Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Majmurek: Dokument swoich czasów Drukuj
Jakub Majmurek   
30.06.2008

Nigdy nie uważałem, że filmowe dokumenty muszą być bezstronne, obiektywne, rozdzielające po równo racje, że mają rejestrować wiernie rzeczywistość, stroniąc od środków wyrazu, narzędzi wpływania na widza, jakie wypracowało kino narracyjne. Im lepiej poznawałem sztukę filmowego dokumentu i teorię filmu, tym bardziej przekonywałem się, że na ogół takie nie są. Dokument filmowy to nie telewizyjny reportaż, największe arcydzieła tego rodzaju kina są często wypowiedziami o charakterze retorycznym, konkretnymi interwencjami politycznymi. Wiemy po czyjej stronie jest Chris Marker, gdy w swoim arcydziele Powietrze pachnie czerwienią, przedstawia fascynującą panoramę konfliktów politycznych z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, czy Ken Loach, gdy filmuje strajki brytyjskich górników przeciw polityce Margaret Thatcher. Dlatego nie mam pretensji do autorek filmu Trzej kumple o to, że nakręciły film stronniczy, z tezą.

  


Jednak oglądając dwie części obrazu Anny Ferens i Ewy Stankiewicz odczuwałem jakiś głęboki sprzeciw wobec tego, co i jak pokazują mi autorki. Nie mogłem pozbyć się  poczucia  elementarnego fałszu tego obrazu (nie na poziomie przytaczanych faktów, ale gdzieś głębiej), nieustannego szantażu moralnego i przemocy symbolicznej, jakim jestem poddawany jako widz i jakiej poddawane są występujące w filmie postacie. A co najważniejsze, nie uważam, bym dowiedział się z produkcji TVN czegokolwiek o Polsce ostatnich trzydziestu lat, krakowskiej opozycji, a przede wszystkim o tytułowych trzech kumplach. A przede wszystkim o Lesławie Maleszce.

Cezary Michalski ma rację, pisząc w Dzienniku, że  Maleszka jest postacią jak. z powieści Dostojewskiego. Jego biografia, historia przyjaźni i zdrady między nim, Pyjasem i Wildsteinem, to materiał na wielką powieść albo film fabularny, ale nie na dokument Maleszka oszukiwał całą polską elitę (dziennikarską, polityczną, intelektualną) przez prawie trzy dekady, naiwnością jest wierzyć, że dwie dziennikarki TVN teraz wydobędą z niego prawdę.

Gdy oglądałem film Ferens i Stankiewicz przypominało mi się to, co Slovoj Žižek pisał o twórczości Kieślowskiego. W pewnym momencie Kieślowski stwierdził, że prawda jest czymś, co wymyka się dokumentalnej rejestracji, nie da się skierować kamery na  najbardziej intymne sprawy prawdziwych ludzi, oni zawsze przed nią uciekną. Dlatego zwrócił się do fabuły, tu kamera mogła podążyć za bohaterami do sypialni, mogła pozostać włączona wtedy, gdy obowiązkiem dokumentalisty byłoby ją wyłączyć. Žižek widzi w tym przejściu doskonałą ilustrację aforyzmu Lacana o prawdzie, która musi mieć strukturę fikcji. I prawda o Maleszce, Wildsteinie i Pyjasie wymaga fikcji jako formy, w której mogłaby w pełni wybrzmieć. Dokumentalny zapis wyznań osób zaangażowanych w tragiczne dla nich wydarzenia, nie daje dostępu do prawdy, daje za to silne wrażenie tego, że wchodzi się w sferę, w którą wchodzić się nie powinno, że kamera naruszyła pewną granicę. W dodatku autorki wplatają w dokumentalny zapis elementy fabularnej rekonstrukcji, nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że stosują przy tym manipulujące widzem mechanizmy kina narracyjnego (przy okazji dbając także, by dramaturgia filmu zostawiała miejsca na emisje reklam).

