Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Machalica: Cała władza w ręce Platformy Drukuj
Bartosz Machalica*   
06.07.2010

Tak można najkrócej opisać wynik niedzielnych wyborów. Jeszcze żadna formacja po 1989 roku w Polsce nie miała tak wielkiej władzy. Owszem SLD miał i premiera, i prezydenta, ale już np. z prezesem NBP był problem, a w mediach, świecie nauki, idei i kultury panowała bynajmniej nie postkomunistyczna hegemonia. Również w czasie, gdy prezydentem i premierem byli bliźnięta jednojajowi, najbardziej opiniotwórczy dziennik i najbardziej opiniotwórcza telewizja komercyjna były bliźniaczo podobne w krytyce tego układu władzy. 


Partia pełni władzy


Teraz Platforma bierze wszystko. Katastrofa smoleńska była dla PiS prawdziwą katastrofą polityczną. Politycy tej partii na pewno brali pod uwagę scenariusz, w którym przegrywają wybory prezydenckie. Przedstawiciele tego środowiska mogliby wówczas okopać się jeszcze w takich instytucjach jak NBP, biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, IPN. Jednoczesna śmierć szefów tych instytucji rozbiła te kalkulacje w drobny mak.  PO bierze wszystko. Ostatnim bastionem kontrolowanym przez środowiska opozycyjne wobec rządu są media publiczne. I właśnie o media publiczne rozegra się pierwsza polityczna batalia po wyborach prezydenckich. O jej wyniku zadecyduje zapewne postawa walczącego o życie PSL-u. Na jaką kalkulację zdecydują się ludowcy? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie wiemy już, że i bez mediów publicznych PO sprawuje w mediach hegemonię. Każdy, kto oglądał debaty prezydenckie i przymknął oczy na zachowania redaktor Lichockiej, nie mógł mieć co do tego wątpliwości. Tyle telewizja i radio. A prasa? Wszystkie tygodniki opinii (“Polityka”, “Wprost”, “Newsweek”, “Przekrój”, “Przegląd”, “Tygodnik Powszechny”) są życzliwe wobec PO. W świecie dzienników załoga „Rzeczpospolitej” z każdym dniem podwyższa umocnienia Świętej Trójcy. Tabloidy są bardziej elastyczne, chociaż redaktor Warzecha również umacnia się w swoim mniejszym okopie. Generalnie takiego poparcia medialnego jak PO w nowożytnej polskiej polityce nie miała jeszcze żadna formacja rządząca. 


Co zrobi z tym poparciem? Trudno powiedzieć, czy w ciągu swoich „500” dni zdecyduje się na „konieczne reformy”, o które od lat upominają się dyżurni telewizyjni eksperci. Nie wchodząc w szczegóły, przypomnijmy, że chodzi o wprowadzenie do końca konsensusu waszyngtońskiego. Tuskowi władza się podoba i odda ją niechętnie. Stąd też jego zaangażowanie w ostatnie dni kampanii tracącego w oczach poparcie Komorowskiego. Premierowi zaświtała wizja świata po wyborczym zwycięstwie Kaczyńskiego. Świata, w którym przestałby być premierem. Nie dlatego, że koalicja PiS-SLD-PSL przeprowadziłaby konstruktywne wotum nieufności, zamieniając Tuska na Pawlaka. Na takie współdziałanie byłoby za wcześnie. Ale zabawa pt. „Ustrzel Tuskowi jednego ministra co tydzień” – proszę bardzo. Szczególnie jeśli wcześniej opozycja (do której pewnie dołączyłby PSL) wymieniłaby sobie Marszałka Sejmu, przyspieszając przyspieszoną i tak emeryturę polityczną przegranego Komorowskiego. Scenariusz od którego dzieliło nas 2,5 pkt. proc. Scenariusz, który może wrócić, a którego zwieńczeniem byłoby zmuszenie Tuska do podania rządu do dymisji i rozpisanie przedterminowych wyborów parlamentarnych. Czyli powtórka z roku 2007. Ludowcy raczej „na dzisiaj” nie zdecydują się na realizację tego scenariusza, ale po wyborach samorządowych w partii może się zagotować.  

