|
Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy nowego kodeksu wyborczego zabraniające reklamy politycznej są niezgodne z Konstytucją. Uznał, że zakaz taki łamałby jedną z zasad ustrojowych III RP, a dokładniej artykuł 54 Konstytucji: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” (ust. 1), a „cenzura prewencyjna jest zakazana” (ust. 2). Zdaniem Trybunału przepisy te w równym stopniu odnoszą się do osób fizycznych i instytucji, na przykład partii politycznych. Mówiąc wprost: zdaniem Trybunału wolność słowa polega na tym, by każdy dysponujący tymi wolnymi kilkoma milionami mógł kupić sobie czas między prognozą pogody i wiadomościami sportowymi, a wolność do „zbierania informacji” na wpatrywaniu się w zatroskane o losy ojczyzny wizerunki polityków (i nielicznych polityczek) na billboardach.
Wolność wyrażania poglądów i pozyskiwania informacji to standard w konstytucjach większości liberalnych demokracji. A jednak przyzwolenie na polityczną reklamę wcale nie jest normą. Orzeczenie TK stawia nas w mniejszości wśród państw tworzących Unię Europejską. Co ciekawe, podział między starą a nową Europą, między dojrzałymi demokracjami a krajami „nowej Unii” ujawnia się także w podejściu do reklamy politycznej. W Europie to przede wszystkim młode demokracje, zwłaszcza z Europy Wschodniej, zezwalają na nią, powołując się przy tym na zasady wolności słowa, postrzeganej przede wszystkim jako brak prawno-administracyjnych zakazów zabraniających wprowadzania do publicznego obiegu danych treści. Taką interpretację przyjął też polski Trybunał – a przecież nie jest ona wcale oczywista. W zasadzie poza Włochami w większości starych, liberalnych demokracji z Europy Zachodniej (Niemcy, Wielka Brytania, kraje skandynawskie, Szwajcaria) reklama polityczna (zwłaszcza telewizyjna) jest albo zakazana, albo bardzo ściśle ograniczona.
Najbardziej restrykcyjna jest Francja. Zakazane są tam reklamy wielkopowierzchniowe, wykupywanie czasu na emisję spotów reklamowych w telewizji, wysyłanie wyborcom ulotek, atakowanie ich poczty elektronicznej treściami wyborczymi.
Czy to znaczy, że francuscy obywatele i obywatelki są odcięci od informacji o programach i planach partii politycznych? A skąd. Zamiast spotów przygotowywanych przez partie są specjalne audycje wyborcze w telewizji i każda partia startująca w wyborach ma tam tyle samo czasu do wykorzystania. W każdym merostwie (odpowiedniku naszej gminy) wisi tablica, gdzie wszyscy kandydaci na obieralne urzędy mają tyle samo miejsca na przedstawienie swoich materiałów wyborczych. Oprócz tego każdy wyborca dostaje do swojej skrzynki pocztowej pakiet z materiałami zawierającymi informacje o programach wyborczych wszystkich startujących partii politycznych. Ale takie materiały można wysłać obywatelom tylko raz!
Rozwiązania te nie chronią oczywiście francuskiej klasy politycznej przed alienacją, nie czynią polityki całkowicie autonomiczną od wpływów mediów i kapitału. Efekciarskie spoty wyborcze zawsze przecież można wrzucić na YouTube’aa i reklamować metodami marketingu wirusowego. Ale wszystkie te drobiazgowe zakazy stwarzają warunki, by politycy przynajmniej starali się formułować różnice między sobą w merytoryczny sposób, zmuszają ich do odnoszenia się do treści programowych, do nawiązywania z wyborcami kontaktów w inny sposób niż poprzez manipulacyjną, perswazyjną komunikację sprzedającą politykę i polityków na tej samej zasadzie, na jakiej sprzedaje się proszki do prania.
Co ciekawe, Rada Europy monitorująca przestrzeganie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka nigdy nie zabrała głosu w sprawie płatnych reklam politycznych. A wedle logiki polskiego Trybunału powinna, skoro artykuł 10 Konwencji gwarantuje wolność wyrażania opinii, a jej sygnatariuszami są państwa, które reklamy politycznej zakazują.
