Cezary Michalski: Chciałbym zapytać człowieka, który ma doświadczenie w rządzeniu Polską i Polakami, i to zarówno przed 1989 rokiem, jak też po 1989 roku, jak powinni się zachowywać rządzący, kiedy pojawiają się zbiorowe emocje o takim natężeniu jak w przypadku obecnej żałoby? Pacyfikować takie emocje, drażnić się z nimi, negocjować, potulnie przeczekać, przyłączać się do nich, chwalić je z pełną hipokryzją? Co jest rozsądniejsze z punktu widzenia władzy, która sama nie uczestniczy w tych zbiorowych emocjach?
Leszek Miller*: Należy przeczekać tę zbiorową afektację, poczekać, aż emocje opadną. Jeśli jest się władzą, która w takich emocjach nie uczestniczy i uczestniczyć zresztą nie powinna. Jeśli jest się władzą lewicową albo jeśli w ogóle chce się być władzą świecką. Obserwowaliśmy zresztą taki precedens w przypadku żałoby po śmierci papieża. Tamto wydarzenie powodowało podobne reakcje, powstawały wręcz całe teorie socjologiczne, jakim to będziemy odmienionym społeczeństwem, miało się pojawić pokolenie JP2 o takich specjalnych cechach. Nic się takiego nie stało. A jednak atakowanie tamtej żałoby, szczególnie w jej apogeum, byłoby dla władzy po prostu niebezpieczne.
Wtedy ciągle jeszcze rządziło SLD, ale w stanie dekadencji. To były ostatnie miesiące rządu Marka Belki. Przed wyborami 2005 roku.
Nie sądzę, żeby to miało znaczenie, kto wtedy rządził i kto rządził po tamtej żałobie.
A jeśli tamta żałoba przełożyła się jednak na jeszcze większy sukces sił IV RP, do których wtedy należały deklaratywnie i PO, i PiS? I jeśli w obrębie owych „sił IV RP”, żałoba po papieżu przesądziła o niewielkiej, ale rozstrzygającej przewadze PiS?
To było dosyć mocne zbiorowe doznanie, które jednak w ogóle nie przełożyło się na charakter narodowy Polaków, na podstawowe wybory kulturowe, cywilizacyjne, nawet jeśli krótkoterminowo przełożyło się to na dosyć płytkie wahania nastrojów politycznych. Sądzę, że tak będzie również tym razem, uważam, że reakcje, które oglądaliśmy przez ostatni tydzień, były na tyle nienaturalne, nienormalne, że nie mogą się długo utrzymać. W ostatnim tygodniu można było np. odnieść wrażenie, że normalne jest rzucanie się sobie w ramiona, zbiorowy płacz, a dyskurs bardziej zdystansowany, konfliktowy, polityczny jest nienormalny. Według mnie jest odwrotnie, nawet w Polsce, dyskurs polityczny, podziały, czasem konflikt polityczny, polemiki, to jest coś absolutnie przypisanego do życia demokratycznego, natomiast taki zbiorowy afekt, mesjanizm… to jest nienormalne. To nie jest cecha nowoczesnego społeczeństwa i to się nie może utrzymać dłużej, bo gdyby tak się stało, to by oznaczało jakąś aberrację.
Albo zmianę modelu politycznego, ustrojowego.
Raczej oznaczałoby to aberrację Polaków, a ja nie sądzę, żeby nasz naród aż tak bardzo odstawał od innych, więc mi się wydaje, że to trzeba po prostu przejść, przeczekać, a sytuacja wróci do normy. Mogą nastąpić płytkie zmiany, jakieś krótkotrwałe wahnięcie nastrojów politycznych, chwilowa zmiana stylu uprawiania polityki, politycy czy dziennikarze mogą się zastanawiać, czy warto użyć jakiegoś zbyt mocnego słowa pod adresem przeciwnika politycznego, ale to będzie jedyny skutek.
