Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Matkowski: Logo - narzędzie tortur Drukuj
Tomasz Matkowski   
31.03.2010
Sześciolatki-pierwszoklasiści mają religię. Moją córkę uczy religii cherlawy młody człowiek. Na szczęście nie jest nawiedzoną katechetką, która straszy dzieci ogniem piekielnym. Pan od religii wygląda bardzo spokojnie i nie wydaje się być fanatyczny. Ale oczywiście pozory mogą mylić. Ostatnio dostałam maila, który bardzo mnie zaniepokoił. Pisała mama jednego z chłopców z klasy Maryśki. Podobno chłopiec ów po lekcjach religii przestał sypiać, zaczął się moczyć i budzić w nocy z płaczem. Wszystko za sprawą filmu o ukrzyżowaniu Chrystusa, który to film kazał im oglądać pan katecheta.

Tak zaczyna wpis na swoim blogu pewna Mama sześcioletniego Dziecka. Dalej, zgodnie z zasadą Hitchcocka, że historia powinna się zaczynać od trzęsienia ziemi a potem napięcie musi już tylko rosnąc, jest rzeczywiście coraz bardziej hardcorowo.

Kiedy dostałam tego maila Mała była w szkole, więc nie mogłam się dopytać i poznać szczegółów u źródła. Ale poczułam niepokój…
Pytałam Małą kiedyś o lekcje religii - mówiła, że są fajne, że je lubi i lubi Pana katechetę. Ale pytałam już jakiś czas temu, a z maila wynikało, że to świeża sprawa.
Maryśka się nie moczy, ani nie zaczęła ostatnio moczyć, więc nie miałam namacalnych dowodów na to, że coś się dzieje, ale wiem również, że potrafi być skryta i jak coś się dzieje to niekiedy wstydzi się przyznać do strachu lub innych słabości. Więc jeśli jej za język nie pociągnę to nie będę wiedzieć. Dlatego też regularnie ciągnę ją za język w różnych sprawach, ale o religii dawno nie mówiłyśmy.
Niecierpliwie czekałam na koniec lekcji.
Dla zabicia czasu czytałam co piszą ludzie na ten temat w Internecie, przegrzebałam fora, próbowałam znaleźć program dla pierwszej klasy. Kiedy wybiła godzina końca lekcji - wybiegłam z domu.
Dopadłam Małą i policzywszy do dziesięciu podpytałam o religię. Szczyt dyplomacji… najpierw krążyłam wokół tematu, zadawałam podchwytliwe pytania. Drążyłam, wierciłam dziurę w brzuchu.
Maryśka religię bardzo lubi, Pan od religii jest super, a ostatnio to nawet oglądali: „taki fajny film o ukrzyżowaniu Chrystusa. Pan mówił, że będzie smutny, ale, wiesz mamo, wszystko się dobrze skończyło bo Jezus odumarł i poszedł do swojego taty do nieba. Fajnie ma. Też bym już chciała iść do nieba…”.
Zastanawiam się czy to kwestia wrażliwości? Nadwrażliwości tego chłopca? Braku wrażliwości Maryśki? – Nie, to wykluczam w przedbiegach.


Brak wrażliwości Maryśki… Cóż, Maryśka ma usposobienie, które pozwoli jej łatwo przejść przez życie. Nie będzie się zbytnio przejmowała ciemną stroną. I może to dobrze. Natomiast jej kolega niestety chyba będzie w życiu cierpiał. Bo już w tak młodym wieku widzi świat takim, jaki on jest naprawdę.

Ta historia przypomniała mi jedno z bardziej traumatycznych wspomnień z mojego dzieciństwa. Przedszkole. Siostry zakonne. Pogadanka umoralniająca, mająca wpoić dzieciom, że bóg jest dobry. Drogie dzieci, opowiada zakonnica, jedna z naszych sióstr skaleczyła się w palec. Rana zaczęła się jątrzyć, palec spuchł. Nasza siostra poszła do lekarza. Pan doktor powiedział, że palec trzeba uciąć, bo jest zakażenie. I że jak się utnie, a w środku będzie biały, to dobrze. A jak w środku będzie czarny, to niedobrze. Bo to oznacza, że zakażenie poszło dalej i siostra umrze.

Całą noc siostry się modliły, żeby ucięty palec był biały. No i - hosanna, alleluja, bóg jest dobry! - następnego dnia przyszła wiadomość ze szpitala. Pan doktor ciachnął nożem, podniósł ucięty palec do oczu, popatrzył, i stwierdził: biały! Cieszmy się, drogie dzieci!

Ja się szczególnie nie ucieszyłem. Nie dlatego, żebym źle życzył zakonnicy. Przeciwnie. Życzyłem jej żeby w ogóle nie straciła palca. Cała historia wydała mi się jakaś dziwna, wykraczająca poza mój dziecięcy świat. Po cichu (byłem już na tyle mądry, żeby o to nie pytać) dziwiłem się dlaczego pan bóg, skoro jest taki dobry, i w dobroci swej zapobiegł gangrenie, nie sprawił żeby palec w ogóle ocalał, zwłaszcza że w swej boskiej wszechmocy mógł to przecież uczynić, nomen omen, małym paluszkiem.

Co to wszystko znaczy? Czy ludzie w habitach i sutannach mają jakąś predylekcję do delektowania się cierpieniem? I drugą, jeszcze ciekawszą predylekcję - do epatowania swych nieletnich podopiecznych przy pomocy cierpiętniczych wizji? Do molestowania ich młodziutkiej, delikatnej psychiki historiami, które mogą pozostawić trwały ślad na ich rozwoju? Nasuwa się tu nieodparcie skojarzenie z pedofilią. Jednak ten rodzaj pedofilii - nazwałbym ją sadopedofilią - wydaje się jakimś nurtem ubocznym, acz niemniej silnym. Tu nie chodzi o seks. Chodzi, a zarazem nie chodzi. Wygląda to na pedofilię przeniesioną ze sfery seksu - na sferę aseksualną. Skąd takie przeniesienie? Prawdopodobnie podświadoma ucieczka przed odium, jakim jest obarczone seksualne molestowanie nieletnich, w stronę regionów które żadnym odium obarczone nie są. Przeciwnie, otoczone są glorią chwały i męczeństwa. Cierpienie uszlachetnia - ten kłamliwy aksjomat niejako uprawnia do epatowania młodziutkich duszyczek. Czy osoba, która dokonuje tego rodzaju „gwałtu przeniesionego” na nieletnich odczuwa jakąś szczególną przyjemność z pogranicza sadyzmu i erotyzmu? Ciekawe pytanie, jakby odpowiedział indagowany pragnący zyskać na czasie. Sądzę, że sami zainteresowani nie znają na nie precyzyjnej odpowiedzi. Należałoby raczej odwołać się do opinii specjalistów - psychologów? Psychiatrów?