Film ma dramaturgię politycznego thrillera, uderza w emocje widza środkami hollywoodzkich produkcji (rola montażu i muzyki w budowaniu znaczeń poszczególnych scen). Przed takim przekazem widzowi trudno się bronić, reaguje na niego emocjonalnie, niemalże fizjologicznie, nie ma miejsca na negocjację znaczeń. Można by to autorkom wybaczyć, gdyby chciały tylko pokazać tragedię „trzech kumpli”, ale im chodzi o coś więcej. Cała manipulacja widzem ma bardzo ścisły ideologiczny wymiar, ma wzbudzić w nim akceptację określonej wizji polskiej historii i współczesnej polskiej polityki. Wizji, która jest głęboko zakłamana.

Zacznijmy od historii. Jak film przedstawia okres PRL? Z jednej strony Gierek, drętwi sekretarze i Festiwal Piosenki Żołnierskiej czy Radzieckiej, Breżniew i ubecy. Z drugiej strony Oni, grupa młodych szlachetnych, zbuntowanych. Nie wiadomo z filmu co im się w PRL nie podoba, o co walczą, jaki jest ich polityczny projekt (albo czy w ogóle jakiś mają), ale w filmie PRL wygląda obciachowo i nie ma za grosz seksapilu, więc pewnie muszą mieć rację. Jest jedna scena, która pokazuje, że film miał szansę być czymś lepszym niż jest. To wywiad z kobietą, która podczas Juwenaliów, w dniu pogrzebu Pyjasa została wybrana „najmilszą studentką Krakowa”. Dziś dorosła kobieta w ogóle nie kojarzy ze sobą tych dwóch wydarzeń, wydaje się być szczerze zaskoczona tym, że to wtedy zginął Pyjas. Mówi, że nie skupiała się wtedy na polityce, jak większość, dla której ważne były praca i nauka. Pokazuje to jak elitarna, jak wyalienowana była ówczesna opozycja, ile trzeba było zakumulować (czy odziedziczyć) kapitału kulturowego, by się obracać się w jej kręgach. Nie robię z tego zarzutów opozycjonistom. Robię zarzut PRL-owi, że mimo deklarowanego socjalizmu pozostał silnie klasowym społeczeństwem, także w dziedzinie dystrybucji kapitału kulturowego. Robię zarzut o to, że Polska ludowa nie nauczyła mas, nie nauczyła nas tego, co starożytni Grecy nazywali parrhésia, to jest poczucia obowiązku posiadania zdania o i uczestnictwa w  sprawach publicznych. Choć państwo zwracało się do wszystkich per „obywatelu”, obywateli i obywatelek tak naprawdę w PRL nie było.

Autorki nie poszły tą drogą. Młoda, krakowska opozycja wygląda jak hipisi we współczesnych filmach amerykańskich, ot grupa fajnych, zbuntowanych dziewczyn i chłopaków, których czepiają się różne ciemne, starcze typki. Ale przeciw czemu i w imię czego się buntowali widz nie ma się szansy dowiedzieć. W filmie Ferens i Stankiewicz słowo KOR pada chyba tylko raz, i to w kontekście rocznicowym. Nie ma w nim także wzmianki  o takich problemach jak braki demokracji, wolności słowa, czy podmiotowości społeczeństwa w minionym ustroju. Oczywiście, w roku śmierci Pyjasa, środowiska krakowskich studentów nie miały jeszcze sprecyzowanego programu politycznego, opozycja dopiero się rodziła, bunt przeciw systemowi miał raczej charakter anarchistyczny. Ale ewoluował on ideowo, prowadząc różnych jego uczestników na różne ideologiczne pozycje, często w sposób przypadkowy. Czy gdyby nie trauma związana ze śmiercią przyjaciela, Wildstein byłby dziś na polskiej neokonserwatywnej prawicy? W jaki sposób dawne, anarchizujące środowiska doszły do swojego poparcia dla neoliberalno-konserwatywnego modelu transformacji? Szkoda, że autorki nie zadają swoim bohaterom takich pytań.