  

Front Jedności Narodu i co mu zagraża 

  

Tusk raczej będzie grał na zorganizowanie wyborów w terminie. Czyli w czasie trwania polskiej prezydencji w UE. Po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego i po zakończeniu rozpoczynającej się właśnie prezydencji belgijskiej okaże się z pewnością, że prezydencja niewiele może. Jednak na pewno może się skompromitować. PO w kampanii będzie grała strachem przed „kompromitacją w oczach Europy”. Zbuduje po raz kolejny Front Jedności Narodu, który już raz zadziałał w czasie euro wyborów, gdy na sztandary wpisano „Buzek na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego” – chcesz aby Polska była ważna, głosuj na PO. Chcesz aby Polska była ważna i poważna – głosuj na rząd Tuska – tak będzie brzmiało hasło wyborów podczas prezydencji. Wyborów trudnych dla PO, bo odbywających się w roku 2011. A większość ekspertów wyraża opinię, że budżet na ten właśnie rok będzie jednym z najtrudniejszych w historii Polski. 


Czy Platforma straci wówczas władzę? To już wróżenie z fusów. Scenariuszy jest bez liku. Jeden z nich ma duże szanse się ziścić i mocno osłabić pozycję Tuska. Jest to mianowicie sojusz Komorowski-Schetyna. Jeden daje tandemowi twarz i majestat, drugi wpływy w partii i rozgałęzioną sieć wpływów. Jeśli ten duet dobierze sobie trzeciego tenora (Schetyna nie nadaje się na szefa PO), to scenariusz zakładający, że Tusk straci władzę nie tylko w państwie, ale i w partii, wcale nie jest taki nierealny. A wielu szeregowym działaczom nie bardzo się podoba, że przy Tusku najważniejsze pozycje zajmują osoby takie jak Boni, Ostapowicz, Rostowski, Bielecki, a w przyszłości jeszcze może kilku nowych, którzy z aktywem PO morza wódki bynajmniej nie wypili. A tacy zawsze są podejrzani. 


PiS z przyszłością, SD bez przyszłości


Walki o władzę w najbliższym czasie nie będzie w PiS-ie. Prezes Kaczyński osiągnął wynik wymarzony. Czy pozostanie na lata hegemonem politycznym środowisk „na prawo od PO”? Wiele zależy od wyniku wyborów parlamentarnych. Jeśli PiS nie wróci po czterech latach do władzy, przegra ente wybory z rzędu, to przywództwo Kaczyńskiego może zacząć kruszeć. Czy jednak wyobrażamy sobie PiS bez Jarosława Kaczyńskiego? Albo inaczej, czy wyobrażamy sobie PiS z innym przywódcą niż Kaczyński, zakładając że ten oddaje je następcy z własnej nieprzymuszonej woli? Czy pucz w PiS-ie jest w ogóle możliwy?


tekście przedwyborczym pisałem, że klucz do zwycięstwa w wyborach ma Olechowski.  W jakimś sensie miał, jego elektorat (a jeszcze w kwietniu Olechowski go miał) przyczynił się do ostatecznego sukcesu Komorowskiego. Cały dramat Olechowskiego i Piskorskiego polega na tym, że nie uchwycili momentu, kiedy można było ten elektorat z PO, za przeproszeniem, przehandlować. Po nim każde wycofanie się Olechowskiego byłoby kapitulacją niosącą ze sobą wybitnie mizerne polityczne profity. Olechowski z Piskorskim nie tylko ponieśli sromotną klęskę, ale nawet – używając adekwatnego tutaj języka polskiego biznesu – nie potrafili skaszować swojego politycznego projektu. A wracając na ciut wyższy poziom, po raz kolejny mogliśmy obserwować polityczną klęskę formacji ciut na lewo od PO, dla niepoznaki czasami nazywanej mianem centrolewicy. Przedstawiciele polskiego establishmentu politycznego, medialnego, a czasami nawet naukowego, są święcie przekonani, że wyborcy czekają na powstanie takiej właśnie formacji. Za każdym razem wyborcy rozwiewają ich nadzieje. Tak było w przypadku Partii Demokratycznej, kandydatury Henryki Bochniarz, listy Porozumienie dla Przyszłości. Tak też skończyły się sny o potędze Andrzeja Olechowskiego i Pawła Piskorskiego.  


