym Vestas?
Vestas to największy na świecie producent turbin wiatrowych. Nawet w czasach kryzysu firmie powodzi się nieźle. Wyniki finansowe z pierwszego kwartału 2009 roku były znacznie lepsze niż przewidywano. Jest to nie lada osiągnięcie. Według danych Programu Środowiskowego ONZ w tym samym okresie suma inwestycji w odnawialne źródła energii była o połowę niższa niż w pierwszym kwartale ubiegłego roku. Londyńska firma konsultingowa New Energy Finance przewiduje również, że najgorsze już za nami. Ostatecznie inwestycje przypadające na 2009 mogą sięgnąć od 95 do 115 miliardów dolarów. Znacznie gorzej niż w roku zeszłym (rekordowe 155 miliardów), ale i znacznie lepiej niż w 2006, kiedy o kryzysie nikomu się jeszcze nie śniło. Jeżeli uwzględnimy, że blisko jedna trzecia pieniędzy inwestorów idzie w energię wiatru (w 2008 było to 51,8 miliarda), to Vestas powinno mieć się całkiem nieźle.
Mimo to firma ogłosiła, że zwolni 1 900 pracowników, przede wszystkim w Danii (1275) i w Anglii (625). Decyzję tłumaczy się niedostatecznym popytem na energię wiatru w północnej Europie.
Reakcja brytyjskich pracowników była szybka. Strajk! 25 ludzi zabarykadowało się w środku fabryki i w ten sposób rozpoczęło walkę o niezwykłym znaczeniu dla ruchu ekologicznego. Okupujący chcą, by rząd szybko podjął działania służące ocaleniu fabryki. Jeśli te nie przyniosą skutku, nie należy wahać się przed nacjonalizacją. Oczywiście, chodzi tu o miejsca pracy… ale nie tylko. Szerokiego poparcia dla strajku udzielili zarówno ekolodzy - Friends of the Earth, Greenpeace, jak i związki zawodowe - Workers’ Climate Action czy The National Union of Rail, Maritime and Transport Workers (RMT). Ta koalicja eko-aktywistów i świata pracy ma olbrzymie, historyczne znaczenie. Te dwie sfery, choć z początku niedarzące się szczególnym zaufaniem, zaczynają się do siebie zbliżać. I to z obopólną korzyścią.
Zielony New Deal?
W Wielkiej Brytanii bezrobocie rośnie szybko. W ostatnim kwartale 2007 bez pracy było 1,6 miliona ludzi, w pierwszym kwartale 2009 aż 2,2 miliona. Wzrost z kwartału na kwartał jest tylko nieco wolniejszy niż za starych, niezbyt dobrych czasów Margaret Thatcher. W 1980 wynosił 13,8 proc., dziś 12,4.
Ale - tak jak i u nas - w mediach te liczby pojawiają się rzadko. Straszy się czym innym. Jeśli w tej chwili myślicie o Witoldzie Gadomskim, to oczywiście macie rację. I oczywiście chodzi o dług publiczny. Szef Audit Commission (komisja, która nadzoruje sposób wydawania finansów publicznych w poszczególnych hrabstwach) Steve Bundred chce jak najszybszego cięcia wydatków. Bundred z pewnością dużo wie o zadłużaniu się. Audit Commission jest znana głównie z tego, że utopiła mnóstwo pieniędzy w islandzkich bankach.
Jedną z pierwszych ofiar oszczędnych świętoszków może stać się rządowa inicjatywa UK Low Carbon Transition Plan. Forsuje ją Ed Miliband - sekretarz stanu ds. zmiany klimatycznej i energii. Projekt Millbanda jest niezwykle odważny. Do 2020 Wielkiej Brytanii ma ograniczyć emisje CO2 o 34 proc. (w porównaniu do 1990). Połowa tych oszczędności będzie pochodzić z sektora energetycznego. Plan zakłada, że w 2020 aż 40 proc. brytyjskiej energii ma pochodzić ze źródeł niskowęglowych, w tym 30 proc. ze źródeł energii odnawialnej. Bez rządowych dotacji się nie obejdzie. Tak samo, jak bez tworzenia nowych zielonych miejsc pracy. Szacunki różnią się znacznie, od 400 tyś. (podaję za BBC) do 1,2 mln (tym razem za Guardianem). Tak czy inaczej, potencjał jest olbrzymi.
