Szanuję ludzi, nie szanuję symbolu. Szanuję każdą ofiarę Katynia, wtedy i teraz, każdego człowieka, który tam zginął. Nie szanuję Katynia jako symbolu polityki historycznej, polityki śmierci. Polityki historycznej, znów nie jako zwyczajnego obowiązku pamiętania – w programach nauczania, w badaniach historycznych, w historycznych i beletrystycznych książkach – ale jako metody politycznej zbudowanej na fascynacji śmiercią, a na poziomie strategii i taktyki polegającej na szantażowaniu się wzajemnie, budowaniu „hierarchii ofiar”, czynieniu z odpowiednio wymodelowanej pamięci historycznej maczugi w polityce wewnętrznej i zagranicznej.
Pamiętam, jak Dawid Warszawski, w jednej z niekończących się dyskusji o cierpieniu Żydów i cierpieniu Polaków, napisał straszne zdanie, że na szczycie hierarchii ofiar jest miejsce tylko dla jednego narodu. Pisał to z fatalizmem, ze smutkiem – jak to teraz rozumiem, bo wtedy krew mnie zalewała – a jednak była to formuła, która podpowiedziana Polakom musiała ich niszczyć. Mieliśmy wystarczającą liczbę ofiar, by bić się o jedno z najwyższych miejsc na tej egipskiej piramidzie śmierci. I traktować każdy stopień niżej jako realną klęskę polityczną, „despekt”, wymagający „pomszczenia”.
I znowu, są sytuacje, w których „polityka historyczna”, „polityka pamięci” jest mniej chora albo przynajmniej bardziej „nieunikniona”. W latach 70. i 80. ubiegłego wieku każdy spiskujący chłopak czy dziewczyna jechali w jakimś momencie na Powązki, na groby powstańców, na grób Rydza Śmigłego, na symboliczną kwaterę katyńską, na groby przegranych…, bo angażowali się przecież politycznie głównie po to, żeby ich „pomścić”, zgodnie z benjaminowską zasadą polityki jako oddawania głosu „niemym ofiarom”, tym, którym aktualni zwycięscy, aktualni rządzący, nawet aktualni historycy, „odebrali głos”. Ale po roku 1989, 1997, 2005… wraz z przywróceniem rocznic, wiedzy, dokumentów… powód do fascynowania się śmiercią powinien był ustać. Jeśli nie od razu, po roku 1989 – tym, dla wielu, wątpliwym zwycięstwie – to kult śmierci powinien był ustać wraz z kolejnymi zwycięstwami partii i polityków wciąż budujących swoją legitymizację na tej benjaminowskiej zasadzie. Skoro jednak kolejne formacje w polskiej polityce wygrywały już „w imieniu ofiar przeszłości”, skoro w imieniu ofiar wsiedli już do swoich czarnych lancii, powinni byli zostawić ofiary w spokoju. Tak się jednak nie działo, przez całe minione 20 lat każde podniesienie temperatury politycznej walki, każda nieudolność rządzenia albo zarządzania politycznym konfliktem, znowu wymagała przywołania w samym środku międzypartyjnego politycznego piekła - powstańców warszawskich, oficerów z Katynia lub choćby bitych przez ZOMO stoczniowców i studentów.
Ze mnie pasja do „polityki historycznej” opadła jednego dnia. Kiedy zobaczyłem widowisko historyczne, zorganizowane przez jakichś „muzealników”, chyba w 2006 roku, gdzie młodzi ludzie przebrani za ZOMO okładali pałkami młodych ludzi udających manifestantów z lat 80. Robiono sobie przy tym zdjęcia do albumów, w kadrze pojawiali się dorośli politycy… Rzygać mi się chciało i nic więcej. Nic nie mogę wiedzieć o tym, co przeżywali powstańcy warszawscy czy ludzie w barakach Starobielska, ale lata 80. pamiętam: upokorzenie, bezsilność, poniżenie… i to wszystko miałoby być zakłamane, wyniesione na ołtarz, przedstawione jako ostatnie piękne heroiczne chwile polskiej historii, które powinniśmy powtarzać w obleśnym historycznym widowisku z użyciem młodzieży? Ani estetyka, ani etyka. Nie potrafiłem już też oglądać polityków, postaci publicznych, ludzi, którzy przeżyli, którym się w życiu powiodło… misteryjnie pozujących na grobach.