Od dawna toczy się polemika między młodą lewicą a panem, Aleksandrem Kwaśniewskim, innymi politykami starszego pokolenia SLD. Państwo sprawowali władzę w Polsce, mieliście ćwiczenie z realnej odpowiedzialności za konsensus społeczny, za negocjowanie zarówno z emocjami Polaków, jak też z pewnymi silnymi podmiotami społecznymi, do których należy Kościół. Młodsza lewica, która nigdy nie sprawowała władzy, uważa, że wasza strategia „miękkości”, „przeczekiwania”… po pierwsze zawsze wzmacniała zachowawcze status quo w Polsce, a po drugie, okazywała się niefunkcjonalna, pozbawiła was najpierw legitymizacji, a potem władzy. Bo np. zbiorowego efektu pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski nie dało się przeczekać, wydał z siebie „Solidarność”, którą co prawda dało się spacyfikować w stanie wojennym, ale za cenę utraty legitymizacji ideowej, za cenę wydrążenia i dekadencji ustroju. Żałobę po JP2 „przeczekaliście” już w stanie absolutnego fatalizmu, oczekiwania na polityczną likwidację. Młodsza lewica twierdzi, że należy rwać zasłonę od razu, być drapieżnym, krytycznym, drażnić się z zachowawczą większością, z polskim katolicyzmem, bo jeśli nie, to lewica ani władzy nie zdobędzie, ani nawet lewicowej tożsamości nie ocali.
Sojusz jednak rządził Polską przez dziesięć lat. A jeśli młoda lewica rzeczywiście jest skłonna do zachowań, o jakich pan mówi, do drażnienia się z tego typu emocjami czy instytucjami, jest to moim zdaniem prosta droga do ekspozycji swoich poglądów, ale bez żadnej nadziei na zdobycie kiedykolwiek władzy politycznej w tym kraju. Oczywiście można być strażnikiem świętego ognia, zakładając, że w wyborach zawsze będzie się miało 3 procent. Jeśli ktoś sobie stawia taki cel, to w porządku, ale każda siła polityczna, która chce nie tylko mówić o własnym programie, ale go realizować, powinna pamiętać, że realizować program polityczny można wyłącznie wówczas, kiedy ma się władzę albo choćby koalicyjnie w sprawowaniu władzy się współuczestniczy. Wyszydzanie reakcji, nad którymi nie można zapanować, których nie da się spacyfikować, oznacza mobilizowanie ich przeciwko sobie. I w konsekwencji takie definiowanie tożsamości lewicy, że ta lewica będzie trwale odrzucana przez znaczącą większość społeczeństwa. To uniemożliwia zdobycie władzy.
Młodzi lewicowcy stale zarzucali mi, i szerzej, mojemu środowisku czy mojemu pokoleniu, uległość wobec Kościoła. Wydarzenia ostatnich dni - jeśli ci młodzi ludzie uważnie je obserwują, jeśli je naprawdę chcą zrozumieć, żeby się nauczyć polityki w Polsce, a nie zabawy w politykę - pokazują, jak bardzo silny jest w Polsce Kościół, jak ogromny ma wpływ, jak potrafi na każdej takiej fali zbiorowych emocji korzystać. Sądzę, że on dziś na żałobie skorzysta nawet bardziej niż PiS czy Kaczyński. W takich momentach w Polsce bardzo szybko padają wszelkie bariery chroniące świeckość polityki, państwa, sfery publicznej, świeckości masowych mediów. Ja się trochę obruszam na dziennikarzy - media, które polska prawica agresywnie nazywała „liberalnymi”, co miało być epitetem - którzy zamiast starać się racjonalizować tę atmosferę zbiorowej mesjańskiej ekstazy, po prostu „poszli do Kościoła”, powtarzali to, co mówi Kościół. A Kościół w takich sytuacjach mówi to, co zwykle: „To była wola Boża, Bóg tak chciał, nie potrafimy tego zrozumieć, ale to ma swój sens, to wskazówka dla Polski…”. Wiem, dlaczego Kościół to mówi, ale dlaczego powtarzają to świeccy dziennikarze, świeccy politycy, tego to już nie rozumiem. A właściwie, udawałbym, że tego nie rozumiem, bo ja to świetnie rozumiem. Za każdym razem w podobnych sytuacjach to widziałem. I jako polityk sprawujący władzę, chcący o nią walczyć… musiałem ten potencjał do ześlizgiwania się Polski w mesjanizm brać pod uwagę. Musiałem z tym negocjować, nie chcąc konfliktu, który by mnie i moją formację władzy pozbawił, uniemożliwił realizację czy to naszego programu, czy to celów ponadpartyjnych, ważnych dla państwa, takich choćby jak wygranie referendum akcesyjnego i wejście Polski do UE bez poważniejszego konfliktu.