Raport międzynarodowej organizacji ekologicznej WWF podaje, że obecnie 3,4 mln Europejczyków ma „zieloną pracę”. Pracują w sektorze energii odnawialnej (OZE), w zrównoważonym transporcie, w produkcji energooszczędnych dóbr i usług. Sektor OZE zatrudnia około 400 tyś. ludzi. Na razie liczba nie powala, ale w przyszłości może się to zmienić. Europejskie firmy mają patenty na 70 proc. technologii pozwalającej wykorzystywać energię ze źródeł odnawialnych, a sektor dynamicznie się rozwija. W 2008 światowa zdolność produkcyjna elektrowni wiatrowych sięgnęła 120,8 gigawata. To o 36 proc. więcej niż w 2007 i o 11 razy więcej niż dekadę temu. W innym raporcie, opublikowanym przez Stockholm Environment Institute, czytamy, że to właśnie produkcja części do dużych i małych turbin, a także usługi serwisowe będą szczególnie napędzały rozwój sektora OZE (SEI szacuje, że jego wartość to ponad 1000 miliardów euro).
Ale szybki rozwój przemysłu OZE będzie możliwy tylko przy wsparciu sektora publicznego. Czemu? W „Kapitalizmie, socjalizmie, demokracji” niepokorny ekonomista (w żadnej mierze nie lewicowy, ale i równie mało konserwatywny) Joseph Schumpeter pisze: w miarę wzrostu bogactwa coraz większe znaczenie mogą mieć pewne pozycje wydatków, które naturalnie nie wchodzą w skład jakiegokolwiek rachunku zysków i kosztów. Rynek z zasady jest na takie wydatki ślepy. Należy je finansować ze środków publicznych. Wśród tego typu inwestycji Schumpeter wymienia ochronę zdrowia oraz nakłady na upiększanie miast. Dziś pewnie dorzuciłby inwestycje w redukcję emisji CO2.
Szczęśliwie tak właśnie mają zamiar zrobić Anglicy. Na samo promowanie energii wiatru przeznaczyli 120 milionów funtów. Tymi pieniędzmi częściowo sfinansują budowę 3000 wiatraków typu off-shore (czyli położonych w strefach przybrzeżnych). Na lądzie powstanie kolejnych 6000. Dla porównania, dziś w Anglii znajduje się ich tylko 2400. Szef British Wind Energy Association (BWEA) Nick Medic przewiduje, że z tak wysokim zapotrzebowaniem na turbiny wiatrowe fabryka na Wyspie Wight miałaby zagwarantowane zamówienia na 10 do 15 lat.
Do tego brytyjski rząd upiera się przy tym, że całe Zjednoczone Królestwo ma największy potencjał energii wiatru do wykorzystania w całej Europie. Dlaczego więc Vestas się wynosi, kiedy sytuacja wygląda tak obiecująco?
Są trzy główne przyczyny. Problemy ze zdobyciem finansowania, przetasowania w globalnej hierarchii producentów turbin i egoizm zamożnych Brytyjczyków.
Wiatr zmian
Prezes Vestas Ditlev Engel, narzekał, że jego firma miała problem z dostępem do kredytów. Sytuacja jest dość poważna. W Anglii na budowę czekają elektrownie, które mógłby dostarczyć 6000 MW czystej energii. Tyle że nie ma za co ich zbudować. Sytuację próbuje ratować Ed Millband. Niedawno wraz z Royal Bank of Scotland i Lloyds Banking Group ogłosił program finansowania już zatwierdzonych projektów, które jakoś nie mogą złapać wiatru w żagle. Nowo otwarty fundusz kredytowy opiewa na 1 miliard funtów. Do tego dochodzi podobny fundusz Europejskiego Banku Inwestycyjnego o wartości 4 miliardów funtów. Kredyty EBI będą mogli zaciągać wszyscy brytyjscy przedsiębiorcy chcący dostarczać czystej energii. Te pieniądze nie zmieniły jednak decyzji Vestas.
Dlaczego? Rynek OZE rośnie szybko, ale równie szybko zaostrza się konkurencja. Szczególnie chińska. Bo Chiny całkiem niepostrzeżenie (jak na takiego giganta) znalazły się na czele ekologicznego wyścigu mocarstw. W ciągu ostatnich czterech lat zdolność produkcyjna chińskich elektrowni wiatrowych podwoiła się. A w tym roku Chińczycy zainstalują o wiele więcej nowych i bardziej potężnych farm wietrznych niż Amerykanie. Wśród nich będzie olbrzymia 20-gigawatowa (!!!) elektrownia w Jiuquan. Dla porównania, według raportu Polska 2030, wszystkie nasze elektrownie dysponują mocą 35 GW. Chińczycy nie bez powodu nazywają ją zatem odpowiednikiem Zapory Trzech Przełomów. Budowa farmy wiatrowej o takich rozmiarach jest jednak problematyczna. Ekolodzy obawiają się, że projekty tego rodzaju będą zagrażały środowisku. Ponadto budowa „gigantów” nie przyczynia się do decentralizacji energetycznej, która jest oczkiem w głowie eko-aktywistów. No, ale to już inny temat.