Przytoczony powyżej przykład wpisuje się w znacznie szerszy kontekst.
Dlaczego religia chrześcijańska obrała sobie za logo narzędzie tortur? Dlaczego symbolem religijnym nie uczyniła jakiegokolwiek innego atrybutu, odnoszącego się do mitu religiotwórczego? Takich przedmiotów jest sporo. Na przykład aureola. Piękne, koliste, można jeszcze promyki dorysować. I elegancko by się budowało świątynie na planie aureoli, zamiast na planie krzyża. Oczywiście mogłoby też, przeciwnie, być gorzej, symbolem chrześcijaństwa mógłby zostać na przykład płonący stos, garota, szubienica, a w wersji modernistycznej krzesło elektryczne, zaś postmodernistycznej - strzykawka z trucizną. Z narzędzi tortur wybrano krzyż, a nie na przykład pal, dlatego że w micie założycielskim nowej generacji chrześcijaństwa mowa jest o ukrzyżowaniu. Dlaczego jednak w ogóle wybrano narzędzie tortur - oto ciekawostka psychologiczna. Z całym szacunkiem dla męczeństwa Chrystusa - narzędzie tortur jest chyba tym co należałoby najmniej uwypuklać, najmniej lansować.

Ostatnio toczy się spór o wieszanie krzyży (jak to dziwnie brzmi, swoją drogą, i mrożąco się kojarzy - wieszanie krzyży) w szkołach, urzędach i wszelkich miejscach publicznych. Strony sporu? Ateiści i zwolennicy laicyzacji z jednej strony, a z drugiej osoby głęboko (a może płytko?) religijne. Wydaje się, że istnieje jeszcze trzeci odłam, i zachęcam wszystkich by przyłączyli się do tej trzeciej siły: partia przeciwników eksponowania narzędzi tortur. Jak na razie znam jednego reprezentanta - siebie - ale zapewne jest nas więcej, tylko o sobie nawzajem nie wiemy.

Albowiem krzyż to nie tylko symbol religijny, jak na przykład muzułmańska chusta, która jest płachtą na byka większości Francuzów. Krzyż ma trzeci wymiar - cierpienie.

Kilka lat temu była dyskusja o tym czy powinno na Starym Mieście w Warszawie powstać muzeum narzędzi tortur, i dziennikarze snuli wizje wycieczek szkolnych chichrających się na widok przyrządów, którymi kiedyś kogoś poćwiartowano, połamano, zakatowano. A tymczasem nikt nie dostrzega tego prostego faktu, że takimż właśnie przyrządem jest krzyż. Czyżby zbiorowe klapki na oczach? Muzeum w końcu powstało, ale krzyża w nim nie ma. A szkoda. To jedyne miejsce, gdzie krzyż byłby na miejscu.

Nie wiem jak Państwo, ale ja wcale nie pragnę, aby ze wszystkich stron, ze wszystkich ścian wyskakiwał na mnie krzyż z biednym, przybitym do niego człowiekiem. Bardzo współczuję postaci historycznej, jaką był Chrystus, i tak samo współczuję wszystkim innym zakatowanym na krzyżach.

Krzyże… Nikt współcześnie nie postrzega krzyża jako jednego z najbardziej haniebnych wynalazków ludzkości, służącego do zadawania okrutnej, wyrafinowanej, bardzo długiej i bardzo bolesnej śmierci. Jak dalece ludzie zatracili właściwe spojrzenie na krzyż, (który zresztą był masowo stosowany i przed i po ukrzyżowaniu Chrystusa, a wynalezienie go ginie w mroku dziejów i wiadomo tylko, że były różne jego warianty, w kształcie litery T na przykład, i różne kombinacje przybijania nieszczęśnika, w wersji skulonej, lub z rozpostartymi ramionami tak jak w najbardziej „popularnej” - wersji) - no więc jak dalece nie widzimy, czym jest krzyż, świadczy awantura wokół pracy Doroty Nieznalskiej, która to awantura ciągnie się już od lat i ostatnio znów odbiła się sądowo medialną czkawką. „Jaja na krzyżu! Cóż za profanacja!” - Wrzeszczą fanatycy. Przepraszam, profanacja czego przez co? Spójrzmy normalnie, nie w sposób pokręcony, a ujrzymy czym naprawdę jest to zestawienie, dokonane przez Nieznalską. Z jednej strony narzędzie tortur, z drugiej „narzędzie” służące do przedłużania gatunku ludzkiego. Sadyzm i miłość. Nienormalność i przybite do niej normalne części ciała, służące do prokreacji. A tak nawiasem mówiąc czy gdyby na krzyżu były kwiaty, to również wywołałyby burzę? Proszę się nie śmiać, to poważna sprawa. Kwiat jest narządem rozrodczym rośliny. Jest odpowiednikiem ludzkich genitaliów. Czy księża, nakazując dekorowanie kościoła kwiatami, myślą o tym, że „profanują” świątynię narządami płciowymi?

Nasze postrzeganie rzeczywistości a rzeczywistość to dwie różne rzeczy. U niektórych ludzi - całkiem różne.

Patrząc na pracę Nieznalskiej powiedziałbym tak: artystka rzeczywiście dokonała profanacji. Lecz nie takiej, o jaką się ją oskarża. Sprofanowała część ciała człowieka. I to część ważną, godną najwyższego szacunku. Sprofanowała, zestawiając ją z narzędziem do sadystycznego zadawania bólu.

Tylko proszę jej za to nie ciągać po sądach! Jestem przekonany, że nie zrobiła tego świadomie.

Oburzenie fanatyków ma coś z podwórkowego chichrania się przygłupich dzieci, wychowanych przez przygłupich rodziców, którzy nakazują że „z tych rzeczy” trzeba się śmiać, obrzydzać je i nazywać w sposób wulgarny. To ciekawe zjawisko, pochodzi z głębin myślowego niechlujstwa, z mroków nieświadomości, z pustych myślowo otchłani. Otchłani nienawiści do życia. Kto nienawidzi życia? Ten, kto jest z niego wykluczony, oczywiście. Ten, kto zdecydował się na życie w celibacie, na życie wykastrowane z jego ważnej funkcji. Już samo dokonanie takiego wyboru może świadczyć o czymś dziwnym, co drzemie w psychice.

„Sam celibat wystarczyłby, aby z armii kleru uczynić w społeczeństwie niebezpieczne siedlisko demoralizacji, zawsze zresztą kryte przez władze duchowne…” - Nie, to nie ja, proszę wstrzymać się z pozwem, to tylko cytat z „rozmyślań wielkopostnych” - felietonu Boya Żeleńskiego. Te felietony - zarówno tom Nasi okupanci, jak i Dziewice konsystorskie czy Piekło kobiet - można dzisiaj publikować bez żadnych zmian i pasuj jak ulał.

Czy efektem prowadzenia „wykastrowanego” życia jest niechęć do innych ludzi? Osoby żyjący w celibacie się męczą, to zrozumiałe. I podświadomie życzą tego nam wszystkim - to też jest dosyć ludzkie: męczcie się tak, jak my się meczymy! Stąd ich nienawiść do seksu, stąd nienawiść do piękna, młodości, nagości. Stąd paranoidalna nienawiść do narządów płciowych, co w zestawieniu z miłością do narzędzia tortur daje tak tragikomiczne efekty jak sądowa farsa o Nieznalską.