Jedyne czego dowiadujemy się, to to, że ustrój jest autorytarny, że państwo prześladowało, inwigilowało, zastraszało swoich obywateli. Staszek Pyjas zostaje przez to państwo zamordowany, gdyż mógł przeszkodzić państwu w tych czynnościach. Jak wynika z całości wymowy filmu jest to cecha właściwa byłemu ustrojowi i rządzących nim faktycznie ubeków. W tej sytuacji widz nie może bronić ustroju, działań SB wobec opozycji. Ja też nie zamierzam tego robić, choć nie wiem jakie mechanizmy tak naprawdę stały za śmiercią Pyjasa. Teza, że został zamordowany, by Maleszka nie został zdekonspirowany jako TW nie wydaje mi się poparta odpowiednimi dowodami.

Jednak patrząc na jego śmierć, na prześladowania opozycji nie mogę być obojętny. Tylko że zjawisko niszczenia przez siły państwa ruchów antysystemowych nie ogranicza się do PRL. Taki film mógłby powstać o młodych ludziach zamordowanych przez dyktatury Pinocheta albo Videli, to nawet te same czasy. Dyktatury południowamerykańskich generałów, które cieszą się wielką estymą wśród wielu dzisiejszych politycznych przyjaciół Wildsteina, były o wiele bardziej brutalne, polityczne mordy (zwłaszcza w Argentynie) były codziennością funkcjonowania systemu. A i liberalne demokracje miały w tych czasach  metody obierania godności politycznie niewygodnym obywatelom, wystarczy przeczytać/zobaczyć choćby Utraconą cześć Katarzyny Blum. Jednak film nie tylko pomija ten kontekst, ale sprowadzając, to, co działo się wówczas w Polsce, do historii zamordystycznych ubeków prześladujących szlachetnych, młodych chłopców, zupełnie zakłamuje historię. A co najważniejsze, całkowicie depolityzuje konflikt między ówczesną władzą i opozycją, wypłukuje z niego jakąkolwiek treść. Wpisuję się to w politykę stacji, obrończyni postpolitycznego konsensusu III RP, tak jakby dla TVN niesmaczny był każdy prawdziwie polityczny konflikt, nawet ten sprzed trzech dekad.

Tą wizję PRL ma potwierdzić wizja III RP. Autorki realizują w niej dwa ideologiczne cele, pierwszym jest afirmacja polskiego kapitalizmu, utożsamionego z wolnością i europejskością, z drugiej zaatakowanie środowiska Gazety Wyborczej. Jedną z kluczowych scen filmu jest scena publicznego spotkania z Michnikiem, który zaatakowany przez publiczność, zmuszony jest do bronienia się przed zarzutami, że „linię Wyborczej w sprawach lustracji ustalał agent”. Prawicowa publiczność zrozumie od razu: agent kształtował linię GW w sprawie lustracji, GW to podejrzany interes, pewnie byłych ubeków i ich TW, którzy poza tym trzymają ręce na firmach ochroniarskich, Orlenie i bankach (co tłumaczy nam były ubek, który na postać zamożna i wszechwładną raczej nie wygląda). Dlatego Agora nie ma prawa do pełnoprawnego udziału w demokratycznej wspólnocie, zwłaszcza, że Maleszka, już po jego zdekonspirowaniu, ciągle miał wpływ na redagowanie jej tekstów i jej programową linię.

