|
W dużych miastach coraz
częściej pojawiają się oddolne ruchy stawiające sobie za cel
modyfikację otaczającej nas miejskiej przestrzeni, poprawę jakości
życia czy ochronę zabytków albo zieleni. Czy jest to oddolna
aktywność zmierzająca do włączenia mieszkańców w zarządzanie
miastem i rzeczywista szansa przedefiniowania panujących stosunków
czy ekspozytura sytej klasy średniej walczącej o ławkę bez
kloszarda na zamkniętym osiedlu?
Ich
działalność przybiera różne formy, trudno więc mówić tu o
jakimś wspólnym horyzoncie celów. Jednak nawet pobieżne
przyjrzenie się tym aktywnościom wskazuje na pewną wspólnotę
wartości, jakie nimi kierują. Zdaje się, że mieszkańcy miasta
powoli przestają być obojętni na poczynania władz i swoje
otocznie. Podobne grupy pojawiły się na Śląsku (katowickie
Stowarzyszenie Nowe Miasto), w Warszawie (Forum Rozwoju Warszawy), a
w Łodzi najlepiej mi znana (ze zrozumiałych względów - sam
jestem łodzianinem) Grupa Pewnych Osób. Działania, które
podejmują, są bardzo różne - poczynając od happeningów
zmierzających do usunięcia szpecących ulicę plastikowych toalet, poprzez kampanie na rzecz uporządkowania mebli miejskich,
zachęcanie do lepszego dbania o zieleń miejską po włączanie się
w debaty na temat nowych inwestycji. Czasem są to działania dosyć
klasyczne - nacisk na urzędników, zabieranie głosu w sporach z
developerami, czasem zaś przybierają bardziej anarchiczną formę -
jak krakowska akcja Łukasza Rotha, który w bardzo namacalny sposób
- wałkiem z farbą - piętnował pojazdy nieprzepisowo
zaparkowane na chodniku. Wszystkie jednak łączy dążenie do
uporządkowania miejskiej przestrzeni, ukrócenia samowoli
developerów, ale i mieszkańców, chęć zapanowania nad
niekontrolowanymi zmianami ładu przestrzennego i wizualnego.
Podobne
akcje są coraz częstsze, a ich uczestnicy stali się ulubieńcami
mediów, choćby lokalnych odnóg „Gazety Wyborczej”, które widzą w
nich alternatywę dla urzędniczej niekompetencji i marazmu, tyranii
inwestorów i wszechobecnego niedbalstwa i brzydoty. (Co do tego, że
w polskich miastach jest, niestety, brzydko, chyba wszyscy się
zgodzimy). Słowem przedstawia się je jako autentyczny obywatelski
głos, powiew alternatywnego i ożywczego spojrzenia na miasto. Jak
jednak krytyczne oko powinno je traktować? Czy jest to rzeczywisty
oddolny protest, szansa na włączenie mieszkańców w procesy
zarządzenia miastem i uczynienia go bardziej demokratycznym? Może
jest jednak inaczej?
Tak zdaje się sugerować Krzysztof Nawratek w rozpoczętej na swoim
blogu dyskusji na ten temat. „Jednak lewicowej rewolucji nie
będzie. Nie z tej mąki”. Ruchy te są według niego po prostu
wykwitem rosnącej „klasowej świadomości młodej polskiej klasy
średniej”, tak naprawdę nieco przyczajoną ekspozyturą interesów
wielkiego kapitału, który chce zawładnąć miejską przestrzenią
(a raczej już nią włada). Pisze Nawratek:
Bardzo często wspierają oni
dużych inwestorów, (…) są generalnie zwolennikami gentryfikacji
- usuwania „menelów” z dzielnic które uznają za ważne i
istotne dla rozwoju miasta. Zdecydowana większość jest
zdeklarowanymi wolnorynkowcami - w „korwinistycznym”
wydaniu. (…) Nie ma w ich retoryce miejsca na reformy społeczne,
na bezrobotnych, bezdomnych, biednych - no chyba, że mówią o
„elementach” jakie z miasta należy usuwać.
Zaiste, perspektywa niezbyt
zachęcająca, zwłaszcza, że owi aktywni „miejscy
profesjonaliści” (a jednak odtrąbione odejście yuppies było
przedwczesne…) dopiero szykują się do przejęcia sterów polskich
miast - na razie sadzą drzewka na klombach, ale już niedługo
wejdą do magistratów, „wykopią w końcu starych przedstawicieli
komunistyczno-solidarnościowo-kościelnego establishmentu, który
rządzi polskimi miastami od dawna” i zaczną swoje profesjonalne
zarządzanie. A „neoliberalna kontrrewolucja” ciągle przed
nami. Szczerze mówiąc, nie pokrzepiła mnie ta diagnoza; myślałem,
że gorzej już nie będzie.
