|
Czy Jarosław Kaczyński stanie się największym sojusznikiem Ślązaków w walce o pełne uznanie naszej odrębności kulturowej? Tzw. antykaczyzm był w stanie doprowadzić do wielotysięcznych antyklerykalnych demonstracji pod oknem papieskim w Krakowie – czy chęć zrobienia na złość prezesowi PiS doprowadzi do przywrócenia Górnemu Śląskowi autonomii? Raczej nie. Tak samo, jak ubiegłoroczne protesty z ul. Franciszkańskiej nie doprowadziły do jakiegokolwiek postępu w sprawie świeckości polskiego państwa. Nawet jeśli nie tylko Marcin Meller, ale też Janusz Palikot i Kuba Wojewódzki zadeklarują śląską przynależność narodową, nie polepszy to rzeczywistej sytuacji Ślązaków.
A szkoda. W „kwestii śląskiej” jak w soczewce skupia się słabość polskiej demokracji. Mamy oto – według poprzedniego spisu powszechnego – prawie dwieście tysięcy ludzi uznających się za przedstawicieli narodowości śląskiej. Mają oni odrębną kulturę i mówią językiem, który różni się od polskiego o wiele bardziej niż na przykład słowacki od czeskiego. Przez siedemset lat Ślązacy doświadczali zupełnie innej niż wszyscy Polacy historii politycznej – od panowania Piastów śląskich, przez Koronę czeską, państwo habsburskie, kolejne państwa niemieckie, powstania śląskie, autonomiczne województwo śląskie w II Rzeczypospolitej. Wreszcie – tragiczne doświadczenie drugiej wojny światowej, odrębne od doświadczenia ich sąsiadów zza Brynicy czy znad Wisły. Ludzie ci, na przekór wszystkiemu, w zatomizowanym polskim społeczeństwie początku dwudziestego pierwszego wieku postanowili przypomnieć, że stanowią wspólnotę. I choć są obecnie największą mniejszością narodową w Polsce, choć identyfikując się z narodowością śląską, najczęściej identyfikują się jednocześnie z szeroko rozumianą polskością, kulturową czy „obywatelską” – żadna z polskich partii nie traktuje ich poważnie.
Prezes PiS straszy śląskim separatyzmem i niemieckim rewizjonizmem, choć niewątpliwie zdaje sobie sprawę, że ani ruch na rzecz uznania narodowości śląskiej, ani postulowany przez RAŚ powrót do przedwojennej autonomii nie ma nic wspólnego z kwestionowaniem obecnych granic Polski. Platforma Obywatelska z kolei niby współpracuje na szczeblu lokalnym z RAŚ, jednak jej krajowi liderzy też wielokrotnie straszyli autonomistami, robiąc w gruncie rzeczy to samo co PiS, tyle że subtelniej. Dekomunizatorzy i piewcy powrotu do tradycji II RP w restauracyjnej psychozie chcieliby oddawać gmachy uczelni i urzędów arystokratom, kamienice – przedwojennym kamienicznikom, purpuratom zaś – wszystko, czego tylko zażądają. Ciekawe, że żadnemu z nich przez myśl nawet nie przeszło, by oddać Ślązakom przedwojenną autonomię. Ten akurat dekret Bieruta pozostaje dla polskich prawicowców niepodważalny.
Dla mnie – jako Ślązaka i socjalisty – najważniejsze jest, rzecz jasna, co o tej sprawie myśli lewica. SLD dziedziczy wyborców przez lata karmionych opowieścią o obronie granicy na Odrze i Nysie; zresztą jego żelazny elektorat w obecnym województwie śląskim to przede wszystkim mieszkańcy ziem historycznie i etnicznie nieśląskich – Zagłębia Dąbrowskiego. Nowa lewica z różnych kręgów nieraz ze wzruszeniem ramion przechodzi nad dość tradycjonalistycznym dzisiaj dyskursem śląskości, czasem też popełnia grzech elitaryzmu wobec śląskiej kultury, przejawiającej się dziś przede wszystkim w formach uznawanych za „plebejskie”. Najwyższa pora to zmienić.
Dopóki pozostaniemy na etapie absurdalnych sporów o to, czy Ślązacy pragnący określić się jako osobna grupa narodowościowa to piąta kolumna czy inny Wehrwolf, czy chcą niepodległego Śląska czy też siedemnastego landu RFN, dopóty nie zajmiemy się realnymi problemami śląskiej mniejszości. Na przykład prawem do zdawania matury z języka mniejszości narodowej/etnicznej, jakie przysługuje chociażby Kaszubom czy Ukraińcom, czy prawem do edukacji regionalnej, które jest poniekąd także prawem do własnej historii.
Ruchowi Autonomii Śląska trzeba oddać szacunek za to, że podjął walkę o prawa największej etnicznej mniejszości. Ślązakom jednak należy się więcej. Potrzeba głosów w publicznej debacie, które dostrzegając śląską odrębność, będą mówić o niej niekoniecznie z konserwatywno-liberalnej czy tradycjonalistycznej perspektywy, dominującej w środowisku RAŚ. Największa polska mniejszość narodowa i jej prawa to rzecz zbyt ważna, by pozostawiać ją jedynie RAŚ oraz Kazimierzowi Kutzowi.
Zadaniem dla lewicy jest nie tylko walka o prawo Ślązaków do własnej tożsamości narodowej, które jest przecież prawem człowieka. Powinna przypomnieć skomplikowane dzieje śląskiej lewicy przed 1945 rokiem, w II i III Rzeszy, Republice Weimarskiej i w II RP; przywrócić pamięć o klasowym w dużej mierze charakterze powstań śląskich. Z drugiej strony – trzeba zacząć mówić o dzisiejszym Śląsku poza opozycją familoki, gruby*, krupnioki**, górnicze karczmy kontra udział w krajowym PKB, katowickie wieżowce i wysoka średnia zarobków. Zastanowić się nad wciąż istniejącym w części szkół zjawiskiem dyskryminowania dzieci mówiących po śląsku, zwrócić uwagę na zagadnienia związane z ekonomią opieki w tradycyjnych śląskich społecznościach lokalnych, gdzie omy*** przejmują obowiązki żłobka czy przedszkola dla dzieci i pielęgniarki na potrzeby seniorów. Położenie kobiet na Śląsku to zresztą w ogóle temat rzeka. Warto też pomyśleć, czy naprawdę inwestycje drogowe zastąpią Ślązakom (i wszystkim mieszkańcom regionu, niezależnie od narodowości) upadającą komunikację publiczną w aglomeracji katowickiej, najgorszą chyba spośród wielkich miast Polski?
Śląsk to kolejny polski świat nieprzedstawiony – może największy. Zamiast ścigać urojonych pogrobowców Wehrmachtu bądź pogardliwie wzruszać ramionami, weźmy się więc do roboty.
*gruba – (śl.) kopalnia
**krupniok – (śl.) tradycyjna śląska kaszanka
***oma – (śl.) babcia, bardziej ogólnie – o każdej starszej kobiecie
—
Czytaj też: Wowrzeczka-Warczok: Kaczyński zrobił ze mnie Ślązaczkę
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...