Wielki niesmak budzi też jedna z ostatnich scen filmu, która jest po prostu, trzeba tu użyć mocnego słowa, odrażająca. Żebraczka z ulicy Szewskiej w Krakowie, siedząca z kartką „jestem głodna” pod tablicą upamiętniającą Pyjasa,  mówi, że to dobrze, że walczył o nową Polskę, bo ta nowa jest lepsza, „nie stoimy już trzech godzin w kolejce po papier toaletowy”. Mówi to kobieta, która wegetuje na granicy przetrwania, skoro i ona popiera nową Polskę, to ta naprawdę musi być wspaniała, walczący o nią opozycjoniści to prawdziwi bohaterowie całego narodu. Owszem w Polsce są też ubecy (to pewnie przez nich kobieta nie uczestniczy w raju konsumpcyjnej obfitości), ale jej generalne założenia są słuszne. To czysty, podręcznikowy przykład przemocy symbolicznej, osoba najgłębiej wykluczona przez system, zmuszona zostaje do jego publicznej afirmacji. Dokument jako rodzaj filmu, stwarza nie tylko problemy artystyczne, ale także etyczne. Ten film przekracza etyczną granicę, nie tylko w tej scenie. Pamiętam dyskusje jakie toczyły się w Polsce na temat etyki dokumentalisty, przy okazji takich filmów jak Arizona Ewy Borzęckiej, czy Takiego pięknego syna urodziłam Marcina Koszałki. Dziś, gdy patrzy się na nie z dystansu, oba filmy się bronią, mówią nam coś ważnego. Koszałka mówiąc o piekle życia w swojej rodzinie mówił nam coś ważnego o tej instytucji, rozbijał jej sielankowe przedstawianie, jakie dominowały w mediach. Borzęcka, rzuciła wyzwanie sentymentalnym, naiwnym, obrazom biedy i wykluczenia. Trzech kumpli wchodząc głęboko w prywatne dramaty innych ludzi nie mówi nic ciekawego. W dodatku wizja Polski, jak wyłania się z tego filmu jest głęboko konformistyczna.  

Dla autorek filmu ta nowa Polska, którą wywalczyła nam opozycja, to wspomniany brak kolejek po papier, ładni, szczęśliwi, młodzi ludzie na ulicach, flagi Unii Europejskiej. Jednym słowem postpolityczno-konsumencki sen, który jeśli nie jest do końca rajem, to tylko dlatego, że opanowali go ubecy, których trzeba usunąć, by Polska byłą miejscem prawdziwie sprawiedliwym. To, że w tej Polsce, za którą miał zginąć Pyjas, ludzie żebrzą, nie wydaje się być problemem dla autorek, na pewno nie takim jak emerytura Billa. Nie ma też ani słowa o tym, że w Polsce jest demokracja czy wolność słowa, czy też o ich ograniczeniach, o tym jak się to ma do PRL. Z filmu nie dowiedziałem się, o co Pyjas, czy Wildstein walczyli, o jakiej Polsce marzyli. Ale bardzo chciałbym wierzyć, że opozycji, przynajmniej wtedy, chodziło o coś więcej niż supermarkety pełne papieru toaletowego i innych dóbr, czy możliwość przejechania się do Portugalii bez paszportu. Film wydaje się być połączeniem prawicowego dyskursu o III RP, jako o ubeckim spisku z liberalną narracją o III RP jako o gospodarczym cudzie i „powrocie Polski do Europy”. Gdyby udało się utworzyć koalicję PO-PiS (albo gdyby kiedyś taka powstała), to taka narracja na temat ostatnich lat polskiej historii byłaby dla niej bardzo wygodna, dająca czytelnikom Gazety Polskiej świeczkę (ubecy, wspierająca ich Agora), a „TVNowskiemu wykształciuchowi” ogarek (ekonomiczny sukces, pełne sklepy, etc.)

Film, podobnie jak książka Cenckiewicza i Gontarczyka o Wałęsie sprytnie depolityzuje polski spór, spycha go na ślepe tory kłótni o nierozliczoną przeszłość i opanowanym przez ubeków państwie i gospodarce. Jak na to powinna odpowiadać lewica? Tak, że problemem nie są ubecy w bankach i mediach. Problemem jest to, że w Polsce w ogóle istnieją znajdujące się poza demokratyczną kontrolą skupiska pieniędzy, prestiżu, władzy, tak wielkie, że są poza zasięgiem społeczeństwa i nie służą jego interesom. Czy te skupiska władzy kontrolują ubecy,  jezuici, masoni, cykliści czy Opus Dei, nie ma znaczenia. Ważne jest, że nie kontroluje ich demokratyczna wspólnota. Nie chodzi o to by odebrać media czy banki, ubekom, ale by przywrócić je społeczeństwu, a przynajmniej jego demokratycznej kontroli. Nam nie chodzi o wymianę elit (z ubeckich na „patriotyczne”, czy jakiekolwiek inne), ale o zlikwidowanie systemu społecznych dystynkcji i dystansów. O demokrację po prostu.

