|
Po tym, gdy Grecja otrzymała 100 miliardów euro pomocy od krajów Unii, a Angela Merkel i Nicolas Sarkozy wynegocjowali w Brukseli układ z europejskimi bankami, przekonując je, by anulowały połowę greckich długów, wydawało się, że sytuacja na Peloponezie została opanowana. Greckim politykom pozostało tylko z wdzięcznością przyjąć przygotowaną dla nich ugodę i zacząć wprowadzać pakiet oszczędnościowy. A to wiązało się między innymi z drastyczną redukcją pensji i etatów w sektorze publicznym.
Pozostawali jeszcze rzecz jasna Grecy protestujący masowo na ulicach, ale ich równania europejskich finansistów i polityków nie uwzględniały.
A jednak Grecy znaleźli się w tych równaniach. Wprowadził ich tam zaskakujący wszystkich, w tym jego własnych sojuszników politycznych, gest premiera Jeorjosa Papandreu – zapowiedział on referendum (pierwsze w Grecji od upadku prawicowej dyktatury pułkowników w 1974 roku) w sprawie przyjęcia oferowanego przez Europę pakietu ratunkowego. Zapowiedź ta wywołała burzę – a raczej całą ich serię. Spadki na giełdach papierów wartościowych od Nowego Jorku po Frankfurt nad Menem, nerwowe ruchy prezydenta Sarkozy’ego („The Guardian” pisze, że klęska planu ratunkowego dla Grecji może kosztować go reelekcję) i hospitalizację greckiego ministra finansów, Evangelosa Venizelosa, który o decyzji w sprawie referendum dowiedział się z mediów. Rząd Papandreu jest na skraju upadku, w piątek parlament będzie głosował nad wotum zaufania dla niego. Jeśli propozycja referendum upadnie razem z rządem, to – z punktu widzenia rynków finansowych – nowe wybory parlamentarne będą równie kłopotliwe, co referendum.
Prasa krytykuje Papandreu za niebezpieczny, nieodpowiedzialny polityczny gambit, nad jego posunięciem rozpaczają greccy i europejscy politycy. Tymczasem grecki premier po prostu wziął za dobrą monetę podstawową zasadę, jaka kieruje liberalną demokracją – nie tylko formą rządu, ale i ideą ustrojową wszystkich krajów Unii Europejskiej: że suwerenem jest lud i to on ma prawo do podejmowania najważniejszych decyzji, czy to sam (w ramach mechanizmów demokracji bezpośredniej), czy przez swoich demokratycznie wybranych przedstawicieli. Tymczasem komentarze towarzyszące decyzji przywódcy greckich socjaldemokratów dają się ostatecznie podsumować: „Lud może i jest suwerenem, ale nie przesadzajmy z tym, w naprawdę ważnych sprawach, w rzeczywiście kryzysowych sytuacjach lepiej ludu o zdanie nie pytać, bo może doprowadzić to do katastrofy”. Jeśli jednak demokracja, jako rzeczywiste rządy ludu, a nie wyłącznie zbiór procedur wyłaniania władzy, ma cokolwiek znaczyć, to lud musi mieć prawo głosu właśnie w wyjątkowych, kryzysowych sytuacjach, gdzie decyzje wiążą się z najbardziej fundamentalnymi stawkami. Jedyne co można w tym świetle zarzucić Papandreu to fakt, że do głosu ludu odwołał się tak późno. Chciałoby się zamknąć całą tą dyskusję twierdzeniem: „Jeśli demokracja jest sprzeczna z racjonalnością ekonomiczną, to tym gorzej dla ekonomii”.
Ale sprawa nie jest taka prosta, demokracja nie istnieje w próżni, ale zawsze w konkretnych warunkach ekonomicznych, nie da się jej budować bez instytucji zdolnych kontrolować rynkowe siły generujące społeczne nierówności i mechanizmy podporządkowania częstokroć silniejsze niż te wytwarzane przez struktury polityczne. Sama Grecja albo jakiekolwiek inne słabe, półperyferyjne państwo nie jest w stanie wytworzyć takich struktur. W tej części świata siłę konieczną do ich wytworzenia i utrzymania ma dziś wyłącznie Unia Europejska (może jeszcze Niemcy i Francja). A to właśnie UE padnie ofiarą greckiego „nie”.
Jeśli Grecy w referendum odrzucą pakiet ratunkowy, czyli wybiorą ogłoszenie bankructwa i powrót do drachmy, dla gospodarek sfery Euro będzie to oznaczać poważne kłopoty. Stracą europejskie banki, które zakręcą przez to kurek z kredytem, spadnie wiarygodność papierów dłużnych (a pewnie i rating) pozostałych gospodarek europejskich, zwłaszcza najciężej zadłużonych krajów europejskiego południa (z Włochami na czele).
Odejście Grecji od wspólnej waluty bardzo „politycznie” osłabiłoby euro, wysyłając niezwykle niebezpieczny sygnał, że „euro nie jest na zawsze”, że może być tylko zjawiskiem przejściowym, że w warunkach kryzysu gospodarki UE będą wracać do walut narodowych. Scenariusz powrotu do drachmy może się wydawać Grekom atrakcyjny. Słaba drachma dawałaby przewagę konkurencyjną greckiemu eksportowi czy przemysłowi turystycznemu, dawałaby nadzieję na stworzenie nowych miejsc pracy. Choć wiązałaby się z obniżeniem siły nabywczej greckich gospodarstw domowych.
Ale zaproponowany przez liderów UE pakiet ratunkowy też będzie wiązał się z obniżeniem standardu życia większości obywateli. I wcale znacząco nie pomoże Grecji wyjść z długów. Jeśli Grecja go przyjmie i wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w 2020 roku jej poziom długu publicznego ciągle będzie wynosił 120% PKB – o 20% więcej, niż – jak sądzą eksperci – jest konieczne, by grecka gospodarka mogła się rozwijać podnosząc ekonomiczny standard życia większości Greków.
Jak widzimy jeden scenariusz wydaje się gorszy od drugiego. Być może jednak jest nadzieja. Możliwe, że gambit Papadreu się opłaci i zmusi europejskie banki i klasę polityczną do wypracowania nowej oferty dla Grecji, takiej, która szybciej pozwoli jej wrócić na ścieżkę rozwoju i będzie do zaakceptowania dla większości Greków - nie wiążąc się z koniecznością tak radykalnych cięć w wydatkach publicznych. Nie wiadomo, czy Papadreu uratuje Grecję, czy zniszczy Europę. Ale w tej sytuacji tchórzliwe kunktatorstwo i bierne przyjmowanie rozwiązań wypracowanych przez innych było najgorszym, co można było zrobić. Grecja była jak człowiek zbliżający się do przepaści. Pakiety ratunkowe oferowane przez Europę co najwyżej zwalniały ten kurs, ale go nie zmieniały. Decyzja Papandreu jest jak skok w stronę przepaści: Grecja może znaleźć się po drugiej stronie, może też błyskawicznie spaść. Ale nie można było nie spróbować skoczyć.
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...