Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Chwedeńczuk: Magia władzy, religia Katynia |
|
|
Prof. Bohdan Chwedeńczuk w rozmowie z Tomaszem Stawiszyńskim
|
|
30.04.2010 |
Tomasz Stawiszyński: Po katastrofie w Smoleńsku z różnych stron podniosły się głosy próbujące odsłonić ukryte znaczenie tego zdarzenia. Niektórzy publicyści przekonywali, że był to sygnał od Opatrzności, tajemnicze, metafizyczne powtórzenie mordu katyńskiego, albo operacja tajnych służb realizująca ich równie tajne cele. Inni – że dzięki śmierci tych prawie 100 ludzi świat dowie się wreszcie o Katyniu i dlatego „nie pójdzie ona na marne”. Pan także sądzi, że ta katastrofa ma jakiś sens?
Prof. Bohdan Chwedeńczuk: W najbardziej podstawowym ujęciu, sens przysługuje wyłącznie wyrażeniom językowym. Zdarzenia po prostu zachodzą, pojęcie sensu się do nich nie stosuje. Na każdym kroku natomiast oceniamy zdarzenia, celowo je wywołujemy, czerpiemy z nich korzyści albo ponosimy szkody. Dalej, poszukujemy ich przyczyn, przewidujemy skutki. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby mówić wówczas, że mają sens, skoro je rozumiemy. Warto tylko pamiętać, że mówimy tu przenośnie, a chodzi zwyczajnie o nasze postawy i porządki. Pan natomiast pyta o jeszcze inny, powiedziałbym, wyższy sens: katastrofa pod Smoleńskiem to rodzaj szyfru i zarazem okupu; dzięki niej docieramy do inaczej niedostępnej tajemnicy, odsłania się wyższy porządek i spełnia się najwyższe dobro, inaczej nieosiągalne. Ten sens to wymysł, relikt myślenia magicznego, czyli zaklinania rzeczywistości i korzenia się przed losem. Szkodliwy to relikt, bo zastępuje ustalanie rzeczywistych przyczyn i rzeczywistych winnych oraz szacowanie rzeczywistych szkód.
Ale ten zestaw okoliczności aż się – jeśli można tak powiedzieć – sam prosi o szczyptę magii: 70 rocznica zamordowania polskich oficerów, prezydent, który politykę historyczną niesie na sztandarach, elita intelektualna społeczeństwa ginąca w tym samym miejscu, co ofiary, które miała uczcić.
Tyle że to wszystko – całe to wrażenie, że mamy do czynienia z czymś niezwykłym – jest produktem interpretacji. W samym zdarzeniu nie ma nic niezwykłego, ot, banalna katastrofa lotnicza. Zdarzeniu, rzec można, jest obojętny skład osobowy pasażerów feralnego tupolewa, miejsce i czas upadku maszyny. Wystarczy drobna zmiana w łańcuchu przyczynowym wiodącym do katastrofy, a mamy ją kiedy indziej, gdzie indziej lub w ogóle ona nie następuje. Wystarczy też, że na pokładzie rozbitego samolotu lecą Malinowscy i Kowalscy, a cała sprawa usycha po dwóch dniach. Ten aspekt sytuacji, feudalny ceremonializm pogrzebów wskazuje na inny relikt, na magię władzy. W demokratycznym społeczeństwie rzeczywiście egalitarnym, traktującym ludzi władzy, jak urzędników, a nie pomazańców, owe orszaki ludzi, słów i gestów, których byliśmy świadkami, byłyby nie do pomyślenia. Pytanie czy taka interpretacja, jak przytoczona przez pana, jest uprawniona? Nie jest, napędza ją bowiem bezpodstawne założenie, że za wspomnianymi przez pana zbieżnościami kryje się jakaś niewidzialna siła organizująca te zbieżności i, co więcej, przekazująca nam w ten sposób wyższy sens tego wszystkiego. Błąd i mistyfikacja tego typu myślenia polega na tym, że kiedy już osadzimy zdarzenie w tej siatce zależności, z którą do interpretacji przystępujemy, zaczynamy tę siatkę traktować jako coś rzeczywistego – na równi ze zdarzeniem, które podlega interpretacji. Tymczasem tak naprawdę są to zależności wymyślone. Lądujemy w ten sposób, niezauważalnie, w fikcji – miejsce rzeczywistych zdarzeń zajmują epizody, a raczej akty narodowego dramatu, gdzie nie ma przypadków, a wszystko przenika nadrzeczywisty sens. Stąd krok już tylko do idei narodu wybranego, i dalej – do wiary w istnienie ludzi przeznaczonych do przewodzenia mu.
