|
Między 10 a 14 sierpnia w stolicy Republiki Czeskiej po raz pierwszy odbywa się pięciodniowy festiwal tolerancji – Prague Pride. Najważniejszym punktem programu była sobotnia, pierwsza w Pradze, parada dumy (pride parade) nawiązująca do tradycji karnawałowych pochodów zapoczątkowanych w Stanach Zjednoczonych w 1970 roku.
Ten, kto wyobraża sobie imprezę jako krótki przemarsz w rodzaju polskiej
parady równości, bardzo się myli. Inicjatywa niewielkiej grupy
aktywistów przerodziła się w coś na kształt lawiny wydarzeń, które
trudno zliczyć. W całym mieście ma miejsce kilkanaście koncertów,
warsztaty, imprezy klubowe, projekcje filmów, piknik, premiera
teatralna, forum biznesowe, a nawet ekumeniczne nabożeństwo. Na tzw.
jarmarQ istnieje możliwość skorzystania z porady prawnej związanej z
dyskryminacją. Swoje stoiska rozstawiło kilkanaście organizacji
broniących praw człowieka. Prażanie odrabiają zaległości z wielkim
rozmachem.
W liberalnych jak na polskie standardy Czechach związki partnerskie są
faktem od 2006 roku. Nie oznacza to jednak zaniku nietolerancji i
dyskryminacji. Jak w wywiadzie dla
Innastrona.pl zauważył
zef festiwalu Czeslaw Walek, „ostatnie badania przeprowadzone przez
Uniwersytet Chicago wykazały, że Czechy są jednym z czterech krajów
europejskich, w których stosunek do mniejszości LGBT
się pogarsza”. Odpowiedzią na to jest masowa impreza, umożliwiająca spotkanie Innego w
dziennym świetle, rozmowę i wspólną zabawę. I wszystko do niedawna szło
po myśli organizatorów, włącznie z tym tym, że burmistrz miasta
Bohuslav Svoboda objął nad festiwalem patronat. Problem jednak okazało
się, że jest on członkiem rządzącego, prawicowego ODS, a to nie spodobało się wielu czeskim konserwatystom.
Pierwszy z ostrą krytyką wystąpił bliski doradca prezydenta Vaclava
Klausa – Petr Hajek. Festiwal jest według niego formą nacisku na władzę i
„polityczną demonstracją świata skrzywionych wartości”, zaś
homoseksualiści to „obywatele dewianci”. Trudno brać jego wypowiedź na
poważnie, skora pada z ust człowieka, który publicznie twierdzi, że
ewolucja jest pomyłką, a postać
Osamy Ben Ladena była mistyfikacją amerykańskich służb specjalnych. Na jego słowa
zareagował jednak przewodniczący praskiego ODS Boris Stastny. Według
niego była to wypowiedź nerwowa i bardzo przesadzona, która jako reakcja
osoby publicznej, niesie w sobie zagrożenie dzielenia ludzi i
wywoływania napięć i nietolerancji. „Jest to dokładnie to, co
doprowadziło do powstania faszyzmu w poprzednim stuleciu” - podsumował
ostro.
Nie jest to koniec. Oliwy do ognia dolał sam prezydent Klaus, który nie
tylko nie odciął się od słów swojego doradcy, ale stwierdził, że słowo
„dewiacja” uważa za neutralne, zaś w samej imprezie widzi przejaw
działań, których bardzo się obawia. Nie spodobały się mu także listy
poparcia, jakie trzynastu ambasadorów w Pradze wysłało do organizatorów
festiwalu. Uznał je za wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Republiki
Czeskiej. Najwyraźniej zapomniał o tym, że czeskie przedstawicielstwa w
ostatnich latach w identyczny sposób wspierały festiwale poświęcone
mniejszościom seksualnym w innych krajach, jak na przykład Budapest
Pride na Węgrzech czy Baltic Pride w Tallinie.
Podczas gdy ostra dyskusja przetacza się przez wszystkie czeskie media,
rzeczniczka prasowa festiwalu Kamila Frohlichova, zapytana o komentarz,
odcina się od wszelkich sporów politycznych: „To apolityczy,
kulturalny festiwal bez jakiejkolwiek agendy”. W odpowiedzi na
pytanie o obawy związane z przebiegiem imprezy, wskazuje na
niebezpieczną retorykę
której w ostatnich dniach używa pod adresem ludzi o odmiennej orientacji
seksualnej głowa państwa. Istnieje prawdopodobieństwo, że dla wielu ten
słownik, podparty autorytetem prezydenta, będzie inspiracją dla słownych
i zupełnie realnych, fizycznych ataków na osoby homoseksualne.
Jak ostrzega Jan Jandourek z tygodnika „Reflex”: „Wystarczy przeczytać
kilka debat w Internecie, a owionie nas z tej tępoty i nienawiści,
duszna atmosfera Drugiej Republiki (Czechosłowackiej z lat 1938-39)”.
Czesi nie przebierają w słowach, zapowiedziane zostały także dwie
kontrmanifestacje.
Miał być karnawał „jak w Rio de Janeiro”, mówi burmistrz. Wbrew temu
dyskusja o imprezie „przejęta” została przez prawicowych polityków,
którzy być może przygotowują grunt pod powstanie nowego, konsekwentnie
konserwatywnego środowiska politycznego. Niektórzy widzieliby w nim i
Klausa, który ostrzega, że brak zdecydowania w obronie wartości
„tradycyjnej rodziny” może stworzyć warunki do szybkiego rozwoju
istniejących już radykalnie prawicowych grup.
W tej sytuacji - w obliczu realnego problemu nieposzanowania
obywatelskich praw mniejszości - próby odcinania się przez organizatorów
od polityki okazują się nieskuteczne. Tak miło odmienne, z naszej
perspektywy, Czechy okazują się mieć równie wiele konfliktów ukrytych
pod tkanką wszechobecnej pohody swojego społeczeństwa. W ich odkrywaniu,
nazywaniu i rozwiązywaniu tkwi cel pride parades odbywających się w
różnych częściach świata.
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...