Z każdym kolejnym rokiem zaczynało mnie też coraz bardziej zdumiewać to, że zamiast wspominać z szacunkiem ofiary Powstania Warszawskiego jako ofiary błędu, wydarzenia, którego należy unikać, unikać okoliczności politycznych, w których popełnienie takiego błędu będzie możliwe… zaczęło się przywoływanie Powstania Warszawskiego jako najlepszego, najszlachetniejszego, najpiękniejszego, co się Polakom przydarzyło, co wręcz trzeba cyklicznie powtarzać (Rymkiewicz), żeby Polska nie przestała być Polską.
Polityka historyczna miała się sprawdzić jako narzędzie polityki zagranicznej. Też się nie sprawdziła. Chcieliśmy za pomocą polityki historycznej odbudować sarmackie imperium, upokorzyć Niemcy i Rosję, tymczasem to nas zaczęli upokarzać Ukraińcy i Litwini. Bo w sarmackim imperium były i polskie ofiary, i ofiary Polaków. Nie byliśmy aż tak w swojej historii bezsilni (całe szczęście, bo idealna ofiara, doskonale bezsilna i bierna, to hipostaza chyba najobrzydliwsza spośród tych, które człowiek zdołał sobie wymyślić, nawet Chrystus, zanim jeszcze nie został opakowany w lament naszych babć, wcale taki nie był, on był fajnym, agresywnym bluźniercą, który „sam się prosił”). Nie byliśmy tak bezsilni, żeby się nie dało znaleźć narodów i ludzi, którzy i przeciwko Polakom chcieli uprawiać politykę historyczną. Od samego początku można się było spodziewać, można było być pewnym, że to się tak skończy. Nawet dziecko powinno to wiedzieć, ale paru dorosłych, z tytułami profesorskimi, nie miało pojęcia, że tak to się skończy.
Prezydencki samolot nie powinien był lądować w Smoleńsku, powinien był polecieć na lotnisko bez mgły. Ale najbliższe takie lotniska były w Mińsku i w Moskwie. Samolot nie poleciał ani do Mińska, ani do Moskwy, bo stamtąd jego pasażerowie nie dojechaliby na uroczystości. Spóźniliby się na obchody.
Dlatego, tak jak z Powstania Warszawskiego żal mi dwustu tysięcy cywilów, którzy zginęli w potrzasku pomiędzy Hitlerem, Stalinem i własną elitą nie pamiętającą, że jej podstawowym zadaniem jest ochronienie tych ludzi, utrzymanie ich przy życiu, i jak żal mi kilkunastu tysięcy dzieciaków z opaskami, którym ich dowódcy powiedzieli, że wychodzą na kilka godzin, maksymalnie na kilka dni heroicznej, estetycznej zabawy, w swoich długich butach, panterkach i z jednym pistoletem na pluton, a w rzeczywistości wychodzili do rzeźni i pozostali w tej rzeźni przez 63 dni, choć ofiary każdego z tych dni przesądzają wyrok historii na niekorzyść politycznego i wojskowego kierownictwa Powstania Warszawskiego. Dlatego najbardziej żal mi tych, którzy lecieli do Katynia w imię nie swojej sprawy, jako zakładnicy nie swojej doktryny polityki historycznej, jako zakładnicy nie swojej fascynacji śmiercią, jako zakładnicy nie swojej wojny PO-PiS.
Żal mi Izabeli Jarugi-Nowackiej, która nie była wyznawczynią polityki historycznej, polityki śmierci, ale leciała tam jako jej zakładnik, jako przedstawicielka parlamentu.
Żal mi Tomasza Merty, który został tam wysłany z rozdzielnika, jako ofiara nie tylko polityki historycznej, której wcale nie był bezrefleksyjnym wyznawcą, ale także jako zakładnik wojny PO-PiS, w której nigdy nie chciał uczestniczyć. Gdyby nie wojna PO-PiS, razem z prezydentem lecieliby przecież ministrowie z PO, szefowie resortów, a tak, chodziło o niepomaganie „kaczorowi” w kampanii prezydenckiej, nieinwestowanie w „te drugie”, „nie tuskowe, ale pisowskie” obchody katyńskie, więc polecieli wiceministrowie: obrony, spraw zagranicznych i kultury. I dlatego zginął Tomasz Merta, współpracownik Kazimierza Ujazdowskiego „z autorytarnego PiS-u”, który jednak pozostał w ministerstwie kultury także pod Bogdanem Zdrojewskim, „ze zdradzieckiego PO”. W ogólnym czyszczeniu personalnym „do kości”, jakie w Polsce towarzyszy każdej zmianie władzy, jego nie wyczyszczono, bo wszyscy wiedzieli, że jest dobrym urzędnikiem państwowym, który ponad histerię PO-PiS-owej wojny przedkłada kontynuację o wiele ważniejszych projektów, instytucji, procedur. We wszystkich pokłóconych śmiertelnie towarzystwach (sam należę do paru pokłóconych śmiertelnie), on usiłował być normalny, kooperować, organizować dotacje zarówno na „Frondę”, jak i na „Krytykę Polityczną”, zarówno na książki o „lewicowym”, jak i „prawicowym” wydźwięku. Był państwowcem bardziej niż ci, którzy go do samolotu wysłali i bardziej niż ci, którzy go w samolocie przyjęli. Miał zadatki na urzędnika państwowego, a nie partyjnego.