Dlaczego w takim razie to wszystko wymyślamy?
Sądzę, że jest to pozostałość archaicznego sposobu patrzenia na świat, kiedy to nie rozumieliśmy fizycznych zależności pomiędzy rzeczami. Wie pan, myślę czasami, że źródłem tego myślenia, w którym fikcja wypiera fakty, w którym magiczne moce i związki wypierają złożone przyrodnicze zależności między zjawiskami – źródłem tego jest racjonalna skądinąd zasada ekonomii myślenia. Dostać szybkie wyjaśnienie, które redukuje lęk przed nieznanym, o to tu chodzi. Na co dzień mieszkaniec jaskini z trudem poznawał rzeczywisty świat, wnikliwie go obserwował, a tylko wspierał się magią. Jaskiniowiec nie mógł sobie pozwolić na utratę kontaktu z otoczeniem, inaczej by nie przetrwał, korzystał natomiast na wzbogacaniu go magią, bo dostawał złudzenie wiedzy. Magia w tym sensie współpracowała z normalnym solidnym doświadczeniem. Podobnie mamy w przypadku katastrofy pod Smoleńskiem. Niewiedzę i niepokój da się tu szybko uśmierzyć, doklejając wszystkie te wyższe sensy, o których mówiliśmy. Zdobycie wiedzy to długa i trudna droga, nie rokująca nadziei na pewność. Kupujemy więc kilka obrazów i haseł i mamy sprawę załatwioną. Współczesny „obserwator” katastrofy pod Smoleńskiem ma jednak lepiej od jaskiniowca, może sobie pozwolić na bez porównania większą masę fikcji, nic bowiem nie zależy do tego, w co będzie wierzył. Bierze więc te fikcję i idzie do swoich zajęć, gdzie już nie ma żartów – trzeba się trzymać twardej rzeczywistości.
Podobnym panaceum na bezradność są najrozmaitsze teorie spiskowe, o których przeczytać możemy dziś nawet w najpoważniejszych polskich gazetach.
Myślę, że sporą rolę odgrywa tutaj nieufność – cecha dość popularna w polskim społeczeństwie. Kiedy zdarza się taka katastrofa – wzmocniona wielokrotnie przez przekaz telewizyjny – rodzi to mnóstwo napięć. Rodzi też dysonans – między przekonaniem, że w świecie jest jednak jakiś porządek, że wydarzenia dzieją się według jakichś reguł, a czymś, co te reguły w pewien sposób narusza i unieważnia. W warstwie moralnej mianowicie. Stała się bowiem rzecz horrendalna – oto zagładzie ulegają nie jacyś tam ludzie śpieszący do swoich zwykłych spraw, lecz grono kapłanów, dążących w czasie świętym, bo w okrągłą rocznicę zbrodni, do miejsca świętego, by oddać cześć pomordowanym. Teoria spiskowa to poręczny, choć zwodniczy środek redukcji tych napięć. Niesie ona dorodny owoc w postaci poczucia, że coś, co jest niezrozumiałe, a przez to przerażające – staje się właśnie zrozumiałe, czyli oswojone. Nie wymaga też wielkiego wysiłku intelektualnego, wystarcza kilka wyświechtanych składników: „Ruscy” są wstrętni, mordowali nas i siebie nawzajem, mordowali swoich władców, są przewrotni, a choć prymitywni, zdolni do wyrafinowanych działań, i tak dalej. Teoria spiskowa daje też wyznawcy poczucie wyższości: ja już wiem, nie jestem taki naiwny jak ty, nie nabieram się na to, co opowiadają ci, którym zależy, byśmy nie znali prawdy. Teoria spiskowa jest pozornie w położeniu luksusowym – nie da się jej w żaden sposób obalić. Bez względu na to, jakie wytaczalibyśmy argumenty, żadne nie będą w stanie definitywnie jej unieważnić. Taka jest logiczna natura zdań mówiących, że coś istnieje (tu, spisek), trzeba by bowiem skontrolować cały wszechświat, żeby dowieść, że nie istnieje. Nic dziwnego więc, że obowiązek dowodu spada na „spiskowca”, nie zaś na tego, kto mu przeczy.
