|
Tytuł tego tekstu pojawił się w mojej głowie w sposób konieczny i oczywisty, kiedy przeczytałem pełen satysfakcji komentarz Michała Sutowskiego do wyniku pierwszej tury wyborów prezydenckich – z którego wynika, że jedynym ewidentnym osiągnięciem tych wyborów jest „klęska liberalnej inteligencji” nad Wisłą.
Otóż nie ma zgody na jawną radość ze „złamania hegemonii” polskiego liberalizmu, bo moim zdaniem liberalizm nie miał tu nigdy nawet ideowej przewagi, nie mówiąc już o hegemonii. Zarówno nostalgia za „ujutnym” ładem PRL-u, jak też nostalgia za „ujutnym” ładem politycznego katolicyzmu, były przeciwieństwem liberalizmu, a to one zawsze – szczególnie, kiedy dochodziło do ich naturalnego sojuszu „w drugiej turze” – miały nad liberalizmem nad Wisłą miażdżącą przewagę. Ta przewaga z dekady na dekadę maleje, ale naprawdę nie wiem, jak będzie tym razem. Toteż nie sądzę, aby było słuszne bezrefleksyjne utożsamianie liberalnej inteligencji w Polsce ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” czy z „salonem”, ponieważ granice obu tych obozów nie zawsze do końca się pokrywały (mówiąc eufemistycznie). Nawet mój osobisty bunt przeciwko „Wyborczej” (a także bunt ABR i paru innych osób) nie brał się z jej nadmiernego liberalizmu, ale ze zbyt małego. Nie z tego, że w latach 90. dawała swoim inteligenckim czytelnikom i wyznawcom za dużo wolności i za dużo swobody do interpretowania rzeczywistości, ale z tego, że nakłaniała ich do ślepego personalnego kultu. Nie umiem się jednak zachwycać słabością tej formacji, a już szczególnie nie wtedy, kiedy ta słabość przekłada się na tryumf Jarosława Kaczyńskiego i jego smoleńskiego, żałobnego obozu. Bo oznacza to tryumf personalnego kultu jeszcze bardziej ślepego, i tryumf światopoglądu jeszcze mniej racjonalnego i jeszcze mniej rozumiejącego wolność czy pluralizm, niż dotychczasowe kulty i światopoglądy „salonu”.
Powtórzę po raz tysięczny, żeby choć raz zostać usłyszanym: Joanna Kluzik-Rostkowska jest jedynie maską tej kampanii, jej twarzą jest Jarosław Kaczyński. Co w tej twarzy kto widzi, to już jego sprawa. Ja widzę rzeczy następujące. Kiedy Leszek Miller w pierwszych dniach swojej władzy posłał służby z towarzyszeniem kamer, aby pokazały w wieczornych wiadomościach „doprowadzenie do prokuratury” w kajdankach mianowanego wcześniej przez AWS prezesa ORLEN-u Andrzeja Modrzejewskiego, i w ten sposób wpłynąć (faktycznie, skutecznie), na wynik zbierającego się właśnie „zgromadzenia właścicielskiego” i szybsze oczyszczenie ważnego stanowiska w spółce skarbu państwa dla nominata SLD, protestowałem wtedy tak jak może protestować felietonista - pisałem, że to skandal. Ale Leszek Miller zrobił to tylko raz. Zbigniew Ziobro uczynił z tego codzienną metodę swoich rządów, a dokładniej, metodę rządów Jarosława Kaczyńskiego. Byłego ministra skarbu Emila Wąsacza, który wcześniej i później na każde wezwanie do prokuratury się zjawiał, kiedy tylko poczta doręczyła mu stosowny liścik, służby PiS wyprowadziły rano w kajdankach i pokazały skutego w wieczornych wiadomościach, bo Jarosław Kaczyński następnego dnia organizował w Sejmie huczną debatę o „złodziejskiej prywatyzacji PZU” i chciał się społeczeństwu pokazać jako twardziel. Barbara Blida nie żyje dlatego, że miała być pokazana skuta w wieczornych wiadomościach, bo właśnie tego dnia Marek Jurek opuszczał PiS i trzeba było znowu utwardzić wizerunek Jarosława Kaczyńskiego. Takie twarde piarowe zabiegi były codziennością, podobnie jak szczera wiara ministra rządu Jarosława Kaczyńskiego Antoniego Macierewicza w to, że w tym kraju agentami są wszyscy poza nim samym, no i być może (to jest dopiero do ustalenia) Jarosławem Kaczyńskim. Kiedy Macierewicz oświadczył publicznie, że prawie wszyscy ministrowie spraw zagranicznych po roku 1989 byli „sowieckimi agentami”, to Jarosław Kaczyński podtrzymał jego nominację na wiceministra MON odpowiedzialnego za likwidację służb, a Mellera, Bartoszewskiego i Sikorskiego – wszyscy trzej byli wówczas sympatykami lub ministrami PiS-u, ale dystans wobec deklaracji Macierewicza odważyli się publicznie wyrazić – Jarosław Kaczyński prędzej czy później od PiS-u odepchnął.
Naprawdę myślicie, że Ziobro z Macierewiczem, kiedy wrócą do władzy, będą się zajmować wetowaniem ustaw prywatyzacyjnych i budowaniem państwa socjalnego? A chłopcy z Muzeum Powstania Warszawskiego zaprojektują realistyczną politykę zagraniczną łamaną przez historyczną (bo u nich to niestety się zlewa), dzięki której Polska stanie się podmiotem wzmacniającym Unię, a nie rozwalającym ją do końca?
Wolę być ostatnim przedstawicielem „umarłej klasy”, czyli - zgodnie z diagnozą Michała Sutowskiego, która mam nadzieję nie jest do końca trafna - polskiej liberalnej inteligencji, niż z fascynacji estetyką wzniosłości (cyt. za Immanuel Kant) zabawić się w jej dorzynanie. W Pałacu Zimowym byłbym po stronie chwiejnego Kiereńskiego, a nie malowniczych hiperrobociarzy i hipermarynarzy z filmu Eisensteina. Nawet moje silikonowe rany odniesione na pluszowym krzyżu prasowych polemik, a la Krasnodębski, nie mają tu nic do rzeczy. Kiedy w „Dzienniku” ukazał się mój wywiad z Michałem Cichym, Agnieszka Holland obdarowała mnie obszernym mailem zatytułowanym – mało oryginalnie, jak na artystkę, której filmy cenię – „Nienawiść”, a Ewa Milewicz wysłała do mnie sympatycznego maila zawierającego jedno słówko: „hiena”. Szczególnie w pierwszym wypadku, bardzo mnie to zabolało, ale rozumiałem twarde prawa tutejszych lojalności i związanych z nimi emocjonalnych uniesień. Jednak w tych wyborach będę głosował konsekwentnie, świadomie i do końca tak jak Agnieszka Holland, a nie jak Zdzisław Krasnodębski. „Taką przebodli nas ojczyzną, na taką miłość nas skazali”. Mnie skazano na miłość do polskiej odmiany liberalnej inteligencji. Trudno ją kochać, sami wiecie dlaczego, a jednak tu, na peryferiach, to jej resentymentalni wrogowie ostatecznie zawsze okazują się gorsi.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...