  

Komentarze
Dodaj nowy
wojnier   |02.07.2008 15:13:26
Niektórym wszystko kojarzy się z seksem, innym, z walką klas. Pan Majmurek widać
uważa, że sądząc po wynikach, walka Wildsteina to błąd a jak się poważnie
zastanowić to Maleszka chciał tylko zapobiec nieszczęściu jakim jest III RP.
kot   |03.07.2008 09:52:47
"Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało
Premier Donald Tusk powiedział
"Gazecie Wyborczej": "Prawo do badań naukowych i publikacji jest
prawem ważniejszym niż emocje polityczne". Kto boi się być szczery, a musi
mówić, ten posługuje się metaforami i słowami maksymalnie ogólnikowymi. Mówiąc o
"badaniach naukowych", Tusk nawiązywał do wyszukiwania w archiwum IPN
przez panów Cenckiewicza i Gontarczyka materiałów potwierdzających znane
oskarżenia Lecha Wałęsy o współpracę z SB. Nie tylko Tusk, ale również niektórzy
rektorzy uczelni wyższych wyszukiwanie "kwitów" i "haków"
zaliczają do badań naukowych. Co w języku Donalda Tuska oznacza wyrażenie
"emocje polityczne"? "Badania naukowe" panów z IPN najsilniejsze
emocje budzą u Lecha Wałęsy i te emocje trzeba nazwać ściśle: są to uczucia
upokorzenia, krzywdy, wstydu i uzasadnionej wściekłości. Te badania - według
standardów premiera naukowe - dają jeszcze skutek w postaci złośliwej uciechy
wrogów Wałęsy oraz telewizyjnego i gazetowego tłumu gapiów. Żadnych korzyści
"badania naukowe" panów Cenckiewicza i Gontarczyka nie przynoszą, ale
według premiera Tuska prawo do takich badań jest ważniejsze niż cierpienia
psychiczne gnębionego propagandowo Wałęsy. To, co się dzieje wokół Wałęsy i
wielu innych osób, a co Tusk podnosi do wysokości jakiegoś chwalebnego,
powszechnego prawa, jest gwałceniem elementarnych norm cywilizowanego współżycia
ludzi. Polacy z aprobatą autorytetów rządowych i medialnych obsuwają się do
poziomu wtórnego barbarzyństwa i są z tego coraz bardziej zadowoleni. Lech
Wałęsa jest ostatnio brany w obronę nawet przez "Przegląd". Czy na to
zasługuje? Moim zdaniem - nie. Budzi naturalne współczucie, które nie wymaga
racji, ale w istocie jest godny politowania, a nie tylko litości. Na początku
nikt się nie spodziewał, że to się tak żałośnie skończy. Strajk, któremu Wałęsa
przewodził, był ważnym wydarzeniem historycznym. Dał początek organizacji, która
w krótkim czasie dziewięciu lat zdemoralizowała postkomunistyczną partię i w
roku 1989 przejęła po niej władzę i do dziś skutecznie strzeże swojego monopolu.
Wałęsa osobiście przeżył bajkową przygodę z gatunku z chłopa król. Był
uwielbiany przez dużą część narodu, zagranica wyróżniała go i nagrodziła Noblem.
Przemawiał do amerykańskiego Kongresu i zebrał owacje na stojąco. I długo można
by wyliczać wydarzenia, które nie tylko jemu sławę, ale też Polsce korzyść
przynosiły. Od tego mogło się przewrócić w głowie i Wałęsie się przewróciło.
Zaczął sobie przypisywać obalenie komunizmu ("finezyjne"), wyprowadzenie
wojsk radzieckich, wywalczenie niepodległości itp.
I oto co się dzieje: drobny
epizod z lat 70., gdy nie mając wyjścia, został "Bolkiem", co w
kategoriach realnych czynów było niczym, tak zrelatywizował wszystkie fakty z
jego życia, że stały się one czymś mało znaczącym. Jego obrońcy muszą je
specjalnie i bezskutecznie przypominać. W "nadrzeczywistości", jaka w
Polsce panuje, nie równoważą one epizodu policyjnego sprzed lat ponad
trzydziestu. Jednym słowem wrogowie Wałęsy chcą zmienić sens jego życia w taki
sposób, aby uważał się i był uważany przede wszystkim za tajnego współpracownika
"Bolka", a dopiero na drugim miejscu stawiał swoje późniejsze życie z
jego historycznym znaczeniem. "Solidarność" związkowa i partyjna