Żal mi Grzegorza Dolniaka, który próbował zachować człowieczeństwo w PO-PiS-owej wojnie na górze. Nie przepraszał za swoją partię, nie giął twarzy w pełnym hipokryzji ubolewaniu za „zbyt brutalne zachowanie swoich partyjnych kolegów”, szczególnie nie czynił tego przed dziennikarzami, a jednak nie lubił być rzeźnikiem, źle się w tym czuł, to było po nim po prostu widać. Dlatego poleciał z Lechem Kaczyńskim, bo PO-wiaków do tego samolotu szukano z łapanki. Nikt z nich nie chciał być w samolocie z prezydentem, bo każdy wiedział, że atmosfera może być nieprzyjemna, jak zwykle. Nie polecieli zatem ci, którzy najbardziej lubią się pokazać w świetle jupiterów, a poleciał Dolniak.
Żal mi załogi samolotu, żal mi BOR-owców… żal mi wszystkich na pokładzie tego samolotu, którzy nie wyznawali doktryny polityki historycznej, a jednak na jej ołtarzu zostali złożeni. Ich żal mi najbardziej.
Na 24 godziny przed drugą katyńską tragedią w radiu usłyszałem jednego z kustoszy, który mówił o najbardziej szokującym katyńskim odkryciu ostatnich dwudziestu lat. Wiele lat temu, tuż po 1989 roku, jakiś Rosjanin, może Białorusin, może Ukrainiec, sprzedawał na bazarze, mocno jeszcze przerażony ewentualnymi konsekwencjami, przedmioty, które dziadek znalazł przy drodze, którą dzień za dniem, w jedną tylko stronę, prowadzono kolejne grupy polskich oficerów. Idąc, rzucali do rowu osobiste przedmioty, chcąc, żeby ktoś je znalazł, chyba już wiedzieli o losie swoich poprzedników. Wśród rzeczy znalezionych w tym rowie, a potem przemyconych i sprzedanych naszemu muzealnikowi przez anonimowego szmuglera zza wschodniej granicy, był kawałek sztandaru i listy do rodzin. Muzealnik powiedział w radiu, że najcenniejszy jest kawałek sztandaru, że to jest „relikwia”, „centralny eksponat naszej nowej wystawy”. Nie rozumiał, że jedyną katyńską relikwią są te listy. Konkretnych ludzi, którzy zaraz przestaną istnieć, do żon, dzieci, przyjaciół. Przecież nawet chrześcijaństwo to była inwestycja Boga w człowieka, w każdą konkretną jednostkę, inwestycja potwornie optymistyczna (wszyscy apokaliptycy do dziś uważają, że była to inwestycja nieudana, zbyt optymistyczna). Nie w sztandar, nie w totem, nie w hipostazę, nie w ideę… ale w realne ludzkie biografie (jeśli gdziekolwiek jeszcze chrześcijaństwo czy katolicyzm nie stały się ponownie magią, jacyś chrześcijanie czy jacyś katolicy muszą przecież jeszcze o tym pamiętać). Relikwia sztandaru, relikwie polityki historycznej – to stara, przed judeochrześcijańska magia. To tylko totemy. Relikwią jest każde pojedyncze życie, każda pojedyncza biografia, choćby najbardziej pokręcona. Polityka po Chrystusie i po Oświeceniu musi służyć życiu, a nie magicznemu totemowi śmierci. Czy dwa Katynie przybliżą nas do tej wiedzy? Czy pomogą wyjść Polakom z „samozawinionej niedojrzałości”? Czy też jeszcze głębiej nas w to wpakują?
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...