Dodatkowo, Chiny - przez następnych 10 lat - będą wspierały swoich producentów energii odnawialnej gigantycznym pakietem stymulacyjnym na łączną sumę od 440 do 660 miliardów dolarów. Spora część tych pieniędzy zasili producentów turbin wiatrowych. Tyle że najprawdopodobniej będą to chińscy producenci. Chińczycy bowiem tak ustalili kryteria przetargu, by decydowała wyłącznie cena. Europejscy producenci oferują zaś turbiny droższe, ale i bardziej zaawansowane technicznie oraz o większej efektywności. No cóż, w Chinach gra się na „nieco” innych zasadach. Najważniejsze jest wzmocnienie lokalnego przemysłu, który później będzie groźną konkurencją na rynku międzynarodowym. Nic dziwnego, że firmy takie jak Vestas, czują się zagrożone. Wygrać z chińskimi rywalami będzie naprawdę trudno.
Może dlatego dziś producenci turbin próbują okopać się w nowym wietrznym El Dorado, w Stanach Zjednoczonych. W zeszłym roku wartość inwestycji w budowę nowych farm wiatrowych wyniosła 17 miliardów dolarów. Do inwestycji zachęca też zielona część pakietu stymulacyjnego administracji Obamy - 80 miliardów. Znacznie mniej niż w Chinach, ale to i tak kupa pieniędzy. To właśnie dlatego Stany stają się atrakcyjnym miejscem dla producentów turbin. Wśród nich jest Vestas. Bo Vestas inwestuje 1 miliard dolarów w nową fabrykę, która stanie w Kolorado.
Zresztą, nawet gdy fabryka działała bez zarzutu to i tak produkowała głównie na rynek amerykański. Specyficzny rodzaj śmigła, które tam budowano, nie był przystosowany do potrzeb brytyjskich elektrowni wiatrowych. Problemem była specyfikacja techniczna. Co prawda Vestas, zastanawiała się nad wprowadzeniem do produkcji modelu, który mogłaby sprzedawać w Anglii, ale po drodze przypałętał się kryzys. No i pozostał jeszcze jeden problem.
Nie w moim ogródku
W Anglii bardzo trudno było zdobyć pozwolenie na budowę elektrowni wiatrowej. Świadczą o tym już same liczby. Na lądzie zainstalowano elektrownie o mocy 900 MW, off-shore to 1700 MW mocy. Razem to tylko 2600 MW. Przy takich potęgach jak Hiszpania (21000 MW) albo Niemcy (12000 MW) Wielka Brytania wypada mizernie.
Inwestorzy napotykają na tabuny wściekłych mieszkańców sielskich wiejskich terenów, którzy mają do powiedzenia tylko jedno: Po moim trupie! Kto widział Wiek głupca, wie, o co chodzi. Kto nie widział, niech wyobrazi sobie zacietrzewionych mieszkańców, dla których walka z wiatrakami psującymi widoki wydaje się być jedynym celem w życiu.
Z oczywistych powodów takie farmy buduje się na terenach wiejskich. Problem? Tak, ponieważ dla Anglika wieś jest po prostu święta. Dodajmy, że mieszkańcem angielskiej wsi nie jest byle kto, lecz najczęściej osoba zamożna.. Angielski socjolog, John Urry, tak opisuje, jak do tego doszło. Znane z opisu Marksa, grodzenie terenów wiejskich w XVIII doprowadziło do zmniejszenia liczebności nieposiadających ziemi robotników wiejskich. W XIX w., gdy Anglia stała się społeczeństwem w pełni miejskim, nie było już ich wcale. Oczyszczona z biedaków wieś stała się miejscem wycieczek bogatych mieszczan. Było to możliwe tym bardziej, że wiejską przyrodę idealizowali dziewiętnastowieczni romantyczni poeci z Wordsworthem na czele. Skutek? Angielskiej wsi nie sposób było uznać za ostoję chłopstwa, którego wartości i praktyki rodzące się elity mogłyby całkowicie dyskredytować. Wieś nie była do spisania na straty jako po prostu «barbarzyńska» i «głupia», jak w znacznej części Europy.