W opublikowanym 23.IV.2010 w Gazecie Wyborczej tekście Bronisław Łagowski twierdzi, że każdy, kto próbuje symbolicznie tłumaczyć tę katastrofę, jest wyznawcą okrutnego i archaicznego światopoglądu, w myśl którego dobro państwa, ojczyzny albo narodu musi być okupione śmiercią jednostek.
To prawda. W tekście Łagowskiego cenniejsza wydaje mi się jednak inna teza, że mianowicie do katastrofy w Smoleńsku doszło w wyniku religijnej postawy wobec Katynia. To jest w gruncie rzeczy teza empiryczna, czyli mówiąca o pewnym zjawisku politycznym i społecznym oraz empirycznie sprawdzalna. Skrupulatny historyk, który przeanalizowałby ciąg zachowań politycznych, wypowiedzi, decyzji, które łączą się z zachowaniami i postawami wobec Katynia od lat w Polsce obecnymi – mógłby obronić tę tezę. Nie jest to filozoficzna abstrakcja. Najważniejsze było oddać cześć, odprawić to nabożeństwo w stosowny sposób, w odpowiednio efektownej oprawie. Nastawienie osób inicjujących to przedsięwzięcie było właśnie religijne. Niezbywalnym bowiem składnikiem religii jest kult. Kult czegoś, co swoją mocą i wartością przekracza każde doczesne dobro. Katyń – w znaczeniu mordu dokonanego na polskich oficerach – nie jest po prostu wydarzeniem historycznym, jest w tej perspektywie czymś znacznie więcej. Człowiek religijny musi sprawować kult na poziomie dorównującym majestatowi bóstwa.
Ale równie religijna była chyba ta spontaniczna, ogólnonarodowa żałoba po katastrofie. Wielu intelektualistów deklarowało – między innymi na stronie internetowej Krytyki Politycznej – że ich ta społeczna reakcja przeraża. Pan też odczuwał przerażenie?
Nie miałem żadnych bezpośrednich doznań związanych z żałobą – poza telewizją. Rzecz jasna, gęsty tłum, niezależnie od tego, co go gromadzi, sam w sobie może budzić lęk. Nie odczuwałem jednak lęku. Także dlatego, że fałszem i uproszczeniem wydaje mi się traktowanie tego tłumu jako jednorodnego organizmu. Ludzie poszli tam z rozmaitych powodów, kierowani całą wiązką motywów. Zakładając nawet, że rdzeniem był autentyczny ból czy chęć wyrażenia uznania dla tych, którzy zginęli, występuje tu jeszcze sporo innych okoliczności. Nie wykluczając motywacji czysto ludycznych: chęci przyłączenia się do grupy ponieważ „coś się dzieje”. Słowem, to, że nie byłem w stanie obudzić w sobie przerażenia wynika z tego, że tej rzeszy ludzi nie postrzegałem w istocie jako tłum, tylko jako zbiorowisko zdecydowanie niejednorodne. Myślę też, że to o czym mówiliśmy wcześniej – cała ta magiczna interpretacja – również podsycała żałobne zachowania.
No właśnie – mówiono, że ta katastrofa nas zjednoczyła, bo była kolejnym ogniwem tragicznego losu Polski, z którym wszyscy jakoś czujemy się złączeni. Z tym ostatnim twierdzeniem chyba się pan zgodzi?
Nie mogę się z nim zgodzić, nie istnieje bowiem nic takiego jak polskie losy. I nie ma żadnego nieuchronnego tragizmu, wpisanego w te losy. Są różne wydarzenia spotykające różnych ludzi w różnym stopniu, pod różnymi znakami co do oceny. Niezwykle rzadko takie wydarzenia dotyczą całej społeczności. Mówienie o „losach” czy „narodach” jest analogiczną magiczną próbą nałożenia jakiejś arbitralnej struktury pojęciowej na rzeczywistość. Żywa zbiorowość ludzka zostaje bowiem przekształcona w jednorodną masę, jednomyślną i ożywioną jednym uczuciem. Nie ma czegoś takiego. Istnieje na przykład wiele wykładni rozbiorów Polski, istnieją zwolennicy i przeciwnicy powstania warszawskiego itd. Tych ludzi nie obejmuje przecież ten sam polski los.