Ale daje też efekty znacznie poważniejsze - jak choćby ta mrożąca krew w żyłach wypowiedź sześcioletniej Maryśki z cytowanego powyżej bloga: „Też bym już chciała iść do nieba!”

Sześcioletni chłopiec, od którego zaczęliśmy nasze rozważania, wykazał się nieprzeciętną wrażliwością i mądrością. Postąpił jak to dziecko z bajki o nowych szatach dla króla. On nie dał sobie wmówić, że król nosi szaty, tyle że niewidzialne. On po prostu krzyknął: „Król jest nagi!”

www.tomaszmatkowski.pl
Komentarze
Dodaj nowy
mrufcyn   |01.04.2010 02:51:19
Przeczytałem tylko nagłówek (ten o krzyżu h.)
i wystarczy mi za cały artykuł,
bo to jest poetyka na poziomie "Faktu".
Czemu nie od
razu:
"Najbardziej haniebnym wynalazkiem ludzkości jest sam Pan
Bóg"?
Albo koło. Tak koło się nadaje w sam raz.

Co do artykułu: żenujące
uogólnienia i ogólnie szczeniackie pióro. Autor zadaje pytania- co liczę mu na
plus, po czym sam sobie na nie odpowiada…

Pozdrawiam, Panie
Tomaszu,
życząc Wesołych Antykatolickich Świąt
oraz Spokoju i Równowagi.

Z
poważaniem,
Maciej.
mrufcyn   |01.04.2010 03:56:00
A król jest w magi.
A magi - wiadomo -
w zupie mlecznej.
Idę
jeść.
Pa.

Mru.
viking   |01.04.2010 06:41:10
Faktycznie, coś dziwnego stało się w naszej kulturze skoro symbol tortur i
śmierci jest dla nas mniej kontrowersyjny niż widok narządu, który posiada
połowa ludzkości. To bardzo słuszna uwaga w tym artykule, tym bardziej, że nie
dotyczy tylko Polski. Mało jest chyba krajów w Europie, które wytoczyłyby
Nieznalskiej proces, ale jej twórczość wszędzie zostałaby mimo wszystko uznana
za prowokacyjną. Osobiście twierdzę, że jej ,,dzieło" było marne i
straszliwie stereotypowe (fallus- męskość; cierpienie-krzyż to całkowicie
banalne skojarzenia). Sprawa jej procesu oraz dziwacznej recepcji tego co
zrobiła jest natomiast dosyć ciekawa i warta analizy.

Większy problem mam z
pierwszą częścią artykułu. Jestem agnostykiem, ale nie uważam aby mówienie
dzieciom o cierpieniu, w takiej czy innej formie, było z założenia sadyzmem.
Moim zdaniem, w opowieści o męczeńskiej śmierci Chrystusa jest kilka aspektów,
których pominięcie czy zbuntowane wyparcie jest rodzajem ,,wylewania dziecka z
kąpielą". Można ten przekaz problematyzować, ale czy aby w dzisiejszym
świecie, w którym ludzie chorzy czy starzy spychani są na margines, akurat ten
aspekt chrześcijaństwa, który o tych ludzi się upomina należy najbardziej
krytykować?
filipoi   |01.04.2010 06:48:21
no tak,
ten tekst jest skrajnie glupi i zle napisany.
nie kryje sie za nim
zadna konstrukcja myslowa, wyglada to tak jakby Pan Tomasz Matkowski usiadl i
postanowil, ze napisze cos o chrzescijanstwie - no i niestety napisal.

Zaczne
od najlepszego fragmentu, mocnego i donioslego. Oto on:
"Nasuwa się tu
nieodparcie skojarzenie z pedofilią. Jednak ten rodzaj pedofilii - nazwałbym ją
sadopedofilią - wydaje się jakimś nurtem ubocznym, acz niemniej silnym. Tu nie
chodzi o seks. Chodzi, a zarazem nie chodzi. Wygląda to na pedofilię
przeniesioną ze sfery seksu - na sferę aseksualną. Skąd takie
przeniesienie?"
Pierwsza rzecz, ktora warto by uswiadomic panu Tomaszowi
jest fakt, ze to, co sie komu z czym kojarzy jest jego sprawa i tylko on za to
odpowiada. Jezeli panu drogi panie Tomaszu opowiesci o gangrenie przywoluja na
mysl pedofilie, to rzeczywiscie jest to sytuacja bardzo ciekawa, ale moze
niekoniecznie warto ja upubliczniac. Dalej dowiadujemy sie, ze tak naprawde Panu
Tomaszowi zakonnice nie tyle kojarza sie z pedofilia, a raczej z sadopedofila. A
zatem - jesli dobrze rozumiem - z seksem z dziecmi doprawionym przemoca. Niech
bedzie! Pan Tomasz ma bogate skojarzenia. Jednakze, dalsza czesc cytatu mnie
naprawde zadziwia. Bo o to Pan Tomasz mowi nam o co w tym wszystkim chodzi. Nie
o seks, ale i o seks. Nie o seks, bo jest on przeniesiony na sfere
pozaseksualna.

Proponuje teraz pomedytowac nad ta wspaniala figura
retoryczna, ktora zastosowal pan Tomasz. Otoz najpierw mowi nam, ze zakonnice
mowiace o gangrenie kojarza sie mu z seksem [no bo pedofilia to jest jakis
rodzaj seksu], a nastepnie stwierdza, ze o seks nie chodzi, bo mamy do czynienia
z przeniesieniem.
Moze panie Tomaszu warto zapytac samego siebie, o co
chodzi?
I moze nie warto na podstawie osobistych skojarzen wysylac kogos do
psychiatry. Chyba, ze lubimy tak sobie po analizowac, no to ok. To moze ja
zapytam, czemu obciety palec kojarzy sie panu z molestowaniem dzieci? Czemu na
widok zakonnic mysli pan o seksie? Obciety palec, gangrena, molestowanie,
gangerena, seks, obciety palec. Panie Tomaszu, prosze isc tym tropem. I
obiecuje, ze nikt panu nic nie obetnie. Spokojnie.

Przejdzmy do krzyza. Pan
Tomasz pisze, ze ludzie zapomnieli czym jest krzyz. Bo krzyz w rzeczywistosci
jest narzedziem tortur.
Jak naiwne filozoficznie jest takie stwierdzenie.
Proponuje panu Tomaszowi siegnac po ostatni artykul Derridy z tomu
"Marginesy filozofii’, w ktorym jasno pokazuje, ze kazdy znak, o ile jest
znakiem, moze - powiedzmy - zmienic znaczenie. Krzyz przed chrzescijanstwem byl
tylko narzedziem tortur. Teraz po prawie 2000 lat stal sie tylko znakiem, godlem
chrzescijanstwa. I tyle, jasne, ze mozna wraca do korzeni i zastanawiac sie
skad taki znak sie wzial, ale to teraz nie ma juz zadnego znaczenia. Obecnie ow
znak nie konotuje, a jedynie wskazuje. A zatem, czepianie sie, ze oto
chrzesijanie wszedzie wywieszaj symbol tortur jest bez sensu, bo to juz nie jest
symbol tortur.

