|
Mieszkańcy Wrocławia zyskali kolejny powód do dumy. Okazuje się, że stolica Dolnego Śląska ma nie tylko jeden z największych debetów budżetowych w Polsce i największe kłopoty z budową stadionu na Euro 2012. Na uniwersytecie wykłada intelektualista, który głosi, że ubogim wrocławianom należy pomagać, usuwając ich sprzed oczu bogatych.
O kim mowa? O prof. Michaelu Fleischerze, wykładowcy w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego, mającym też w dorobku pracę na uczelniach niemieckich. Kilka dni temu prof. Fleischer wziął udział w cyklicznej dyskusji pt. Śniadanie mistrzów, organizowanej przez redakcję jednego z wrocławskich internetowych portali kulturalnych. W rozmowie towarzyszyli mu architekci i urbaniści, a debatowano o pomysłach na rewitalizację wrocławskiego Nadodrza.
To, że Nadodrze wymaga pilnej modernizacji, widać już po kilku chwilach spędzonych w tej części Wrocławia. Składa się ono z szeregu pięknych, przedwojennych kamienic, przed wojną tworzących jedną z najpiękniejszych części Wrocławia. Dziś jednak stan większości z nich woła o szybkie zmiłowanie. Podwórka przypominają XIX-wieczne pobojowiska rodem z Ziemi obiecanej. Fasady niektórych kamienic wywołują zaś u spacerowiczów nieprzyjemny dreszcz strachu, że na głowach może nagle wylądować im kawał balkonu, czy płaty tynku z elewacji. Nadodrze wymaga też troski społecznej, bo nie jest to najbogatsze osiedle miasta.
Mieszkańcom potrzebne jest zatem szerokie wsparcie. Nadodrze tę potrzebną pomoc otrzymuje, mało tego - płynie ona coraz szerszym strumieniem. W najbliższym czasie ruszy wart 70 mln zł (z czego 40 mln pochodzi ze środków Unii Europejskiej) projekt remontu wielu okolicznych kamienic. Nowe, wspaniałe oblicze, zyskają przy tym miejscowe skwery i parki, remont przejdzie też okoliczny komisariat policji. Infrastruktura to jednak nie wszystko. Wiele organizacji pozarządowych realizuje liczne projekty adresowane do mieszkańców osiedla. W tym Stowarzyszenie Trampolina, które niedawno przyozdobiło ściany kamienic przy ul. Ptasiej efektownym muralem. Przy jego malowaniu pomagały okoliczne dzieci. W sercu Nadodrza od wielu lat pracuje Centrum Reanimacji Kultury z ul. Jagiellończyka, które ma na koncie mnóstwo ciekawych projektów społecznych, adresowanych do mieszkańców.
Prof. Michael Fleischer aktywność społeczną zbywa jednak nonszalanckim machnięciem ręki. Wykładowca ma inny pomysł na to, jak przywrócić Nadodrzu jego świetność, którym imponowało w latach przedwojennych. Jaki? Zdradził go podczas wspomnianej wyżej dyskusji: - Procedura powinna być brutalna, czyli taka jak wszędzie. Wszystkie kamienice na Nadodrzu trzeba sprzedać. Ustalić ich własność albo aktem państwowym wywłaszczyć. Tak, jak to zrobiono w Berlinie, gdy zawaliła się NRD. Struktury własności nie da się zrekonstruować, bo to trwa setki lat. W związku z tym sprzedano wszystko. Ci, których nie stać na kupno mieszkań, wyprowadzą się. Nie ma innego wyjścia, jak tylko przez wysokie ceny mieszkań.
Po uporządkowaniu problemu z „niewłaściwymi” mieszkańcami Nadodrza, można będzie przystąpić do kolejnego etapu rewitalizacji wg prof. Fleischera. Oddajmy mu głos raz jeszcze: - Tak komfortowe mieszkania kupią ludzie, na których nam w mieście zależy, czyli wschodzący przedsiębiorcy. Ludzie, którzy mają świadomość, że chcą mieszkania, które ma czety metry. Przeciętny wrocławianin myśli tylko, że to oznacza drogie ogrzewanie i że trzeba te sufity obniżyć. Żeby usunąć taką mentalność, trzeba po prostu brutalnie oczyścić dzielnicę z ludzi, których w niej nie chcemy. Nie mam nic przeciwko nim, to są tacy sami ludzie, jak ja, ale oni się nie nadają do kultywowania takich miejsc jak Nadodrze. Dlatego, że ich na to nie stać, po drugie, dlatego że zdewastują te miejsca wcześniej czy później. Na całym świecie się tak robi. Taką dzielnicę, ogłasza się jako tak zwaną „lepszą dzielnicę” i ściąga do niej kreatywnych i młode przedsiębiorstwa.
Gdy już młodzi przedstawiciele klasy średniej tłumnie stawią się na Nadodrzu, osiedlając się w kupionych za słone kwoty apartamentach, pozostanie tylko postawić kropkę nad „i”: - Za nimi pojawiają się knajpy, sklepy, w których można kupić francuskie sery i wina. Oni napędzają rozwój całego kwartału. Tak trzeba zrobić, nie dlatego, że taka jest moja recepta, tylko dlatego, że tak się to wszędzie robi, a my prochu nie wymyślimy.