Niestety,
w wielu punktach trudno się nie zgodzić z Nawratkiem. Jako że mój poprzedni tekst o walce o miejską przestrzeń i łódzkie
zabytki jego zdaniem „trudno uznać za lewicowy”, mój głos
również został pośrednio wpisany w chór niestanowiący realnej
alternatywy dla hegemonicznych sił developerskiego kapitalizmu.
Zaprawdę, niewątpliwie przyswoiłem i zinternalizowałem głęboko
wartości klasy średniej, z której jako żywo się wywodzę. Jestem
wielkomiejskim studentem, który mimo powracającej tęsknoty za
prawdziwym doświadczeniem ma zbyt dużo do stracenia, by podjąć
prawdziwy miejski bunt i palić samochody na przedmieściach. Swoją
świadomość klasową przekroczyć jest niezwykle trudno, a
wzniesienie się ponad swoje interesy jawi się prawie niemożliwym.
Mimo to jednak również widzę ową skazę na świeżym jak zadbany
trawnik wizerunku miejskich aktywistów.
Na
pewno w dużej części jest to protest o estetycznym charakterze.
Walczy się o kwiatki w klombach, ławki na placyku przed blokiem,
ograniczenie pstrokatych reklam, nieparkowanie na trawnikach i
zachowanie historycznej tkanki miasta. Na pewno nie zawsze jest w tym
horyzont szerszej zmiany społecznej, krytyka zmierzająca do
przedefiniowania stosunków władzy czy choćby troska o wykluczonych
mieszkańców. Często pojawia się bezkrytyczna afirmacja dla nowych
inwestycji, a nawet mniej lub bardziej jawne dążenie do
gentryfikacji i usunięcia zbędnych mieszkańców z widoku w
wypacykowanym centrum. To wszystko powinniśmy dokładnie
prześwietlić, i nie ustawać w sprzeciwie. Często są to
rzeczywiście postulaty nie tylko nie lewicowe, ale złowrogie w swym
estetyzującym elitaryzmie. Ale z całą świadomością tego bagażu,
z zamiarem walki o zmianę takiego myślenia - również wśród
owych aktywistów miejskich, którzy wydają się czasem dosyć
bezkrytycznie przyjmować liberalne banały, można też dostrzec
jaśniejszą stronę.
Kwiatki na klombach i ławki na
skwerku to prawo do publicznej przestrzeni, w której można
bezinteresownie i darmowo spędzić czas. Ograniczenie wszechobecnych
reklam to percepcyjny spokój i wolność od nachalności
kapitalistycznych obrazów, ale też, dla wielu, po prostu
niezasłonięty widok z okna. Wolne od samochodów trawniki to
pierwszy akt sztuki o miastach bez spalin i hałasu, niezdominowanych
przez kierowców SUV-ów z przedmieść. Walka o zachowanie
historycznych zespołów urbanistycznych i zabytków to walka o pewne
dobro wspólne, wznoszące się ponad interes inwestora i
kamienicznika - zabytkowa tkanka, nawet wykorzystana komercyjnie,
stanowi o charakterze i klimacie miasta, z którego korzystają
wszyscy mieszkańcy. Może już dla mnie za późno, ale jakkolwiek
bym próbował przekroczyć swoje uwikłania, to wydaje mi się, że
na skalę miejskiej wspólnoty są to wartości w miarę uniwersalne.
Jest
też argument pragmatyczny. Walka o język, którym opisujemy
rzeczywistość, trwa. Zestaw ostatecznych wartości, kategorie w
jakich je wyrażamy, nasze nadzieje i marzenia nie zmieniają się od
razu. Nie możemy czekać, bo tracimy pola - zabytki padają, malle
powstają, płoty osiedli zamkniętych rosną. Tymczasem teraz
lewicowe argumenty w urzędach trafiają w próżnię: inwestycje
dalej są fetyszem, a wzrost totemem. Dlatego walka o miasto musi być
prowadzona na wielu poziomach. Z jednej strony jest to staranie się
o zmianę panujących reguł gry, tak by lewicowe racje nie były
wykluczane z publicznego porządku obrad jako nieracjonalne czy
nienormalne. Ale zanim zmienimy grę, w którą gramy, musimy też
usiąść do stolika ze starą planszą, bo potem skończą się
żetony. Debatę o miasto musimy toczyć częściowo na panujących
zasadach, wpisywać się w toczone spory i argumentować tak, by
trafić również do tych po
przeciwnej stronie. Musimy więc odwoływać się do zespołu
nieproblematyzowanych (na razie) wartości i celów. Dlatego walka o
zabytki to również zachowanie tradycji (akcent konserwatywny),
możliwość przyciągnięcia inwestorów (może niekoniecznie
przemysłowej peklowni mięsa, ale zawsze - akcent
kapitalistyczny), lepsza jakość życia, atrakcyjniejsze tereny i
wyższe ceny nieruchomości (liberalno-rynkowy). Jest zapewne w tym
nuta świadomości cynicznej, ale z drugiej strony też świadomość
warunków, w jakich się działa - zarówno na płaszczyźnie
argumentacji, jak i gospodarczej rzeczywistości. Na razie sensowny
biznes może być czynnikiem sprzyjającym zrównoważonemu rozwojowi
i polepszeniu jakości życia.