Ale pan TOmasz na pewno to wszystko wie, tylko tak sobie
zartuje. No bo jak na powaznie mozna pisac cos takiego:
"Kto nienawidzi
życia? Ten, kto jest z niego wykluczony, oczywiście. Ten, kto zdecydował się na
życie w celibacie, na życie wykastrowane z jego ważnej funkcji. Już samo
dokonanie takiego wyboru może świadczyć o czymś dziwnym, co drzemie w
psychice."
No wiec zycia nienawidza wykluczeni z niego. Czyli kto? No chyba
zmarli. Nienawidza, bo nie zyja, sa wykluczeni.
Ostatnie zdanie cytatu jest
prawdziwym umyslowym majstersztykiem. Co prawda, gramatycznie troche nie domaga,
ale kto by sie przejmowal. Chcialbym wiedziec, co pozwala panu Tomaszowi
orzekac, jakie aktywnosci sa zyciowo wazne, a jakie nie. Chcialbym wiedziec, co
znaczy wg pana Tomasz zwrot ‘funkcje zycia’.
W ogole chciabym blizej poznac
filozofie, w ktora wierzy pan Tomasz, bo mnie sie zdaje ona szalenie ciekawa [z
naciskiem na szalenie].
Oto mamy przed soba fundamentaliste. Tak, tak. Pan
Tomasz wie jaka jest rzeczywistosc, wie czym sa funkcje zycia, wie, co naprawde
znaczy krzyz, wie, ze zaprzestanie robienia czegos, jest oznaka slabosci i
choroby psychicznej. To wszystko jest filozoficzny fundamentalizm.

Ja czekam
na jedno - niech pan Tomasz napisze, jakie sa prawdziwe funkcje zycia, ja wtedy
to przeczytam i sprawdze, cze je wszystkie wypelniam, by zobaczyc, czy przez
przypadek nie jestem sadopedofilem.

PS. Ten zwrot ‘funkcje zycia’ nie daje
mi spokoju. Zycie wg pana Tomasza ma swoje funkcje. Ale co to znaczy? Czy to
oznacza, ze my powinnismy wypelniac pewne funkcje przez wzglad na nasze zycie?
Czy tez zycie jest funkcjonalne co by znaczylo: daje nam mozliwosci i dzieki nim
mozemy byc szczesliwi.
Zdaje sie, ze pan Tomasz jest za opcja pierwsza.
Oczywiscie calkowicie totalitarna, ale tylko z takich pozycji potrafilby
uzasadnic twierdzenie, ze jezeli czlowiek nie spelnia pewnych funkcji zyciowych
musi byc chory psychicznie.

Tak czy siak mam rade dla pana Tomasza: niech
nastpenym razem sie pan lepiej przylozy.
blaise   |01.04.2010 11:50:07
"Proponuje panu Tomaszowi siegnac po ostatni artykul Derridy z tomu
Marginesy filozofii, w ktorym jasno pokazuje, ze kazdy znak, o ile jest
znakiem, moze - powiedzmy - zmienic znaczenie."

Gratulacje za umiejętne
streszczenie, nie można wyłożyć tego prościej! Chyba zupełnie niesłusznie uważa
się poglądy tego filozofa za niezwykle trudne i skomplikowane.
Teraz już
wiemy: te znaki tak krążą w przestrzeni oderwane od "znaczonego".. Czemu
się nie zapytasz chrześcijan co oni myślą o znaku krzyża? Dla Ciebie, już wiemy
- jest to dekoracja bez znaczenia, lub godło i tyle. Ale ponieważ znaczenie, co
sam zauważyłeś, zależy od kontekstu to może powinieneś zapytać katolika, bo on
żyje w trochę innym konteksćie, i inne są jego punkty orientacyjne, według
innych pojęć interpretuje świat. Nie szuka odpowiedzi u Derridy lecz w innej
książce, którą być może czyta dokładniej niż ty swoje książki. I pewnie krzyż
będzie dla niego czymś więcej niż godłem i niechybnie skojarzy krzyż z
cierpieniem i torturami jakich doznał jego Bóg. Nie interesuje Cię jego zdanie?
Derrida wie lepiej? To jesteś Pan totalityrystą, zamkniętym na cudzy punkt
widzenia, uznającym tylko własne poglądy (inspirowane Derridą) jako adekwatnie
opisujące świat.
"Obecnie ow znak nie konotuje, a jedynie
wskazuje."
Konotuje.
"Konotacja dotyczy znaczeń, które powstają
dzięki odniesieniu elementów znaczących do szerszych kontekstów kulturowych;
znaczenie znaku obejmuje tutaj skojarzenie z innymi kulturowymi kodami
znaczenia; w zależności od wykorzystanego subkodu świnia może konotować
niemiłego policjanta albo męskiego szowinistę;"
I co? "Narzędzie
tortur" w stosunku do znaczącego "krzyża" jest odległe? Kogolwiek
byś nie spytał każdy wymieni "narzędzie tortur" jako jedno ze znaczeń
słowa krzyż, najdalej na drugim miejscu.
mrufcyn   |01.04.2010 11:59:12
Filipie, mnie. Mnie zapytaj, proszę.
Odpowiem z miłą chęcią.
mrufcyn   |01.04.2010 12:01:39
A Ty blaise, też chyba zgadujesz, zamiast pytać.
Zgadujesz, czy nie
zgadujesz?
Kto jest rzeczonym "każdym"?
Ja nie mogę. Bo się zaraz
pomylę i posikam wodą w Prima Aprilis.
filipoi   |01.04.2010 13:38:10
No to pytam Cie Macieju. w tym miejscu.

ale jeszcze wyjasnie blezowi.
gdy
pisze, ze ow symbol nie konotuje, nie rozumiem przez to twierdzenia, ze jacys
ludzie - np. Ty - nie wiaza z krzyzem zadnych skojarzen

a jak mi sie zdaje
dla Ciebie konotacja, to wlasnie fakt, ze komus cos sie kojarzy z danym
znakiem
otoz tak nie jest.
albo inaczej: jasne, ze mozna sobie dowolnie
zdefiniowac dowolny termin, ale po co?
termin ‘konotacja’ w ramach filozofii
jezyka nie oznacza skojarzen, ktore wiaza sie nam ze znakiem, ale pewna tresc,
ktora z koniecznosci wiaze sie ze znakiem

cytujesz wikipedie - ok
czy
przeczytales pierwszy akapit tej definicjii?

pisza tam, calkiem
slusznie:
"Treść charakterystyczna nazwy N (zespół cech charakterystyczny
dla zakresu nazwy N, taki, że przysługuje wszystkim desygnatom tej nazwy i
tylko im) stanowi konotację nazwy N (treść językową) wtedy i tylko wtedy, gdy,
dowolna osoba O, znająca i stosująca konwencje języka J, do którego należy
rozpatrywana nazwa N, poinformowana o tym, że jakiś przedmiot p ma wszystkie
cechy zawarte w treści nazwy N, może poprawnie rozstrzygnąć, czy dany przedmiot
p jest desygnatem nazwy N."