I sprawa będzie załatwiona. Niepożądaną ludność „się przeniesie”, choć prof. Fleischer nie był łaskaw określić, dokąd. Być może na przedmieścia Wrocławia, gdzie będzie ona mogła stworzyć getto biedy. Nadodrze stanie się zaś dzielnicą typowo burżuazyjną, gdzie przedstawiciele „zdrowej” części społeczeństwa będą mogli oddawać się konsumpcji serów i win. I to bez obaw, że zza rogu kamienicy najdzie ich żebrak, bandyta czy po prostu ktoś gorzej od nich sytuowany materialnie i ubrany w kiepskie ciuchy.
Dlaczego jest to tak ważne, by Nadodrzu zafundować rzekomo „zdrową” strukturę społeczną? Bo, jak tłumaczy prof. Fleischer: - Dowcip polega na tym, że to, co tutaj mieszka [podkr. aut.] zaczyna dominować w całej dzielnicy. Ja też mieszkam w takim miejscu – na Hubach (wrocławskie osiedle bloków mieszkalnych – przyp. aut.), czyli Bronxie. Jak się tam wprowadzałem, obowiązywała jeszcze jakaś równowaga. Teraz dresiarze przejęli władzę i psują wszystko, co się da. To nie jest zjawisko polskie, na całym świecie tak to działa. W związku z tym trzeba ich usunąć z tych dzielnic.
Nad taką wypowiedzią można by bez wahania przejść obojętnie. W polskim dyskursie publicznym od lat funkcjonuje Janusz Korwin-Mikke, który święcie wierzy w tego rodzaju rozwiązania. On jednak już dawno, na własne życzenie, zamknął się w celi śmiechu. Gdy podobne idee wprowadza do publicznej debaty profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, milczeć nie wolno.
Dlaczego? Bo, wykładając kawę na ławę, prof. Fleischer proponuje powstawanie gett dla ludzi z niższych klas społecznych. W jego wizji miasta nie mieszczą się ludzie o niższym niż jego statusie ekonomicznym. Według jego wizji, to osobnicy niegodni, by żyć w centrum miasta pośród „młodych przedsiębiorców”, smakoszy serów i win. To wizja, którą da się opisać w bardzo prosty sposób – ludzie, żyjący z tzw. junk jobs, którym w życiu nie powiodło się tak dobrze, jak profesorowi, mają zniknąć z jego pola widzenia. Niech kiszą się we własnym sosie, najlepiej z dala od rogatek miasta. W ten sposób oddzieli się zdrową tkankę lokalnej społeczności od tej gorszej – mniej obrotnej, gorzej wykształconej, raczej nie bywającej w teatrze.
Po 20 latach reform i stałego poganiania Polaków przez ekspertów, intelektualistów i polityków do wysiłku i wyrzeczeń, rozwarstwienie majątkowe czy kulturalne społeczeństwa w Polsce utrzymuje się na wysokim poziomie. To fakt wstydliwy dla kraju, którego władze snują wizję potęgi, porywając się na horrendalnie drogie misje zagraniczne wojska czy mirażowe projekty w rodzaju Euro 2012. Prof. Michael Fleischer musi mieć tego świadomość. Tymczasem idzie w poprzek realiów społecznych Polski, mówiąc wprost, że biedę należy eliminować, ale nie dzięki projektom socjalnym, tylko z pola widzenia przez wymuszanie przeprowadzki.
Mieszkańcy Nadodrza zasługują na to, by żyć w godnych warunkach, a nie w rozsypujących się ruderach. Zasługują na to, by władze miasta – wiedząc o kiepskiej sytuacji materialnej wielu z nich – stworzyły z myślą o nich szerokie programy tak socjalne, jak edukacyjne czy kulturalne. Nie da się całej pracy zwalić na środowisko NGO, umywając ręce, że przecież magistrat dotuje ich pracę, więc o Nadodrze się troszczy. Mieszkańcy tej dzielnicy zasługują też, jak każdy inny człowiek, na szacunek i godne traktowanie. Prof. Michael Fleischer w swojej wypowiedzi tego wszystkiego im odmawia, traktując ich jak ludzi gorszego gatunku, zawalidrogów na szczęśliwej ścieżce konsumpcji klasy średniej. Może więc, skoro prof. Fleischer tak bardzo by chciał w spokoju kosztować serów i win, powinien się przenieść do którejś z podwrocławskich miejscowości? A przy okazji zaciemnić okna w willi, ogrodzić ją 5-metrowym płotem i wykopać wokół niej fosę? Wtedy na pewno nie dostrzeże biedy i nie będzie musiał wzdragać się na samą myśl o niej. I będzie mógł w spokoju snuć swoje aspołeczne, neoliberalne wizje. Nikomu przy tym nie szkodząc i nie zatruwając nimi debaty publicznej.
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...