|
Zaczęło się od arabskiej wiosny, protestów w Tunezji, Egipcie i Syrii. Potem była okupacja Puerta del Sol w Madrycie, placów i ulic w całej Hiszpanii. Teraz ruch Democracia Real Ya! maszeruje na Brukselę, gdzie ma dotrzeć 15 października. Także w Izraelu ludzie, głównie młodzi, zaczęli masowo wychodzić na ulice, protestując przeciw polityce izraelskiego rządu, który wydaje wielkie pieniądze na finansowanie osadnictwa na Zachodnim Brzegu w sytuacji, gdy większość młodych nie ma szans na pracę pozwalającej na względną finansową stabilizację, nie mówiąc o własnym mieszkaniu.
W tym samym czasie na Manhattanie, w parku bezpośrednio sąsiadującym z Wall Street – sercem globalnego systemu finansowego – Amerykanie wydają się iść w ślady Europejczyków. Zainspirowani wydarzeniami w Madrycie i zwołujący się przez internet protestujący od czerwca gromadzą się w okolicach Tompkins Square. Formujący się ruch społeczny przyjął nazwę Zgromadzenie Ogólne Nowego Jorku – w jasny sposób nawiązującą do wielkich tradycji rewolucyjnych XVIII wieku, z których zrodziły się nowoczesne demokracje, z amerykańską na czele.
17 września marsz zmierzający w kierunku Wall Street został zatrzymany w okolicach Zuccotti Park. Protestujący postanowili tam zostać – niemal pod oknami najważniejszych instytucji finansowych Ameryki. Sprzeciwiają się dominacji kapitału nad demokracją i światem pracy oraz pogłębiającym się nierównościom społecznym, które zagrażają istnieniu szerokiej klasy średniej, na której przez ostatni wiek opierał się „amerykański sen”.
Wszystkie te wydarzenia tworzą powszechną falę wzburzenia, która może poważnie zmienić warunki, w jakich rozgrywa się współczesna polityka. Ruch społeczny na Wall Street, tak jak w Madrycie czy Kairze, nie jest kierowany przez żadną partię czy grupę zawodowych polityków. Pozbawiony jest stałego politycznego przywództwa i – jak dotąd – jasnych politycznych żądań; nie dąży do przejęcia władzy w „demokratycznych instytucjach”, jest za to wielkim świętem (i próbą) bezpośredniej oddolnej demokracji. Tak jak w Madrycie, demonstranci nie zamierzają rozejść się do domów, samą swoją obecnością na ulicach podważając legitymację amerykańskich instytucji. Stacjonujące w Zuccotti Park Zgromadzenie Ogólne samo rządzi się za pomocą codziennych zebrań wszystkich członków, gdzie każdy może się wypowiedzieć na równych prawach i gdzie każda, nawet najdrobniejsza, decyzja podejmowana jest demokratycznie.
Zgromadzenie dzieli się na poszczególne komisje, które zajmują się utrzymaniem porządku, kontaktem z mediami, przygotowywaniem oświadczeń, pracą nad postulatami itd. Wielu uczestników protestu opowiada, jak niezwykłym doświadczeniem jest dla nich udział w okupacji Wall Street – jak bardzo daje poczucie podmiotowości, prawdziwej demokratycznej sprawczości, wreszcie autentycznej wspólnoty. Trudno nie skojarzyć tych słów z tym, jak uczestnicy pierwszej „Solidarności” opisywali swoje doświadczenia z okresu między sierpniem ’80 a 13 grudnia 1981 roku.
W Nowym Jorku, Madrycie i Tel Awiwie dominują ludzie młodzi: studenci pogrążający się w długach, które muszą zaciągać na sfinansowanie edukacji; absolwenci prestiżowych uczelni zmuszeni – by spłacić kredyty i bieżące zobowiązania – pracować w trzech miejscach naraz, z których żadne nie daje względnego bezpieczeństwa socjalnego i dobrobytu finansowego. Protesty pokolenia urodzonego na początku lat 80. są symptomem bardzo głębokiego kryzysu obecnego modelu gospodarki światowej, która wkraczającym w dorosłe życie ludziom nie jest w stanie zaoferować poprawy losu (czy to kolektywnej, czy to przez indywidualne ścieżki kariery). Wszystko wskazuje na to, że będą mieli o „wiele gorzej” niż ich rodzice.
W Stanach ten kryzys modelu wzrostu i zablokowanie perspektyw dla młodych ludzi są najwyraźniej widoczne. Po uwzględnieniu inflacji i zmian siły nabywczej dolara w ciągu ostatnich 40 lat okazuje się, że choć amerykańska gospodarka rozwijała się w tempie kilku procent rocznie, średnia płaca nie podniosła się ani o centa, pozostając na poziomie z czasów Nixona. Pogorszyła się sytuacja ekonomiczna większości amerykańskich gospodarstw domowych. Płaca minimalna w ciągu ostatnich czterech dekad de facto spadła – w 1968 roku (licząc w dzisiejszej sile nabywczej) wynosiła ponad 10 dolarów za godzinę, dziś wynosi o połowę mniej – 5,15. W przeliczeniu na etat nie daje to pensji pozwalającej na zapewnienie najbardziej podstawowych potrzeb. Większość miejsc pracy, jaka powstaje w Stanach co najmniej od czasów Clintona, to prace śmieciowe: nisko płatne, niepozwalające na utrzymanie przeciętnego gospodarstwa domowego na poziomie klasy średniej.