z konotacja zwiazana jest wiec koniecznosc,
jezeli cos konotuje w powyzszym znaczeniu, to nie moze byc tak, ze dla jednego
[chrzesijanina] konotuje tresc x, a dla innego [niechrzesijanina] konotuje tresc
y

dlatego tez uwazam, ze krzyz nie konotuje
i powaznie, gdyby mnie ktos
spytal, czym jest krzyz
na pewno nie powiedzialbym, ze jest narzedziem
tortur
mowilbym o chrzesijanstwie i o Jezusie
i sadze, ze gdybys rzeczywisciej
zrobil ankiete o krzyz, to slowo ‘tortura’ nie pojawialoby sie zbyt czesto [tak,
zgaduje Macieju]

ale ale
nie wiem skad ta agresja w twoim poscie

piszesz,
ze jezeli nie interesuje mnie punkt widzenia chrzescijanina, to jestem
totalitarysta

otoz, to czy mnie cos interesuje, czy nie
nie ma tu nic do
rzeczy
jak juz pisalem fakt, co sie kojarzy komus z jakim symbolem nie
przesadza o konotacji tego symbolu
na przyklad panu Matkowskiemu opowiesci o
odcinaniu palca kojarza sie z sadopedofilia
i bardzo dobrze!
ale czy to
oznacza, ze od tej pory, gdy mowie ‘zakonnica opowiadala o tym, ze jej znajoma
ma gangrene’ to mam miec w glowie obrazek malych dzieci wykorzystywanych przez
kler? wystarczy, ze pan Matkowski ma w swojej glowie takie obrazki

chcialbym
drogi Blazeju - ze spolszcze twoj nick - zebys zauwazyl jedna rzecz
pan
Matkowski narzuca pewne znaczenie krzyzowi
i bynajmniej nie chodzi tu o
znaczenie, ktore przyjalby chrzesijanin
pan Matkowski chce w swoim tekscie
oderwac krzyz od jego religijnego kontekstu
i pokazac, ze tak naprawde [lol]
krzyz byl narzedziem tortur i tak wlasnie powinnismy go traktowac
pan Matkowski
nie jest przeciwnikiem krzyza, dlatego, ze jest przeciwnikiem religii
o
nie
jemu sie zdaje, ze odkrywa Ameryke twierdzac, ze krzyz kiedys sluzyl
jedynie do mordowania ludzi
Matkowski chce pokazac, ze wszyscysmy zdurnieli, bo
prawdziwe znaczenie krzyza sprowadza sie do faktu, ze bylo to kiedys
wyrafinowane narzedzie tortur
wszystko to jest w tekscie pana Matkowskiego

i
to wlasnie pn Matkowski zapomina spytac biednego chrzesijanina co oznacza dla
niego krzyz
jemu to jest niepotrzebne
on jest skrajnym realista i
fundamentalista
wiec wie, ze krzyz to nic wiecej jak kawalek drzewa sluzacy do
zabijania ludzi

i do tego mozna miec wiele zastrzezen
wymienie dwa
po
pierwsze: czy jednak fakt, ze w europejskiej kulturze krzyz od setek lat jest
uzywany inaczej niz byl uzywany za czasow Jezusa niczego w tej sprawie nie
zmienia?
i po drugie: nazisci czasem mowia, ze swastyka jest ok, ze nie powinno
sie jej zakazywac, bo to jest starozytnym symbol o jak najbardziej spoko
przeslaniu
moje pytanie jest takie: czym sie rozni strategia takich nazistow od
strategii pana Matkowskiego?
i Matkowski i nazisci szukaja dawnych kontekstow
kojarzonych ze znakiem, by w pierwszym przypadku znak zrehabiltowac, a w drugim
zdegradowac
jednakze i nazisci i Matkowski zapominaja, ze znaki, o ktorych
mowia maja na poczatku XXI wieku inny przekaz
i, ze nic nie zmienia fakt, ze
kiedys ludziom na ich widok co innego sie kojarzylo

i na koniec pytanie do
Ciebie drogi Blazeju
co robisz, gdy widzisz na dachu budynku krzyz?
czy
uciekasz, gdzie pieprz rosnie, bo w tym budynku niechybnie znajduje sie sala
tortur
czy przechodzisz obojetnie, bo wiesz, ze to jest budynek zwiazany w
jakis sposob z chrzesijanstwem

albo:
co robisz, gdy widzisz u kogos krzyzyk
na szyi
omijasz go szerokim lukiem, bo ow czlowiek moze miec jakis zwiazek z
torturami i cierpieniem
czy tez odnotowujesz po prostu, ze czlowiek ten jest
jakos zwiazany z chrzescijanstwem

stawiam, ze w obu pytaniach blizsza Ci
jest jednak druga odpowiedz

co potwierdzaloby, ze najbardziej jednak krzyz
kojarzy sie ludziom z instytucja kosciola

pzdr
mrufcyn   |01.04.2010 14:20:46
O znaku krzyża myślę różnie, np.:
-że jest jednym z symboli mojej
wiary
-że może być, jeśli się pod nim ugnę narzędziem tortur.
Że jest tak
samo metaforyczny jak konkretny.
Mało tego: mogę sobie wyobrazić i
wierzyć,
że to ja jestem w pewnym sensie tym krzyżem,
choć jest to już
spore, zarówno jedno-, jak i wielopłaszczyznowe nadużycie. Słaby
jestem w takim naukowym stricte języku, dlatego wysłużę się bajką, która
nie jest do końca bajką:

***

Życie i śmierć.

Było życie i
była śmierć.
Czterej jeźdźcy zataczali kolejny, szerszy od poprzedniego,
bo wokół już wykonanych, krąg.
No dobra, to była
raczej spirala.
Dwoje wisielców ważyło dusze na ramionach krzyża.
No
dobra, to były raczej ramiona martwego Chrystusa.
Śmierć leżała
w łóżku, a życie nie.
Życie spało jak zwykle na stojąco i czasem, ale
tylko czasem zakładało welon.
Powiedzmy czerwony, bo czerwony
welon brzmi dobrze, a jeszcze lepiej wygląda.
Welon nie był tak
naprawdę czerwony, ale póki co wiem to tylko ja.
Bo ja wiem wszystko. Wiem
na przykład to, że kolor welonu nie ma w tej historii znaczenia.
Bo
to nie jest historia. Bo historii nie ma. 1:0 dla mnie.
Czemu życie
zakładało welon? Bo chciało się ruchać ze śmiercią, a śmierć bez ślubu
nie chciała. Życie nie chciało natomiast ślubu więc czasem, ale tylko
czasem śmierć udając, że śpi spoglądała spod kołdry na stojące w
oknie przystrojone w welon życie. Zza dwóch szyb, bo śmierć mieszkała
po drugiej stronie ulicy. Matka śmierci, żarliwa katoliczka nie
pozwoliłaby przecież na wspólne mieszkanie bez ślubu. Ja
wiem wszystko.
Często, ale tylko często patrzyli na ulicę, po której
poruszali się jeźdźcy, bo to nie była ulica. To był plac. To był rynek.
Idealnie okrągły.
Czemu życie nie chciało ślubu? Bo nieślubne dzieci
to jeszcze nie powód.
Poznali się, kiedy matki śmierci jeszcze nie było
na świecie i wtedy, po standardowym spacerze w parku, całowaniu na
ławce i odprowadzeniu do domu, zrobili sobie czworaczki.
To był ich
pierwszy i ostatni seks. Seks alfaomega. Ja wiem wszystko. 
Czterej
jeźdźcy wiedzieli sporo.
Wiedzieli na przykład skąd wzięli się dwaj
wisielcy na moich ramionach i że to byli ich
rodzice.
Dies Irae.
Kyrie Eleison.
Luce
Eterna.
What Ever.