Ale w takim razie nie powinien pan mieć pretensji do „liberalnych mediów” w Polsce, że zachowują się w takich momentach tak, jak pan się zachowywał przed referendum akcesyjnym. One walczą o rynek, o polską bardzo zachowawczą widownię. Powinien pan zrozumieć, że TVN też próbuje „przeczekać zbiorową afektację”, zamiast się z nią nadmiernie droczyć. Mówię o TVN-ie, bo „Gazeta Wyborcza” zaczęła jednak w pewnym momencie negocjować z ową „afektacją” nieomalże ryzykownie, ośmieliła się zwątpić w polityczną nieomylność kardynała Dziwisza, co było dla działającej na polskim rynku spółki medialnej krokiem ryzykownym i warto to odnotować bez cienia ironii. A TVN mógłby oczywiście poszydzić na antenie z nadmiaru emocji albo podjąć polemikę z decyzją Dziwisza (do której kardynał dziś w ogóle się nie przyznaje), ale to by ich pozbawiło widowni i rynku, na rzecz telewizji publicznej, na rzecz innych mediów, które lojalnie „przeczekują”, a nawet „ośmielają” zbiorową afektację. A bez rynku, co nam po naszych świeckich czy liberalnych poglądach (o ile rzeczywiście takie mamy), kiedy zbankrutujemy i nie będziemy mogli ich głosić?
Ale właśnie to porównanie jest na moją korzyść. Przecież my przed referendum staraliśmy się sobie zapewnić neutralność Kościoła nie dla zysku, nie dla powodów, jak pan to nazywa „rynkowych”, Referendum decydowało o modernizacji kraju.
Utrzymanie przez różne „liberalne media” udziału w rynku, za cenę intensywniejszej przez jakiś czas produkcji kadzidlanego dymu (nie przemawia przeze mnie żarliwy ateizm, ale obawa przed kompletnym cynizmem i idolatrią politycznego katolicyzmu), też może być uznany za konieczny trybut na rzecz „modernizacji”. Bo jak im Radio Maryja odbierze rynek…
To jest jednak merkantylny powód, niezależnie od tego, jak szlachetnie będzie nazywany. I on się nie da porównać do celu, dla którego my „przeczekiwaliśmy” rozmaite wybuchy polityczno-religijnych emocji, zresztą nie powtarzając na kolanach stanowiska Kościoła, ale starając się jedynie Kościoła ponad miarę nie drażnić.
Nie rzucać się mu nadmiernie w oczy jako świecka władza?
Staraliśmy się, żeby Kościół nie zwrócił się do wiernych albo o bojkot referendum akcesyjnego, albo o odrzucenie akcesji. Proszę sobie też przypomnieć, że tamten Kościół, z którym ja miałem do czynienia jako premier, z którym my u władzy musieliśmy wtedy negocjować, to był Kościół zupełnie inny niż dzisiejszy. To był Kościół, po pierwsze, bardzo zmobilizowany zwycięskimi dla niego konfliktami lat dziewięćdziesiątych, po drugie, dzisiaj Kościół już wie, że Unia Europejska to nie jest jakieś ateistyczne piekło, że wręcz można wyciągnąć samemu wiele benefitów z przynależności Polski do Unii…
W Radiu Maryja na zmianę można usłyszeć ostrzeżenia przed bezbożną Brukselą i konkretne rady, jak z tej bezbożnej Brukseli wyciągnąć dotacje. To znowu jest religijnie czy etycznie raczej obrzydliwe, ale politycznie bardzo pragmatyczne.