W tym samym czasie dochody najbogatszych rosły szybciej niż kiedykolwiek w amerykańskiej historii – 80% wzrostu dochodów osób fizycznych w ostatnich czterdziestu latach przypadło 1% (!) najbogatszych Amerykanów. Jak szacują ekonomiści, amerykańskie społeczeństwo zbliża się powoli do stanu, w którym 1% najbogatszych będzie posiadał majątek równy temu, co posiada 95% uboższej części społeczeństwa. Jednocześnie konsumpcja 1% najbogatszych nie jest w stanie dostarczyć gospodarce impulsu do rozwoju. Wobec zamrożenia płac wzrost konsumpcji klas średnich finansowany był w dużej mierze z długów, których teraz nie jest w stanie spłacić.
Protestujący na Wall Street często to podkreślają: „My reprezentujemy 99%, podczas gdy decydujący wpływ na to, co dzieje się w naszym kraju, ma 1% najbogatszych”. Nierówności dochodowe w Stanach rzeczywiście raczej przypominają Trzeci Świat niż rozwinięte kraje Europy Zachodniej. Współczynnik Giniego (im jest on wyższy, tym większe rozwarstwienie w danym społeczeństwie) w Stanach mieścił się w ostatnich latach w przedziale 0,45 – 0,49 – był więc wyższy nie tylko od średniej unijnej (ok. 0,3), ale nawet od takich krajów jak Rosja (0,41 – 0,44). Także mobilność społeczna w Stanach jest, obok Wielkiej Brytanii, najniższa z krajów rozwiniętych. W Ameryce, jeśli jesteś biedny, to dystans dzielący cię od najbogatszych jest nie tylko większy niż w Europie, ale także szanse na zmianę tego stanu rzeczy są o wiele mniejsze.
To, co dzieje się w Hiszpanii, Izraelu i Stanach, jest także symptomem głębokiego kryzysu współczesnej demokracji liberalnej, całkowicie zdominowanej przez logikę rynku. I znów: być może Stany są miejscem, gdzie kryzys ten widać najwyraźniej. Dwie partie, obie w dużej mierze zależne od dotacji od wielkiego biznesu, całkowicie zdominowały politykę. Masy wyborców, przekonanych, że nic nie są w stanie zmienić przez udział w wyborach, wycofują się z politycznej aktywności – frekwencja w Stanach rzadko przekracza 50% i zwykle jest prawie o połowę mniejsza niż w demokracjach Europy Zachodniej.
Kampania Obamy, jak wskazywał między innymi Charles Taylor, odwoływała się do ludzi zmagających się z poczuciem politycznej impotencji, przekonanych, że w nominalnie demokratycznych państwie na nic tak naprawdę nie mają wpływu. Mimo pewnych sukcesów (skromna reforma systemu ubezpieczeń zdrowotnych ułatwiająca dostęp do opieki medycznej najuboższym obywatelom) pierwsza kadencja Obamy jest na razie jednak raczej rozczarowaniem. Od zgromadzonych na Wall Street protestujących Obama otrzymuje przewrotny komunikat: ci ludzie wzięli za dobrą monetę nie tylko hasło „Yes we can”, ale także zapisaną w Deklaracji Niepodległości zasadę, że każda „sprawiedliwa władza pochodzi ze zgody narodu”. Realizują ją na ulicach, przypominając amerykańskiej demokracji i jej zaskorupiałym instytucjom rewolucyjne korzenie, z jakich się wywodzą.
Slavoj Žižek w książce Od tragedii do farsy stawia tezę, że neoliberalna utopia końca historii skończyła się dwa razy: za pierwszym razem wraz z atakami terrorystycznymi na WTC we wrześniu 2001 roku, za drugim – wraz kryzysem zapoczątkowanym przez bankructwo Lehman Brothers latem 2008 roku. Oba wydarzenia miały miejsce na Wall Street. Obecne protestu pokazują, że kończy się być może jeszcze jedno: sen o Ameryce jako o społeczeństwie szerokiej klasy średniej, do której każdy może się dostać dzięki swojej pracy. Być może taka Ameryka nigdy nie istniała, ale widzimy, jak kruszy się jej mit.
Jedną z odpowiedzi na ten stan rzeczy jest skrajnie obskurancki ruch Tea Party – ratunku szukający w „małym rządzie”, chrześcijańskich wartościach i powrocie do tradycji amerykańskiego indywidualizmu, rozumianego jako walka każdej rodziny o swój własny dobrobyt. Ale Ameryka ma też inne tradycje, i to do nich odwołują się protestujący dziś na Wall Street.
Po zamachach 11 września André Glucksmann (intelektualista, który po szlachetnej młodości w ruchu maoistycznym stał się jednym z najbardziej smutnych przykładów współczesnej „zdrady klerków”) napisał donos na współczesny „nihilizm” zatytułowany Dostojewski na Manhattanie. Dziś na Manhattanie gości raczej duch Thoreau – jednego z pierwszych amerykańskich filozofów, twórcy doktryny obywatelskiego nieposłuszeństwa, zgodnie z którą lud, by zachować ducha demokracji, musi czasem przeciwstawić się jej prawom i wyłonionym w demokratycznych wyborach władzom.
Nie wiadomo, jakie postulaty przedstawią demonstrujący i czy ich protest będzie miał jakiekolwiek przełożenie na amerykańską politykę partyjną, ale pokazuje on dwa niezwykle ważne procesy. Po pierwsze globalną – od Nowego Jorku, przez Madryt, po Tel Awiw – niezgodę młodego pokolenia, by wchodzić w dorosłe życie na warunkach pozostawionych przez pokolenie rodziców i jego neoliberalną politykę. Po drugie – utratę przez populistyczną amerykańską prawicę monopolu na wyrażanie niezadowolenia z powodu gnicia amerykańskiego snu.
Czytaj też: Deklaracja okupacji Nowego Jorku
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...