lustruje się na potęgę, jak Polska długa i szeroka. Ulubiony rytuał to zmusić
byłego "zdrajcę" do publicznego pokajania się i obowiązkowego płaczu. W
ten sam mniej więcej sposób chcą postąpić z Wałęsą: "niech się przyzna, a
naród mu wybaczy". Donald Tusk robi z tego ponurego dramatu, który dotknął
Polskę, jakąś sprawę wolności publikowania książek i prowadzenia badań
naukowych.
To, co "prawica" solidarnościowa robi dziś z Wałęsą, cały
obóz solidarnościowy zrobił z Polską za pomocą swojej polityki historycznej:
dogłębnie zafałszował sens historii Polski okresu powojennego. Wałęsa brał w tym
udział i prawie że temu przewodził. Ma okazję przekonać się, jak smakuje ludziom
rozmyślne zafałszowanie ich życia, bo zafałszowanie okresu PRL jest
zafałszowaniem życia milionów ludzi, którzy mają podstawę sądzić, że w tym
okresie dokonali czegoś pożytecznego. To nie panowie Cenckiewicz i Gontarczyk
przewrócili do góry nogami hierarchię ważności czynów swoją książką. Pani
Zdrojewska, która trzęsie Wrocławiem, nie napisała żadnej książki, a
reprezentuje sobą coś gorszego niż wyżej wymienieni panowie. W jej oczach
zasłużony obywatel miasta przestaje być zasłużony, jeżeli gdzieś, kiedyś zetknął
się z funkcjonariuszami służb tajnych, po czym ślad pozostał w IPN. Profesor,
prorektor wrocławskiego uniwersytetu przestaje być zasłużonym profesorem z
powodu dokonania jakiejś pozornej czynności na żądanie SB. Z tego samego powodu
zakwestionowaniu może ulec w tym pobożnym kraju nawet sakra biskupia. Wałęsa był
i jest zwolennikiem IPN i lustracji, ale wyobrażał sobie, że to życie innych
ludzi, a nie jego będzie odzierane z prawdziwego sensu. Nawet teraz przyłącza
się do lustracji, szuka "Bolka" i ogłasza, że znalazł nawet dwóch czy
trzech. Gdy był prezydentem, nie próbował ogłosić amnestii czy abolicji na czyny
niezgodne z poglądami "Solidarności". Nie zrobił nic dla pojednania
narodowego. Przerzuca się z Kaczyńskimi prostackimi insynuacjami w rodzaju: za
kim stoi czy stała bezpieka. W "Przeglądzie" nie wstydził się wygłaszać
zdań zupełnie w stylu macierewiczowskim, że esbecy "teraz się mszczą zza
grobu rękami małych ludzi", tj. Kaczyńskich. I mówi to, co oni:
"Kompromis przy Okrągłym Stole był fatalny, zgniły". Jeżeli Kaczyńscy
czy inni chcą na przykładzie Wałęsy dowieść, że SB miało udział w zmianie
ustroju, to wyważają otwarte drzwi. Zmiana ustroju została postanowiona przez
ekipę Jaruzelskiego i w przygotowaniach, a także uskutecznianiu tego
postanowienia Służba Bezpieczeństwa z natury rzeczy brała jakiś udział. Zawsze
po upadku rządów dyktatorskich gniew ludu kieruje się najpierw przeciw tajnej
policji. Jeżeli jednak ten gniew trwa dwadzieścia lat i jest coraz zawziętszy,
to znaczy, że nie lud tu ma coś do powiedzenia, lecz manipulatorzy świadomością
ludu. Lustracja, dekomunizacja, deubekizacja znowu, jak w latach ofensywy
PiS-owskiej, znalazły się w zmasowanej postaci w mediach PiS-owskich (tzw.
publicznych) i komercyjnych (TVN, gazety). Co to zapowiada? Nic innego jak nową
ofensywę PiS-u mającą na celu odebranie władzy partii Tuska. Dominacja w mediach
PiS-owskiej tematyki oznacza, że Donald Tusk może się pożegnać ze swoimi
marzeniami o prezydenturze. Jego partia stanie do konkursu oszołomstwa razem z
PiS-em, ale go nie wygra. W najlepszym razie utrzyma się przy władzy do końca
kadencji, ale wybory przegra. To już widać. Pod względem ideowym jest ona takim
samym nic jak SLD. Głowa Tuska odzwierciedla myśli głównego nurtu
dziennikarskiego, swoich nie rodzi. Główny nurt w telewizji i gazetach jest
PiS-owski; drobne uszczypliwości pod adresem Kaczyńskich służą melancholikom dla
rozrywki, innego znaczenia nie mają.