***

Na teraz to by było tyle
-
jeśli Chrystus, to fioletowy,
jeśli Krzyż, to fioletowy.

nullI było tak, że Jutty już nie było. Zostało tylko jej imię, puste słowo,
którego nawet nie było sensu wymawiać.

Andrzej Sapkowski

Staram się żyć - działać, mówić i myśleć żywymi, a o
tamtych po prostu pamiętać.
I uśmiecham się.
mrufcyn   |01.04.2010 14:28:56
I czuć też się staram i wcale nie jest to dla mnie jakość szarego końca.
To
była taka podpucha.
filipoi   |01.04.2010 15:28:41
bo Ty jestes spoko ziom.
przynajmniej piszesz jak spoko ziom.
ja o sobie nie
mam co pisac.
yo.
mrufcyn   |01.04.2010 15:35:58
Nie. Raczej nie. Raczej popełniam grzech za grzechem. Na przykład zamiast kochać
piszę ruchać. I to nie jest przypadek. A w pisaniu o sobie nie ma niczego
chwalebnego/spoko.
Spoko są pytający. Spoko są uśmiechający
szczerze.
Uśmiechasz się, Filipie?
Pozdrawiam.
blaise   |01.04.2010 15:43:14
"dlatego tez uwazam, ze krzyz nie konotuje
i powaznie, gdyby mnie ktos
spytal, czym jest krzyz
na pewno nie powiedzialbym, ze jest narzedziem tortur

mowilbym o chrzesijanstwie i o Jezusie"
I w ogóle byś nie wspomniał, że
Chrystus został przy pomocy tego krzyża zamęczony na śmierć?
Konotacje nazw w
języku naturalnym ustala się na drodze analizy zwyczajów językowych użytkowników
tych nazw. Znaczy to że jeżeli istnieje jakaś grupa osób, którzy krzyż uważają
za narzędzie tortur, to "narzędzie tortur" stanowi konotację nazwy
"krzyż". Nie zmienia tego fakt, że być może znajdą się tacy, którzy nie
uważają krzyża za narzędzie tortur.
"z konotacja zwiazana jest wiec
koniecznosc, jezeli cos konotuje w powyzszym znaczeniu, to nie moze byc tak, ze
dla jednego [chrzesijanina] konotuje tresc x, a dla innego [niechrzesijanina]
konotuje tresc y "
Nieprawda. Konotacje nazw języka potocznego nie muszą
spełniać tego warunku. Różne grupy użytkowników języka mogą jednej nazwie
przypisywać trochę inne znaczenia. Badając konotacje danego słowa musimy
uwzględnić je wszystkie.
"i na koniec pytanie do Ciebie drogi Blazeju
co
robisz, gdy widzisz na dachu budynku krzyz?
czy uciekasz, gdzie pieprz rosnie,
bo w tym budynku niechybnie znajduje sie sala tortur
czy przechodzisz
obojetnie, bo wiesz, ze to jest budynek zwiazany w jakis sposob z
chrzesijanstwem

albo:
co robisz, gdy widzisz u kogos krzyzyk na szyi

omijasz go szerokim lukiem, bo ow czlowiek moze miec jakis zwiazek z torturami
i cierpieniem
czy tez odnotowujesz po prostu, ze czlowiek ten jest jakos
zwiazany z chrzescijanstwem "

To nie ma nic wspólnego z tematem.
"Symbol chrześcijaństwa" i "narzędzie tortur" - obie własności
stanowią konotacje nazwy "krzyż". Konotacja to szeroki zbiór własności
nie można wyeliminować jednej kosztem drugiej, jeśli praktyka językowa wyraźnie
wskazuje, że przynależą do tej samej nazwy. Dlatego myliłeś się lub niewłaściwie
rozumiesz pojęcie konotacji.
filipoi   |01.04.2010 15:46:14
rzadko szczerze.
filipoi   |01.04.2010 16:08:27
blaise
Mill, Kripke czy wspolczesni filozofowie jezyka rozumieja konotacje
mniej wiecej tak jak ja to przedstawilem
czyli wiaza konotacje z
koniecznoscia

to o czym ty piszesz, to jakies luzne asocjacje ktore ludzie
wiaza z dana nazwa

ale ok
moge podarowac ci ten termin
tylko zauwaz, ze
klocisz sie jedynie o termin
co prawda wiem, ze sposob w jaki ja uzywam tego
slowa jest sposobem w jaki funkcjonuje ono na gruncie wspolczesnej filozofii
jezyka
zreszta dowodem niech bedzie cytowana przez ciebie i przeze mnie
wikipedia
fragment, ktory wskazalem jednoznacznie popiera moja wersje
mowi sie
tam przeciez, ze dowolna osoba musi sie zgodzic z danym sensem, azeby mowic o
konotacji - nie ma wiec mozliwosci, zeby w spolecznosci jezykowej dwie osoby nie
zgadzaly sie co do konotacji jakiegos wyrazenia

no ale ok ok
mozliwe ze ty
czytasz inne ksiazki i tam pisza tak jak ty mowisz

choc nie powinienes pisac
"myliles sie albo niewlasciwie rozumiesz pojecie’
gdys czytal uwaznie to,
co ja pisze zrozumialbys, ze tak jak rozumiem slowo ‘konotacja’ moge powiedziec,
ze symbol, o ktorym piszemy nie konotuje
gdybys uwaznie czytal wikipedie, ktora
sam cytowales wiedzialbys, ze nie jestem jedynym, ktory tak wlasnie uzywa tego
slowa
ba, wiedzialbys rowniez, ze czlowiek, ktory wprowadzil ten termin [Mill]
rowniez sadzil, ze fakt, czy wyrazenie konotuje zalezny jest od tego, czy
wszyscy uzytkownicy jezyka wiaza z nim ten sam sens

ale drogi Blazeju
co to
zmienia?
czy przez to, ze niektorym ludziom krzyz kojarzy sie z narzedziem
tortur tekst pana Matkowskiego staje sie mniej absurdalny?

