|
Większość komentarzy na temat zajść londyńskich zmieścić można pomiędzy twardym potępianiem wandalizmu i rozbestwienia imigranckiego motłochu a łaskawym pochylaniem się nad trudną dolą wykluczonych. Od lewa do prawa publicyści uderzają w zgrane tony wyjaśniając, że choć wypadki swoją skalą przerastają to co znane, w istocie nie są niczym nowym.
Ogień rozlewa się po kolejnych dzielnicach, rozpala kolejne miasta, a do jego gaszenia zostały wysłane siły prawie dwukrotnie liczebniejsze od tych, które porządku pilnują teraz w Afganistanie. A my czytamy, że to po prostu chuliganeria się bawi. No, chyba, że ktoś ma serce akurat po lewej stronie, to przeczyta, że to wykluczeni, ofiary ostatnich cięć socjalnych, wołają o pomoc. Za oknem zawierucha, ale my już wiemy co i dlaczego się dzieje. My, cywilizowani, kulturalni, wkluczeni, siedzimy spokojnie czekając na five o’clock, kiedy wszystko wróci do normy.
Brytyjskie rozruchy robią się interesujące dopiero gdy przestaniemy je diagnozować, interpretować i katalogować znad filiżanki herbaty. Gdy porzucimy chęć, by zrozumieć je z perspektywy naszych salonów i zastąpimy ją próbą zrozumienia właśnie naszych salonów przez pryzmat płonącej londyńskiej ulicy. Możemy oczywiście potraktować to wszystko jako eksces, wydarzenie na marginesie, rysujące jaskrawą linię oddzielającą nas od tych, którzy nie trafili na naszego fajfa. Jednak czy nie rozumniej będzie zobaczyć w tych płonących, plądrowanych miastach, nie tyle niefortunne produkty uboczne konsumpcjonistycznego kapitalizmu, co konsumpcjonizm par excellence?
Jaka jest różnica między brytyjskimi grabieżami a naszym codziennym rozdrapywaniem świata? Jedno i drugie jest równie spektakularne, równie ostentacyjne. Może przemoc dzisiejszej ulicy londyńskiej odrobinę bardziej rzuca się w oczy. Ale przecież nasz codzienny porządek jest niczym innym jak funkcją przemocy ukrytej, a więc różnica ta jest tylko powierzchniowa. Szaber jest bardziej destrukcyjny? Na co dzień niszczycielski potencjał konsumpcjonizmu realizowany jest w formie rozproszonej i bez rozgłosu. Eksportowany w formie skrajnego wyzysku do krajów peryferyjnych. Wyrzucany z dwutlenkiem węgla przez fabryczne kominy. Demolujący ekosystemy, drzewo po drzewie, gatunek po gatunku. Zarzynający wartości, więzi i instytucje na ołtarzu wzrostu PKB. Przemieniający życie, dzień po dniu, w środek do życia jedynie.
Może więc brytyjskie rozruchy po prostu brutalniej, bo pod sam nos podtykając zgliszcza, pokazują nam destrukcję od zawsze z konsumpcjonizmem związaną?
Wobec tego, jeśli czegoś powinniśmy się z brytyjskich rozruchów nauczyć, to nie tego, jak wrócić do codzienności i nie dopuszczać już więcej do podobnych ekscesów, lecz tego, że to nasza codzienność jest wielkim ekscesem. Dlatego też brytyjscy komentatorzy mają rację, powtarzając swoją mantrę: „to już było”. W końcu to tylko letnia wyprzedaż.
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...