…tymczasem tamten Kościół, z którym ja tak ostrożnie musiałem negocjować, był jeszcze pełen księży, którzy byli zastraszeni widokiem pustych kościołów w Europie Zachodniej. Niezależnie od stanowiska Jana Pawła II czy części hierarchii, wielu ludzi Kościoła było wtedy absolutnie pewnych, że integracja z Unią Europejską to jest szybka sekularyzacja. Że fala, nawet nie ateizmu, ale obojętności religijnej, natychmiast Polskę zaleje. Tak uważało wielu proboszczów, którzy mają większy wpływ na swoich wiernych, niż biskupi czy nawet papież. Trzeba było rozładować ten lęk i ten opór, każde „drażnienie się z tym” doprowadziłoby do tego, że Kościół stanąłby po stronie najostrzejszej antyunijnej prawicy. Co oznaczałoby klęskę jednego z najważniejszych celów polskiej polityki po roku 1989. Może teraz, kiedy większość polityków, mediów, dziennikarzy, postaci publicznych, skapitulowała przed Kościołem, zgodziła się na warunki tej żałoby, która przecież jest także żałobą po Jerzym Szmajdzińskim, Izabeli Jarudze-Nowackiej, Jolancie Szymanek-Deresz, a nie tylko po biskupach czy politykach Prawa i Sprawiedliwości, moi młodzi koledzy na lewicy zrozumieją, z jaką siłą ma się tutaj do czynienia, jeśli chce się uprawiać realną lewicową politykę, a nie tylko radykalną teorię.
Oni odpowiedzą: realną politykę może tak (chociaż SLD już nawet nie rządzi), ale czy lewicową?
Każda lewica, która myśli choćby o koalicyjnym współuczestnictwie w sprawowaniu władzy w Polsce, musi się liczyć się z nastrojami. Obecne wydarzenia wyraźnie pokazują, jaki jest potencjał zachowawczości tego społeczeństwa. Jak łatwo jest tu obudzić mistycyzm, jak łatwo podać fałszywe tezy, jak łatwo uzyskać dla nich masowe poparcie. Ja sam słyszałem homilie, w których dawano do zrozumienia albo wręcz mówiono zupełnie wprost, że mamy drugi Katyń, drugą listę katyńską. Albo inny model „interpretacji”, używający słowa „ofiara”. Jakby ci ludzie z góry zakładali, że polska delegacja na pokładzie samolotu leciała tam, aby ponieść śmierć. Olbrzymie fałszerstwo. 70 lat temu mieliśmy skrytobójczy mord, a tym razem mieliśmy do czynienia z wypadkiem lotniczym, strasznym, ale nie wolno ani zestawiać go z tamtą zbrodnią, ani obdarzać mesjanicznymi znaczeniami. W dodatku od razu okazuje się, że to jest mesjanizm partyjny. Nie sądzę, żeby na pokładzie tego samolotu była choćby jedna osoba, która leciała do Katynia, żeby tam zginąć. To dotyczy wszystkich, a już szczególnie tych, którzy nie uczestniczyli w „mistyce polityki historycznej”. Nawet jeśli lecieli po to, by wziąć udział w oficjalnej mszy, to nie w takiej, która będzie odprawiana na cześć ich samych jako ofiar.
