Nawratek: Miasto przeciw neoliberalnym fantazmatom
Krzysztof Nawratek
22.01.2010
Propagandowa siła polskiego (neo)liberalizmu, od lat zachwalanego przez ludzi pokroju Janusza Korwina Mikke czy Leszka Balcerowicza, polega na jego prostocie i „zdroworozsądkowej oczywistości”. W przypadku Balcerowicza dochodzi jeszcze tytuł profesorski oraz kult „nieomylnego reformatora”. Ta wyjątkowa pozycja pozwala mu wypowiadać się na niemal dowolny temat. Za każdym razem, do każdego problemu aplikuje tę samą, jakże prostą receptę: mniej regulacji, więcej wolnego rynku. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” ukazał się kolejny wywiad z profesorem Balcerowiczem (o jakże przewidywalnym tytule Państwo tu u nas bardzo przeszkadza ), w którym swoją standardową receptę proponuje zaaplikować polskim miastom.
Najpoważniejszy atak zostaje przypuszczony na „socjalistyczne prawo o ochronie lokatorów”, które Balcerowicz obwinia o to, że przeraża prywatnych inwestorów do tego stopnia, że boją się budować mieszkania na wynajem. To z kolei jakoby powoduje generalny brak mieszkań i ogranicza mobilność pracowników w Polsce.
Tak się jednak dziwnie składa, że Wielka Brytania już za czasów Margaret Thatcher niezwykle ograniczyła prawa lokatorów, praktycznie też zlikwidowała budownictwo komunalne (Tony Blair i jego New Labour nie zrobili nic, by te regulacje odwrócić). Prawa lokatorów są do tego stopnia ograniczone, że w 2007 Citizens Advice Bureau opublikowało raport o wszystko mówiącym tytule The Tenants’ Dillema: Warning, Your Home is at Risk if You Dare Complain.
W 2009 roku 82% prywatnie wynajmowanych mieszkań i domów nie spełniało minimalnych standardów wymaganych przez brytyjskie prawo, a mieszkańcy 71% byli narażeni na wilgoć, brak odpowiedniej izolacji i pleśń. By uzupełnić ten obraz, warto wspomnieć jeszcze dwie liczby - 1,67 mln rodzin oczekujących na mieszkanie socjalne w Wielkiej Brytanii, wzrost o 64% w stosunku do roku 1997. Tak właśnie prywatni inwestorzy działając na wolnym rynku rozwiązują problemy mieszkaniowe w Wielkiej Brytanii.
Polacy, którzy w ostatnich latach mieli szansę pomieszkać w Wielkiej Brytanii, zapewne mogliby potwierdzić te dane własnymi - czasem mrożącymi krew w żyłach - opowieściami. Przeciw „zdroworozsądkowemu” liberalizmowi wielu naszych rodaków może więc postawić własne życiowe doświadczenie. Neoliberalne fantazmaty są bardzo łatwe do obalenia - a doświadczenie życia w mieście dostarcza wielu użytecznych narzędzi.
No dobrze - ale co z mobilnością pracowników? Wielka Brytania radzi sobie całkiem nieźle (pamiętajmy jednak, że UK przeżywało przez ostatnie lata boom gospodarczy, a język angielski jest znacznie popularniejszy niż fiński czy szwedzki), mimo tego jednak przegrywa z Francją i Niemcami - krajami o znacznie bardziej „socjalistycznych” prawach ochraniających lokatorów.
Najciekawsze są jednak wyobrażenia profesora Balcerowicza na temat mechanizmów, według jakich miasta się rozwijają. Mówi on: „Socjalizm pozostawił w środku naszych miast wielkie niezabudowane obszary. Jeśli uda się uruchomić rynek nieruchomości na tych obszarach, twierdzę, że polskie wielkie miasta (ale także mniejsze) mogą się rozwijać i przyjmować nowych mieszkańców bez obawy, że staną się wąskimi gardłami, przez które trudno się będzie przebić”.
Szkopuł w tym, że - jak pokazuje przykład chociażby miast amerykańskich czy brytyjskich wolny rynek wspiera urban sprawl, a nie dogęszczenie centrum i model compact city. (Dotyczy to również miast polskich, co każdy może zaobserwować na własne oczy, lub w lżejszej formie poczytać, jak to wygląda z punktu widzenia Brytyjczyka ).
Zabudowa mieszkaniowa nie rozwija się w centrach miast z kilku powodów. Jednym jest brak wystarczającej infrastruktury społecznej, takiej jak szkoły, przedszkola, parki czy place zabaw dla dzieci. Prywatni inwestorzy unikają tego typu inwestycji - co widać choćby w Miasteczku Wilanów, kolejnym przykładzie tego, jak wspaniale polskie miasta rozwijać by się mogły, gdyby odpowiadali za nie jedynie prywatni deweloperzy. Innym powodem jest fakt, że wynajem lokali na biura czy sklepy jest bardziej opłacalny. Ten mechanizm spowodował na przykład niemal całkowite wyludnienie centrum Rygi, w którym mieszka dziś niecałe dwa tysiące mieszkańców.
Niechęć wobec planowania przestrzennego przychodzi z różnych kierunków. Z jednej strony ideologiczni neoliberałowie w rodzaju Leszka Balcerowicza, z drugiej anarchizujący lewicowcy, widzący w planowaniu narzędzie opresji. Jedni i drudzy widzą miasto jako niezwykle skomplikowaną strukturę, której nie można „objąć jednym umysłem”, należy więc ją pozostawić indywidualnym wyborom poszczególnych mieszkańców. Jedni i drudzy popełniają ten sam błąd (i nie mnie oceniać, czy to po prostu głupota, czy też cynizm), definiując miasto jako rodzaj społecznej i politycznej magmy. Wierzą oni, że wolna wola jednostek, kumulacja ich jednostkowych dążeń, doprowadzi do naturalnego rozwiązania wszelkich problemów.
Błąd takiego myślenia jest oczywisty. Owszem, miasto jest niezwykle skomplikowaną strukturą, lecz ta struktura nie składa się bynajmniej z wolnych, chaotycznie się przemieszczających jednostek, lecz z wielu silniejszych i słabszych, statycznych struktur. Zarówno w wymiarze przestrzennym - jak istniejąca infrastruktura, domy, ulice i drzewa; jak i w wymiarze społecznym, ekonomicznym czy politycznym.
To nie „wolne jednostki”, lecz określone społeczne struktury, społeczne „kraty” (w odróżnieniu od „sieci”) decydują o tym jak miasto się rozwija. Za amerykański urban sprawl odpowiadają i władze miejskie i Ford, za Miasteczko Wilanów odpowiadają władze miejskie i konkretny inwestor.
Społeczne „kraty” to prawo i regulacje, to interesy wielkich rynkowych graczy. Na wolność, w takim naiwnym rozumieniu, jakie prezentuje Leszek Balcerowicz, nie ma w mieście miejsca. Jest jednak miejsce na dobre życie i prawdziwą wolność - ale by tę wolność zabezpieczyć, potrzeba silnych narzędzi planistycznych i silnego, demokratycznego miasta.
Krzysztof Nawratek - urbanista, architekt, autor książki Miasto jako idea polityczna. Prowadzi blog Przestrzenie i ciała.