Ale co jest właściwie złego w religijnym przeżywaniu tej sytuacji? Rzecznicy krytykowanego przez pana stanowiska mówią: pozwólcie nam przeżywać tą żałobę symbolicznie, pozwólcie nam interpretować katastrofę na sposób religijny…
Gdyby kończyło się tylko na religijnej narracji, nie byłoby żadnego problemu. Ludzie opowiadają różne rzeczy. Opór budzi natomiast próba wykorzystania takiego narzędzia w walce o władzę. Dlaczego? Z tego dokładnie powodu, który rodzi od wieków sprzeciw najpierw myślicieli, a potem całych ruchów społecznych wobec ingerencji religii w politykę. Jest pan przecież bezsilny wobec argumentu, że Bóg, stworzyciel świata domaga się takiego a takiego rozwiązania, że nasze ludzkie porządki i ustanowienia są pod władzą boskiego prawa. Nie może pan tego sprawdzić, sam pomysł przystępowania z ludzkim rozumem do boskich prawd jest przecież świętokradztwem. Pozostaje więc albo ślepy posłuch, albo ślepy sprzeciw. Wymyślono więc dawno, by przeciwników zajmujących tak różne, gorzej, tak nierówne położenia, rozdzielić.
Ten magiczny język jest chyba rzeczywiście silnym narzędziem perswazji, skoro w sporach wokół katastrofy nawet osoby deklarujące się jako racjonaliści i ateiści używali go czasem w sposób dość zaskakujący. Sam słyszałem Magdalenę Środę, która zupełnie poważnie mówiła w radiu, że „Wawel to święte miejsce narodu polskiego”.
Spuśćmy wielkodusznie zasłonę milczenia na tę wypowiedź. Cóż, w nienaturalnych warunkach nietrudno o zaskakujące wypowiedzi. Język religijny skądinąd, jak również religijna katolicka obrzędowość jest niewątpliwie najłatwiej dostępnym w Polsce środkiem wyrazu. „Jak trwoga, to do Boga”, chciałoby by się powiedzieć, gdyby nie fałsz tego powiedzenia. W tej frazeologii i obrzędowości bowiem mało komu chodzi o Boga, i trudno się dziwić, Bóg bowiem jest daleko, a ceremoniał, gest, społeczność współwyznawców, a raczej współobrzędowców jest tuż tuż. Różnica natomiast między mną a Magdaleną Środą w kwestii Wawelu nie w rodzaju języka, którym się posługujemy, lecz w tym, że mnie spór o to, czy para prezydencka powinna być pochowana na Wawelu, w ogóle nie angażuje. Nie jest to mój spór, ja w nim nie uczestniczę. Do tego, żeby zająć taką postawę, nie trzeba zresztą ani lewicowości, ani ateizmu. Wystarczy zwykły republikanizm. Nikt mnie tu bowiem nie pytał o zdanie, miejsce pochówku do mnie nie należy, nie zarządza nim mój przedstawiciel, nie znam kryteriów decyzji, która tu zapadła, nie wiem nawet, kto ją właściwie i w jakim trybie podjął. Nie mówiłbym o sobie, gdybym nie sądził, że w moim położeniu są wszyscy bez mała moi współobywatele. Jeśli sądzę słusznie, wypada przyznać, że rozpowszechnione przeświadczenie, iż Wawel to miejsce narodu polskiego, święte, czy nieświęte, jest udanym dziełem propagandy i skłonności ludzi do magicznego myślenia.
Spór o Wawel to już melodia przeszłości. Przed nami kampania wyborcza. Czy myśli pan, że język polskiej polityki raz na zawsze się po tej katastrofie zmieni? Czy raczej – nawet jeśli jawna brutalność zostanie wyeliminowana – stanie się tak naprawdę jeszcze bardziej „naładowany” przemocą: tą symboliczną, mitologiczną i religijną, spod znaku „tragedii narodu” oraz „ofiary na ołtarzu historii”?
Zgadzam się. Tych treści będzie więcej, bo przybył nowy ich zasób. I nie nastąpi żadna zmiana. Nie sądzę skądinąd, wbrew moralistom, żeby język polskiej polityki był jakoś szczególnie brutalny czy nierozumny. Trudno przecież o Wersal, gdy Wersal jest do zdobycia.
Prof. Bohdan Chwedeńczuk jest filozofem, emerytowanym wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego, opublikował m.in. książki „Spór o naturę prawdy” i „Przekonania religijne”
Tomasz Stawiszyński jest szefem działu Polska w „Newsweeku”
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 30.04.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...