Tymczasem to wszystko natychmiast jest wykręcane i zakłamywane, wyrażane w języku narodowego mesjanizmu, czego albo wszyscy, albo większość ludzi lecących tym samolotem nigdy by nie zaakceptowała. Ten fałszywy ton i fałszywą percepcję narzucili prawicowi politycy i publicyści, ale Kościół bardzo chętnie się do tego przyłączył. A ja się boję wbicia Polakom do głowy, że „mamy do czynienia z drugim Katyniem”, że „Rosja jest winna”, że „przeklęta ziemia łaknie polskiej krwi”. Ja nie mogę znieść tego fałszywego mistycyzmu. To nie jest żadna przeklęta ziemia, to prawdopodobnie błąd ludzki, mam nadzieję, że to zostanie wyjaśnione. Sojusz powinien pilnować, żeby to zostało wyjaśnione do końca i do końca upublicznione. Żebyśmy poznali odpowiedź na pytanie, kto odpowiada za to, że samolot z ogromną oficjalną delegacją lądował na lotnisku, o którym było wiadomo, że ze względu na warunki atmosferyczne, nie powinien tam lądować. To media powinny od samego początku zadawać te pytania, czuwać nad śledztwem, szukać racjonalnych wyjaśnień, tymczasem one przez cały czas mówiły tym samym pseudomesjańskim, pseudoreligijnym językiem, który pozwalał pewnych pytań w ogóle nie zadać i nie szukać na nie odpowiedzi.
Pan czy Aleksander Kwaśniewski mówcie młodej lewicy, że tu można zdobyć i utrzymać władzę wyłącznie wiedząc o takim potencjale, umiejąc negocjować z takimi stanami emocjonalnymi, „przeczekiwać je”, w pewnym sensie politycznie „ogrywać”, kiedy one stają się naprawdę niebezpieczne politycznie. Ale oni wtedy odpowiadają: musimy zacząć od zmiany świadomości tego społeczeństwa, żeby nie być wyłącznie pragmatyczną, cyniczną, tak czy inaczej zachowawczą władzą. Musimy powolną działalnością edukacyjną, propagandową, zmienić układ sił społecznych tak, żeby móc wreszcie rządzić albo uczestniczyć we władzy pod własnym sztandarem. Wcześniej to nie było zdobycie władzy przez lewicę, ale cyniczne dostosowywanie się, tak jak to robiło pańskie pokolenie w SLD, a wcześniej w PZPR.
To mi przypomina bolszewików, w ogóle, wszelkie „partie nowego typu”, o których pisał Lenin. Wtedy chodziło o wnoszenie świadomości do klasy robotniczej, aby stawała się klasą dla siebie, itp. Wtedy dokona się rewolucja… Z całym ryzykiem stania się totalitarną awangardą polityczną, która ma świadomość i stara się podzielić z zacofanym społeczeństwem. Ci młodzi lewicowcy specjalnie się nie różnią się od swoich nauczycieli. To można zrobić tylko drogą rewolucyjną, bo pisanie i gadanie nie wystarczy. W parlamentarnej demokracji tego się nie zrobi. W demokracji albo taka „awangarda” nauczy się negocjować z nastrojami społecznymi, albo ją społeczeństwo wypluje. Ja – choć to może zabrzmi paradoksalnie - bardziej od nich jestem dzisiaj socjaldemokratą.
A edukacja, praca organiczna, lewicowe lub choćby naprawdę liberalne media?
Tylko niech mają świadomość, że będą starcami, zanim się doczekają jakiejś zauważalnej zmiany układu sił społecznych w tym kraju. A może jednak warto przejąć władzę wcześniej? Trzeba mieć własne zdanie, postępować rozważnie, bronić kolejnych poziomów świeckości polityki i prawa.
A wracając do stosunków z Kościołem – przecież nawet wielu ludzi wierzących tęskni do liberalnego rozdziału Kościoła i państwa. I wie, że upartyjnienie religii samą religię zniszczy i zdeformuje najszybciej. Zamiast prześcigać się w jakichś antykościelnych czy antyklerykalnych szyderstwach, które będą miały poklask w małym gronie, ale większość raczej zmobilizują po stronie najbardziej czarnosecinnych zachowań, lepiej spokojnie powtarzać: Konstytucja musi być w życiu politycznym i państwowym zawsze ważniejsza niż Ewangelia. I będzie to z pożytkiem zarówno dla Konstytucji, jak też dla Ewangelii. To jest lepsze, niż obrażanie wierzących. I skuteczniejsze, bo także wielu polskich katolików już do takiej tezy dojrzało i świeckiego państwa będą bronić, a do antyklerykalnych prowokacji się nie przyłączą.