Ruchy miejskie podejmują też
działania, które bezpośrednio skierowane są do społecznie
wykluczonych. Grupa Pewnych Osób podjęła rewelacyjną akcję
„Lipowa od nowa” zmierzającą do aktywizacji i integracji
mieszkańców łódzkiej ulicy Lipowej, która na pewno nie jest
zbiorem domków klasy średniej. Jeden z łódzkich aktywistów,
związany z łódzkim klubem Krytyki Politycznej, od jakiegoś czasu
wściekle uprawia roślinną partyzantkę, sadząc w różnych
miejscach kwiaty - od podwórek zdegenerowanej społecznie i
infrastrukturalnie ulicy Wschodniej, gdzie również włączają się
w to mieszkańcy, a sam pomysł wyszedł po części od miejscowych
dzieci, po niedawne sadzenie kwiatów w klombach na placu Wolności
(razem z GPO). To wszystko są kroki, na razie drobne, zmierzające
do włączenia tych ludzi w społeczny obieg, dania im języka w
walce o swoje prawo do godnego życia w miejskiej wspólnocie. To się
nie stanie od razu, ale wykluczeni na razie nie mówią. Trudno
obwiniać o to „młodych profesjonalistów”, którzy starają się
podług swoich pomysłów i możliwości to zmienić - a nie jest
to zadanie łatwe. W różnych miejscach podejmowane są próby
szerszego włączenie mieszkańców w procesy decyzyjne w mieście,
czy to za pomocą sondażu deliberacyjnego, czy innych metod
„inkluzji interesariuszy” (warszawska Praga, łódzki Księży
Młyn). Zgoda, są to metody oparte o racjonalne argumentowanie w
sferze publicznej à la
Habermas i zmierzają raczej do włączenia wykluczonych w istniejący
obieg niż przedefiniowania tego obiegu, ale wydaje się, że dobre
i to. Jest to krok naprzód w stosunku do centralnego zarządzania
przez mało kompetentne władze miejskie pozostające w niejasnych
powiązaniach z biznesem, nawet jeśli niezależne, to całkowicie
bezwolne wobec kapitalistycznego paradygmatu miejskiego rozwoju.
Każdy
ma taką rewolucję, na jaką zasługuje. Dlatego, mimo wszystkich
zastrzeżeń, jestem przekonany, że miejskie ruchy społeczne to
jednak jaskółka demokratyzującej zarządzanie miastem wiosny.
Jeśli tylko nie obiorą najgorszego z możliwych,
„neoliberalno-kontrrewolucyjnego” kierunku, i nie zajmą się
tylko tropieniem narożnych handlarzy, są też formą aktywizacji i
włączenia mieszkańców, z czasem może nie tylko tych z klasy średniej.
PS W Łodzi w obliczu bezprecedensowego wyniszczania zabytkowej tkanki
miejskiej utworzyła się osobliwa koalicja (Ruch Społeczny -
Szacunek dla Łodzi) zrzeszająca przeróżne organizacje i
środowiska, profesjonalne i obywatelskie, które pewnie nigdy by się
nie spotkały. Tymczasem, ścierając się ze sobą, motywowane
różnymi interesami, działają we wspólnej sprawie. Czy nie jest
to zalążek demokratycznej inkluzji równych postaw i choć lokalna
namiastka pluralizmu (na razie wśród miejskiej klasy średniej)? W
najbliższym czasie odbędzie się specjalna sesja z udziałem
łódzkich władz lokalnych, organizowana przez łódzkich radnych i
Ruch, mająca na celu uświadomienie wagi problemu. Coś się jednak zaczyna…
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...