Być może odpowiedź kryje się w wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. I to nie w sprawie reklamowania partii, ale mięsa. W 2001 roku w sprawie VGT Verein gegen Tierfabriken kontra Szwajcaria Europejski Trybunał przychylił się do wyroku szwajcarskiego sądu, który zakazał emisji w telewizji materiałów obrońców praw zwierząt protestujących przeciwko praktykom szwajcarskiego przemysłu mięsnego. W ten sposób Trybunał pośrednio uznał zakaz płatnej reklamy politycznej za zgodny z 10 artykułem Konwencji.
W pierwszym odruchu wyrok ten może oburzać: sąd (w dodatku na wniosek zasobnego lobby mięsnego) uniemożliwia organizacji pozarządowej wykupienie czasu antenowego na propagowanie ważnych kwestii społecznych. Czy jednak rzeczywiście dostęp do telewizji powinny mieć tylko te organizacje pozarządowe (nawet głoszące najszlachetniejsze idee) albo podmioty polityczne (nawet reprezentujące najsłuszniejsze poglądy), które stać na wykupienie zwykle drogiego czasu antenowego? Czy wolność wypowiedzi rzeczywiście sprowadza się do kupowania sobie przestrzeni do wypowiedzi?
Te pytania przewijają się w dotyczącym podobnej sprawy orzeczeniu brytyjskiej Izby Lordów z marca 2008 roku. Instytucja kontrolująca reklamę telewizyjną na Wyspach odmówiła emisji płatnych materiałów organizacji walczącej o prawa zwierząt. Trybunał Izby Lordów utrzymał wprowadzony przez ustawę z 2003 roku zakaz telewizyjnej emisji płatnych materiałów, których treści mają otwarcie polityczny lub religijny charakter. Uzasadniając tą decyzję, lordowie wskazali, że taki zakaz jest konieczny dla utrzymania podstawowej równości szans w ramach demokratycznej konkurencji idei. Bez zakazu, argumentował Trybunał, grupy dysponujące dużymi środkami finansowymi mogłyby używać ich do tego, by ich poglądy były szczególnie obecne w przestrzeni publicznej.
W uzasadnieniu wyroku czytamy nie tylko, że nie jest to sprzeczne z prawem do wolności słowa, ale że to właśnie sama zasada wolności słowa obejmuje ochronę obywateli przed zalewem partyjnej czy jakiejkolwiek innej płatnej reklamy politycznej w takich mediach jak telewizja. Ciągłe powtarzanie pewnych politycznych treści stwarza bowiem zagrożenie, że mogą one być postrzegane przez opinię publiczną jako oczywiste, niezależnie od tego, jak radzą sobie w ramach demokratycznej debaty.
Takiego rozumienia wolności słowa – jako wolności od kształtowania debaty publicznej przez nabierające statusu oczywistości komunikaty – zupełnie zabrakło w orzeczeniu naszego Trybunału Konstytucyjnego. Oczywiście zakaz reklamy politycznej nie rozwiązuje problemów nowoczesnej demokracji. Choć we Francji czy w Niemczech poziom debaty jest o wiele wyższy niż w Polsce, to nie wynika to wyłącznie z zakazu płatnej politycznej reklamy. Problem tkwi nie tylko w zalewie reklam wyborczych wypranych z jakiejkolwiek treści, symulujących dialog ze społeczeństwem, ale także w tym, jakie treści przedostają się do debaty publicznej, jakim przypisuje się status „tematów poważnych”, a jakim nie, jak obsługują je dziennikarze i od tego, czy media nastawione są na rzeczywistą dyskusję, czy raczej na infotainment.
Zakaz reklamy politycznej nie uzdrowi polskiej demokracji, ale na pewno stworzyłby pewne minimalne warunki, by była ona w mniejszym stopniu nastawiona na produkcję rytualnych, wypranych z treści komunikatów. Nie doprowadzi z pewnością do jej natychmiastowej dekartelizacji i otwarcia przestrzeni dla nowych graczy, ale stanowi absolutnie wstępny warunek jej uzdrowienia i przybliżenia do standardów rozwiniętych demokracji europejskich. Taka, a nie inna interpretacja art. 54 ustawy zasadniczej jest więc – jak wiele decyzji Trybunału – decyzją polityczną. Może powinniśmy uczynić tematem dyskusji także rolę TK w naszej demokracji?
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...