Dla angielskiej wsi zmiana klimatyczna jest o wiele groźniejsza niż nawet największa elektrownia wiatrowa. Szkoda tylko, że Anglicy tego nie dostrzegają i nadal skutecznie bombardują każdą propozycję. A że lobbing miejscowych obrońców wiejskich krajobrazów jest skuteczny, możemy przekonać się, zerkając na dane, do których dotarł Greenpeace. Okazuje się, że w hrabstwach zarządzanych przez torysów zatwierdzono projekty o łącznej mocy 44,7 MW, a odrzucono 158,2 MW. W hrabstwach, w których rządziła Partia Pracy, było nieco lepiej - 68,3 MW zaakceptowano, 62,6 odrzucono. Nic dziwnego, że Vestas nie znalazła popytu na swoje produkty. Na absurd zakrawa zaś to, że za widoki dla angielskich bogaczy w przyszłości będziemy płacić wszyscy.
Zielone i czerwone
Wydarzenia ostatnich dwóch tygodni pokazały, jak wiele dzieli deklaracje i rzeczywistość w sferze zielonej polityki. Z jednej strony, ambitny plan proponowany przez Eda Milibanda dobrze wróży na przyszłość. Z drugiej pierwsze prawdziwe wyzwanie pokazuje, że rząd nie jest dostatecznie zdeterminowany, by realizować obietnice złożone i pracownikom i ekologom. Tymczasem by wydobyć banki z finansowych tarapatów, w zeszłym roku bez wahania powiększono deficyt o 140 miliardów funtów. Sporo to mówi o priorytetach brytyjskich elit.
Czy nacjonalizacja fabryki na Wyspie Wight byłaby rozwiązaniem radykalnym? Tak, ale właśnie takiego radykalizmu nam potrzeba.
PS. 4 sierpnia Vestas uzyskało pozwolenie na eksmitowanie strajkujących z fabryki. Eksmisja jest planowana na piątek, 7 sierpnia o godzinie 12.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 07.08.2009 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
-
Michalski: Żeby Powstanie nie poszło na marne
-
Sutowski: Cyrk szaleństwem podszyty
-
Kitliński: Jesteśmy zakładnikami własnej ksenofobii
-
Dymińska: Psi przemysł made in China
-
Erbel: Mosty zamiast gejów?
-
Gdula: Jak naprawić to, co napsuła religia w szkołach
-
Bauman: O loterii i Babilonie
-
Stokfiszewski: W stronę prawa do dobrej śmierci
-
Eichler: Czy w Czechach naprawdę wygrała prawica?
-
Bielski: Solidarność zaczyna się od śmietnika
-
Szelewa, Polakowski: Dlaczego warto zrównać wiek emerytalny
-
Ostolski: Prawo do adopcji? Tak. Bo logika zobowiązuje
-
Gill: Argentyna nie jest macho
-
Kurc: Mąż i mąż. Śmieszne?
-
Kurkiewicz: Tęsknię za tobą, cenzuro!
-
Piątek: Flash mop, czyli bojkotujemy carrefaszystów
-
Sutowski: Lis strzeże kurnika, czyli polityka narkotykowa po rosyjsku
-
Ost: W Polsce jest miejsce na prawdziwą socjaldemokrację
-
Rudnicki: Polska - nożem na pół
-
Banot: Polska niezrównoważona polityka bez kobiet
-
Kuczyński: W roku 2011 Polska znowu może być wyspą
-
Machalica: Cała władza w ręce Platformy
-
Dunin: Okopy Świętej Trójcy
-
Kowalska: Nic się nie stało
-
Silna Polska to 1 procent na kulturę
-
Targowisko śpiewało o Jarku
-
Erbel: Kebab, kurczak i zupa Pho przeciwko miejskiej estetyce ładu
-
Piątek: Moja żona obywatelka
-
Kowalska: Wolałabym nie, czyli krótka odpowiedź na komentarze
-
Sierakowski: Wybierzmy działanie
-
Gdula: Wykorzystać szansę, żeby nie siedzieć cicho
-
Kowalska: Dlaczego na pewno nie Kaczyński
-
Andrzejewski: Domowy sposób na ochronę zdrowia
-
Im gorzej, tym gorzej, czyli dlaczego jednak Komorowski
-
Bodnar: Jak uchwalić w Polsce ustawę o związkach partnerskich?
|
|
Greckie pojęcie symbol oznacza akt z...
"Są gry komputerowe, które mogą&n...
Proszę Pani, ale to się i tak stać mu...