i jeszcze co do
twoich odpowiedzi na moje dwa pytania
mowi sie czasem: znaczenie to
uzycie

wiec zapytaj siebie jednak jak uzywasz krzyza jak na niego
reagujesz
moze nasunie ci sie jednak refleksja, ze i dla ciebie krzyz ma
charakter glownie instytucjonalny

i jeszcze raz pytanie:
co to wszystko o
czym piszesz ma do tekstu Matkowskiego?
bo moze nic
ale mnie to
ciekawi
mozliwe, ze zobaczyles, ze napisalem ze krzyz nie konotuje i cie to
oburzylo
ale moze jednak to, co piszesz ma w jakis sposob zwiazek z glupim
tekstem, pod ktorym piszemy
MATKOWSKI  - Ad usum homini neandertalensia   |02.04.2010 17:22:41
W zasadzie nie chodzę na filmy polskie&
W zasadzie nie odpowiadam na bełkot
zamulający fora, zwłaszcza jeśli bełkocze w kółko ten sam mędrek o różnych
nickach, albo dwóch-trzech mędrków na krzyż. (W tym wypadku chyba to ostatnie,
skoro chodzi o krzyż). Czasem jednak coś mnie tak rozśmieszy, że nie wytrzymuję.
Tak było z bredniami ciskanymi przez myśliwych po Polowaneczku, a widzę że i
obrońcy krzyża drą szaty nie gorzej niż entuzjaści szczucia zwierząt.
No więc
odpowiem, ale tylko jednemu z dyskutantów, reszta niech czeka w kolejce na
ośmieszenie.
Jest to rodzaj konkursu na najgłupszego przygłupa (że użyjemy tego
nieco pleonastycznego superlativum absolutum). Dziś laureatem zostaje
acefaliczny okaz o ksywce mrufcyn.
Nagroda? Tak, w każdym konkursie musi być
nagroda, i tutaj też jest. Ufundowaną przeze mnie nagrodą jest napisana
specjalnie dla laureata odpowiedź na jego elukubracje.
Odpowiadam więc panu
(pani? dziecku? księdzu? chyba to ostatnie), który przybrał sobie dźwięczny
przydomek: mrufcyn (mózg wielkości mózgu mrówki, i stąd tak oryginalny nom de
guerre?)
Po pierwsze dziękuję wielebnemu za życzenia wielkanocne. Ze swej
strony rewanżuję się miłą multimedialną widokówką o treściach
religijnych:
http://www.youtube.com/watch?v=lI42m VK3kzE

Przy okazji niech
mi będzie wolno wyrazić podziw dla cudownych właściwości wielebnego mrufcyna.
Najpierw piszesz, padre, żeś przeczytał tylko tytuł, a potem komentujesz
szczegółowo cały felieton. To ewidentny cud, ojcze mrufcynie. Cud jasnowidzenia.
Znak to łaski, ciesz się ojcze! Czy zgłosiłeś to, reverende, do watykańskiego
biura dokumentacji cudów? Zrób to jak najszybciej! Tak udokumentowane miraculum
może się okazać bezcenne w razie gdyby chciano Cię wynieść na ołtarze. W
procesie beatyfikacyjnym chętnie służę świadectwem, że potrafi ksiądz czytać nie
czytając. Nie wiem tylko czy wobec powszechności tego cudu w kręgach kościelnych
będzie to ewenement.
Zaiste, niezbadane są przymioty jakimi obdarza Wszechmocny
swe owieczki (swych baranów? - nie bardzo wiem, jak się zwracać, bo zapewne
Ojciec nie ma płci, swoją drogą to kolejna mistyczna ciekawostka - ojciec jako
tytuł bezdzietnego).
Czy wielebny, prócz lucidorum intervallis, miewa również
stygmaty? Proszę tylko pamiętać, że odkąd naukowcy odkryli, iż gwoździe wbijano
nie w te miejsca, w których umieszcza je cała krucyfiksowa ikonografia, lecz
trochę wyżej, stygmatycy wszystkich krajów połączyli się w masowym zmienianiu
miejsca ran po gwoździach. Mam więc nadzieję, że wielebny mrufcyn przestawił się
już na piętna nowej generacji. Darz bór! Nie, przepraszam, to nie to. Szczęść
Boże!
Tomasz Matkowski
mrufcyn   |02.04.2010 17:40:08
Nagroda przekazana zostanie wychowankom Domu Dziecka w Tomaszowie
Matkowskim-Boskowskim.

P.S.
A elukubracje to jest co?
Bo ja jestem chłopak
z bloku,
czyli strzelam, że jest to jakaś
czynność związana z pani Zapędoskiej
odzieniem wierzchnim.

Pozdrawiam,
Maciej Mrowicki
mrufcyn   |03.04.2010 01:40:48
Panie Tomaszu, przepraszam za ton pierwszego mojego pod Pana felietonem
komentarza. Jest on niestosowny.
Spróbuję może napisać coś bardziej
konstruktywnego.

Jestem po prostu rozczarowany, że punktem dojścia (wyjścia
najprawdopodobniej również) pańskich rozważań nt. polskiego kleru i
przedstawicieli zakonu zdaje się być sadopedofilia, czyli patologiczna
skłonność, która nosi chyba raczej znaczek bardziej minusowy niż plusowy. Czy
zgadza się Pan z tym moim powyższym założeniem?
Martwi mnie szalenie, że tam,
gdzie ja życzyłbym sobie odnaleźć źródło w rodzaju, np. chęci miłości. Czy
efekty niewłaściwego zarządzania tą własną chęcią mogą być negatywne?
Oczywiście, co do tego nie ma wątpliwości. Nie ma też wątpliwości co do tego, że
wiele, a być może całe mnóstwo zachowań ludzi, pełniących bożą posługę dopuszcza
się na tym tle ciężkich grzechów z sadopedofilią, masonekrofilią i polionanizmem
włącznie.
Tylko, hm, no właśnie. Czy wykrycie sprawców, ustalenie personaliów i
wypracowanie uogólnień na temat tejże grupy społecznej prowadzi do jakichś
sensownych wniosków, czy też jest to zwykła napier…..lanka jednych na drugich
(bo przecież przedstawiciele Kościoła również sobie nie szczędzą)?
Nie wiem,
pytam.
To może tyle na teraz.

Jeszcze tylko proszę Pana, Panie Tomaszu, żeby
Pan do mnie nie pisał w języku łacińskim, ponieważ nie znam tego języka. Znam
pojedyncze słowa oraz Requiem Mozarta na pamięć i to właściwie tyle.
Wyrażam
nadzieję, że wyłączenie tych obcojęzycznych wyrazów z dyskusji nie utrudni nam
komunikacji.
Pozdrawiam,
Maciej.
mrufcyn   |03.04.2010 01:43:48
>>Martwi mnie szalenie, że tam, gdzie ja życzyłbym sobie odnaleźć źródło w
rodzaju, np. chęci miłości.


Przepraszam, znowu koncentracja, ale mam
nadzieję, że z kontekstu da się jednak wyłowić sens powyższego, jak i
całości.