* Położenie Wałęsy jest z gruntu
fałszywe. Autentyczny przedstawiciel klasy plebejskiej znalazł się na czele
przemian, które restaurują stosunki przedwojenne z charakterystyczną dla nich
mitologią polityczną, selektywną przemocą i pogardą dla klas niższych. Tego
wymiaru historii on oczywiście nie rozumie, ale tyle przynajmniej powinien
wiedzieć, że jeśli około połowy Polaków uważa go za agenta "Bolka", to
dlatego, że ludziom musiano mocno zabełtać w głowach, w czym on sam brał i nadal
bezmyślnie bierze udział." Bronisław Łagowski
kot   |03.07.2008 10:38:14
wojnier próbuje się wykręcić od myślenia przy pomocy epitetów
Nie zauważyłem
aby na tym forum
ktokolwiek mówił o walce klas
Fakt,że społeczeństwo ma
charakter klasowy nie oznacza jeszcze,że mamy walkę klas.
Komu zatem kojarzy
się i z czym walka klas?
kot   |03.07.2008 10:55:57
W Polsce jest nierówny i nieuzasadniony kompetencjami dostęp do dóbr i
przywilejów, jak wszędzie, ale nie rzuca sie w oczy walka klas w tradycyjnym
wydaniu? Natomiast za łby sie biorą klasy polityczne. Po odsunięciu od
przywilejów i dóbr tzw. postkomunistów walczą między sobą o nie grupy
postsolidarnościowe.
wojnier   |05.07.2008 09:23:07
No tak , każdy czytając tekst zwraca uwagę na coś innego. Ja zwróciłem na to, że
Majmurek obsztorcowuje autorki, że zajmują się takimi duperelami jak postawa
Maleszki, zamiast rzetelnie podkreślić zasługi PRLu w zakresie kontroli
przychodów społeczeństwa (bo w dziedzinie kultury PRL nie spełnił swego
klasowego zadania).
Boyszewik   |16.07.2008 16:51:27
Korzystając z okazji zadam REDaktorom pytanie, skąd wzięła się plotka o
zatrudnieniu Maleszki przez KP? I ile w niej prawdy?
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 30.06.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.12118 Seconds