Nawet ze świadomością, że to dość niewinne zdanie też może zostać uznane za „skrajnie obraźliwe”, bo akurat zbiorowe emocje znowu z jakiegoś powodu zagrają?
Myślę jednak, że więcej ludzi pokiwa w spokoju głowami. My, naród, w końcu jakoś inspirowany także przez wartości, przez Boga, przez rozum… uchwaliliśmy Konstytucję. Może ona – w obszarze dotyczącym rzeczy świeckich, państwa, prawa… - mieć większą moc, niż Ewangelia, która trochę innego obszaru i w trochę inny sposób dotyczy. Tutaj można znaleźć punkt łączności ze społeczeństwem, które wcale nie chce politycznej władzy księży. Natomiast obrażając, atakując symbole, możemy ten punkt łączności ze społeczeństwem utracić. Wielu Polaków uważa, Kościół wtrąca im się w życie za bardzo, a jednocześnie nie akceptują obrażania Kościoła. To jest bardzo subtelna różnica, ale właśnie lewica, jeśli chce politycznie przeżyć, musi tę różnicę rozpoznać. Jak się wierzy w rewolucję, jeśli jest się przekonanym, że ona wybuchnie konkretnego dnia o konkretnej godzinie, można o takich rzeczach nie myśleć. Ale ja uważam, że ani w Polsce, ani w Europie żadnej rewolucyjnej sytuacji dziś nie ma. Właśnie dlatego należy nauczyć się negocjować ze społeczeństwem, wchodzić w różne luki i rozumieć różnicę, między atakowaniem państwa wyznaniowego a obrażaniem ludzi wierzących.
Czy ludzie niezgadzający się z decyzją Dziwisza o pochowaniu Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu mieli prawo przeciwko niej protestować?
Oczywiście, że mieli prawo to robić. Dobrze, że to zrobili. Ta decyzja, nie wiem czyja, bo nikt się do niej nie przyznaje, była błędna. To jest de facto decyzja niemająca wiele wspólnego z czczeniem Kaczyńskich, gdyby Lech Kaczyński i Maria dowiedzieli się o pomyśle złożenia ich na Wawelu, uznaliby to za jakiś idiotyczny horror. Leciałem z nimi dość niedawno do Kijowa, na zaprzysiężenie prezydenta Janukowycza. Byłem zaproszony do „saloniku”, w którym potem oboje zginęli. Mieliśmy okazję pogadać. Niezwykle normalnie, zwyczajnie i fajnie mi się z nimi rozmawiało. Lech Kaczyński był bardzo miły w bezpośrednim kontakcie, wiele tracił w publicznych, konfliktowych anturażach. Nie zgadzałem się z nim politycznie, wiele mi się w stylu prezydentury Lecha Kaczyńskiego nie podobało, ale wtedy zobaczyłem dwoje ludzi, którzy nie byli skłonni do aberracji, jakiej potem padli ofiarą. Jak się rządzi trumnami, to się wpływa na zbiorowe polityczne emocje. Mamy do czynienia z walką za pomocą trumien. Inne cele polityczne za pomocą trumien chce uzyskać Kościół, inne PiS, ale jak ktoś podejmuje decyzję polityczną, to inni mają prawo do reakcji. Taka reakcja miała miejsce pod Wawelem.
Pan pojechał w niedzielę do Krakowa?
Tak. Zastanawiałem się, ale doszedłem do wniosku, że to jest jednak ostatnia droga prezydenta.
Dlaczego Jacek Majchrowski, znany konserwatysta, wręcz od urodzenia aż do wyprowadzenia sztandaru, nie tylko poparł decyzję kardynała Dziwisza, ale też potępił manifestacje pod Wawelem?
Czekają go wkrótce wybory samorządowe. On w nich startuje po raz trzeci i musi mieć ten kontekst na uwadze. Szczególnie w Krakowie, gdzie Kościół jest wyjątkowo silny.