M.
Spokojny   |06.04.2010 15:38:26
Tekst można by było chyba napisać wnikliwiej, ale autor krąży wokół pewnej
myśli, która mi się wydaje ważna. Otóż chrześcijaństwo rzeczywiście wydaje się w
jakiś sposób egzaltować cierpieniem. To nie jest po prostu tak, że cierpienia
się unika, a dąży do przyjemności, albo że się odracza przyjemność żeby stworzyć
jej stałą podstawę, czyli wybiera się chwilowy brak satysfakcji, bo to daje
lepsze szanse na przyjemność w przyszłości. To robi każdy zdrowy człowiek. Ale
chrześcijaństwo robi coś jeszcze, co mnie się już zdrowe absolutnie nie wydaje.
Proponuje się tu zamianę zdrowego odruchu samoobrony w coś, co oni nazywają
"przyjęciem krzyża" czy też "nadstawianiem drugiego policzka".
Czyli cierpi się znosząc coś nieprzyjemnego nie po to, żeby doprowadzić do
czegoś przyjemnego, ale po to, by z samego tego cierpienia uczynić cnotę i
zostać dzięki temu cierpieniu kimś "świętym". W ten sposób powstaje
swoisty system wymiany winy, cierpienia i ukrytego wywyższenia. Ktoś mnie
popchnie, ja to wytrzymuję, wtedy ten ktoś ma czuć się winny, ja mu natomiast
wybaczam i zostaję świętym wytrzymującym cierpienie. Więcej nawet - zostajemy
wszyscy wciągnięci w historię o winie zdefiniowanej samą ofiarą. Czyli ktoś się
pojawia, zadaje sobie ból, stwierdza, że to z powodu czegoś co my zrobiliśmy i
wtedy my czujemy się winni i go czcimy za to co zrobił. Można powiedzieć, że to
jest wprost modelowy przykład toksycznych relacji z obwiniającą matką, która do
perfekcji opanowała specyficzny sposób wypowiadania zdania "no wiesz..
zrobisz jak uznasz za stosowne" i inne sztuczki tego typu. Myślę, że 90%
psychoterapeutycznej pracy to czyszczenie ludzi z takich chrześcijańskich
wirusów myślowych, które każą im czuć się winnymi z powodu gier wymyślanych
przez innych i opartych właśnie na takim nie zamawianym umieraniu na krzyżu.
Tatuś będzie nieszczęśliwy jak nie zostanę lekarzem, bo on przecież tyle
pracował na to, żebym miał wszystko. Mama będzie nieszczęśliwa jak wyjdę ze
świąt nie zjadając wszystkiego, bo przecież tak się napracowała. A Jezus umarł
za mnie na krzyżu, bo mnie kochał. Rzeczywiście rozpowszechnianie tego symbolu
stanowi rodzaj psychicznego terroru dokonywanego na wrażliwych dziecięcych
umysłach. Chrześcijaństwo, to zbiór psychologicznie niezwykle toksycznych idei.
Najpierw jest Bóg, który określa co jest dobre a co niedobre i dwoje ludzi
którzy tego nie respektują. W zasadzie nikomu nie zrobili krzywdy, ale ponieważ
nie respektowali tego,co im ktoś inny narzucił, ponoszą karę. Czy te reguły ktoś
z nimi ustalał? Godzili się na nie? Dalej jest idea, że ta wina jest
dziedziczna. Czyli można być odpowiedzialnym za to, co robi ktoś inny. Kolejny
szkodliwy nonsens. I dalej mamy kogoś, kto się poświęca, czyli cierpi czyli mamy
wniosek, że problemem nie jest powstała szkoda (konia z rzędem tego, co tę
szkodę wykaże) tylko problemem jest owa "wina". Czyli nie jest ważne,
jak postawić wywalony serwer, tylko ważne jest żeby ustalić kto go źle
skonfigurował. I nie jest ważne, żeby go dobrze skonfigurować, tylko ważne jest
żeby ten co go źle skonfigurował miał teraz pewną porcję nieprzujemnych doznań.
Albo ktoś inny za niego, w sumie nieważne. Bo tu jest kolejna idea, że ktoś może
być winny z powodu czegoś, a ktoś inny może tę winę i cierpienie na siebie
przyjąć. Czy analogicznie ktoś może mieć zasługę, a ktoś inny może ją za niego
skonsumować? Pewnie w opcji krzyża odwróconego. No i dalej mamy to, że ten ktoś
kto winę na siebie przyjął i odcierpiał zostaje dzięki temu kimś szczególnie
ważnym. Czyli mamy taki koncept, że cierpienie nie jest czymś, co mamy zmienić,
tylko jest czymś, co możemy znosić i kiedy to zniesiemy, staniemy się dzięki
temu lepsi. Wielu masochistów funkcjonuje właśnie w taki sposób - uzyskują
wrażenie własnej świetości dzięki temu, że cierpią. Na pewno rozpowszechnianie
wizerunku krzyża i wtłaczanie jego symboliki dzieciom do głowy nikomu dobrze nie
robi.
mrufcyn   |06.04.2010 19:13:38
Nie no stary, Twój komentarz Słowa Bożego jest tak błyskotliwy, że ja Twoją
kandydaturę zgłaszam do posłowia nowego wydania Septuaginty i/lub Wulgaty.
Stary, Ty po prostu tryskasz na lewo i prawo humanizmem, nie wiem skąd bierzesz
tyle siły i samozaparcia. Ejakulacja tej mieszanki rozumowo-uczuciowej, którą
nas tu obficie raczysz ma bardzo wiele wspólnego z umierającym za ludzi Jezusem,
w Twojej rzecz jasna interpretacji. Dla mnie Jezus i jego męka jest
drogowskazem, a drogowskazy ideologiczne zwykłem raczej traktować jako
przestrogi. Jezus umarł za to, za co ja zamierzam żyć. Mnie też nie do końca
leży martyrologiczna gałąź naszej świadomości narodowej, jednak uważam, że nawet
król typowo polskiej adoracji masochizmu zbiorowego Adam M. (nie ten z Agory,
ten drugi) w takich np. Dziadach jest bardziej kpiarzem ze sflaczałym członkiem,
gatunkiem świętego błazna niż tropicielem wspólnego mianownika wszystkich
Polaków. Jest w końcu Litwinem, więc raczej robi sobie z was (Polaków, bo ja
Ślązak) polewkę. Jak to się ma do tematu chrześcijaństwa? Nie wiem ziom, ale
brzmisz jakbyś żądał głowy Dobrawy która od ok. tysiąca lat gryzie ziemię.
A
serio to moglibyście już zmienić płytę. Czepcie się Donalda Tuska, Joli
Kwaśniewskiej, Rutowicz, szpiczastych, blaszanych sutków Dody.
A Ty
spokolokojnisisisiusieńku niestety miejsca w żydowskim panteonie interpretatorów
Nowego Testamentu chyba jednak nie znajdziesz. Idź się lepiej całować ze
Światowidem.

Pozdrawiam,
Świętopełk.

P.S.
Chrześcijaństwo ROX!
Krejzolskie bojówki łacińskiego krzyżo-pistoletu na wodę niosą zagładę.
Apocalipse triumfalis.
Paxtofonika…
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.19839 Seconds