Czy Jarosław Kaczyński wystartuje, a jeśli tak, to czy uda mu się przełożyć energię żałoby na energię polityczną, i w jakiej proporcji?
Jarosław Kaczyński nie ma innego wyjścia, musi wystartować, bo inaczej partia mu się rozpadnie albo on zostanie zmarginalizowany. Musi wystartować i wystartuje jako depozytariusz testamentu politycznego swego brata. Trudno sobie wyobrazić polityka bardziej wiarygodnego w tej roli. Gdybyśmy mieli wybory prezydenckie w następną niedzielę, byłby murowanym faworytem. Ale za dwa miesiące już niekoniecznie. A w przeniesienie tej mobilizacji emocjonalnej na wybory parlamentarne, za rok, już nie wierzę.
Nie znamy jeszcze zawartości czarnych skrzynek. Jeśli na taśmach są słowa, które wskażą, kto jest odpowiedzialny za tę śmierć, to od tego będzie zależał przebieg kampanii wyborczej. W każdym wypadku lotniczym odpowiedzialność ponoszą konkretni ludzie. Gdyby wylądowali w Mińsku, gdzie nie było mgły, dotarliby na uroczystość spóźnieni, ale żywi, nie musieli by wszyscy umierać. Mówiąc za Nałkowską, „ludzie ludziom zgotowali ten los”. I trzeba wyjaśnić, jacy ludzie konkretnie. Także Sojusz musi tego dopilnować. Bo tam zginęli nasi koledzy i mamy wobec nich taki właśnie dług. Powinniśmy wiedzieć, z czyjej winy zginęli. Bo na pewno nasza trójka nie chciała tam umierać, nie chciała być złożona w ofierze, nie miała żadnych tego typu mistycznych potrzeb. Opinia publiczna musi wiedzieć, dlaczego ten samolot musiał wylądować w warunkach, w których lądować nie powinien.
Kto będzie prezydenckim kandydatem lewicy.
Nie wiem, ale jakoś nie wierzę w „kandydatów ponadpartyjnych”. Myślę, że kandydatem powinien być lider formacji.
Nawet jeśli nie ma szans?
Nawet, to jest wówczas decyzja wynikająca z odpowiedzialności za jedność i przetrwanie własnej formacji. Kiedy lider nie jest do takiej decyzji gotowy, ryzykuje, że rozpocznie się walka o władzę, że pojawią się frakcje i formacja się rozpadnie.
Jeśli w drugiej turze wyborów prezydenckich będzie Kaczyński i Komorowski, na kogo pan zagłosuje? Tylko proszę bez rytualnych odpowiedzi, że na pewno w drugiej turze będzie kandydat lewicy. Nie w tej rozmowie i nie w momencie, kiedy Sojusz jeszcze nie ma kandydata.
Zagłosowałbym na Komorowskiego. Po tym wszystkim, co powiedziałem, o niebezpieczeństwie polskiego mesjanizmu, o politycznym nadużywaniu religii, o mistyce ofiary, „przeklętej ziemi katyńskiej” itp., to przecież oczywiste, że nie zagłosowałbym na Kaczyńskiego. Prezydentura Kaczyńskiego to zradykalizowana wersja IV RP, w dodatku opatrzona sankcją mistyczną.”
*Leszek Miller - działacz PZPR, poseł SLD w latach 1991-2005, minister pracy i polityki społecznej w rządach Waldemara Pawlaka i Józefa Oleksego, szef Urzędu Rady Ministrów, a potem minister spraw wewnętrznych i administracji w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, premier w latach 2001-2004, przewodniczący SLD w latach 1999-2004. W trakcie jego rządów ujawniono m.in. „aferę starachowicką” i „aferę Rywina”. W 2007 roku kandydował do Sejmu z listy Samoobrony, nie uzyskał mandatu. W latach 2008-2010 był przewodniczącym założonej przez siebie partii Polska Lewica. W styczniu 2010 został ponownie przyjęty do SLD. Przez wiele lat był publicystą tygodnika „Wprost”.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...