The Wind of Change?


Od „centrolewicy” przejdźmy do lewicy. Kończąc mój tekst przedwyborczy, postawiłem tezę, że „scenariusze dla lewicy nie są hurraoptymistyczne. Ale to akurat nic nowego”. A jednak. Idzie nowe. Może scenariusze hurraoptymistyczne nie są, ale na lewicy powiało optymizmem. 


Można powiedzieć, że Napieralski wziął swoje. LiD miał 13,1 proc. poparcia. Napieralski ciut więcej – 13,7. Nie o to jednak się rozchodzi. Od kiedy pamiętam w środowiskach lewicowych niezwiązanych z SLD popularna była teza, że jeszcze parę lat i SLD wyginie jak dinozaury. Wymrze elektorat „lewicy mundurowej”. Mokotów zamieni się w dzielnicę japiszonów, a SLD zniknie z powierzchni ziemi. Dzisiaj wiemy, że tak nie będzie. Napieralski przyciągnął do SLD najmłodszych wyborców. Odwrócił strukturę wiekową eseldowskiego elektoratu. Niezależnie od tego, czy przyciągnięci przez niego młodzi wyborcy pozostaną przy SLD już na stałe, SLD pokazało, że ma zdolność przyciągania młodych wyborców. To zmiana jakościowa i jedno z najważniejszych przewartościowań w polskiej polityce. 


Druga zmiana dotyczy przyciągnięcia przez SLD środowisk politycznych innych niż secesjoniści z Sojuszu, znajdująca się na śmietniku historii Partia Demokratyczna i zasłużona, ale słabiutka Unia Pracy. SLD umiał zbudować inny blok sojuszy niż ten, którego wyrazem był LiD. Poparcia udzielili Napieralskiemu Zieloni 2004 i Partia Kobiet. Korzyści z tego aliansu powinny być obopólne. SLD może znaleźć klucz do wielkomiejskiego elektoratu – Sojusz i Napieralski mają wyraźne problemy z pozyskiwaniem wyborców w dużych miastach. Zieloni i Partia Kobiet mogą wejść do politycznej gry na poziomie samorządowym i krajowym. Nie twierdzę, że są skazani na sukces. Ale alians z Sojuszem daje im na pewno nieporównywalnie większe szanse na polityczny sukces niż bloki typu Porozumienie dla Przyszłości. SLD znalazł również – na razie na małą skalę – sposób na dotarcie do środowisk akademickich i intelektualnych, które trudno określić mianem postkomunistycznych. Apel popierający Napieralskiego podpisali m.in. prof. Magdalena Środa, prof. Bohdan Chwedeńczuk, prof. Jerzy Drewnowski, dr hab. Piotr Żuk, czy współkierujący Ośrodkiem Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a Rajmund Niwiński. To kolejna zmiana jakościowa. 


Na razie to tylko kilka kroków SLD w dobrym kierunku. Czy będą kolejne? SLD pod przywództwem Napieralskiego może zamknąć się w gronie własnego aparatu, wybierając przyszłość partii politycznej sekty. Może też – zawierając sojusz z Zielonymi i Partią Kobiet – otworzyć się na nowe ruchy społeczne (feministyczny, LGBT, ekologiczny), organizacje pozarządowe oraz środowiska akademickie i intelektualne. Doskonałą okazją będą jesienne wybory samorządowe. Napieralski umocnił się w partii, czy wystarczy mu odwagi, aby przeciwstawić się działającym w niej grupom interesu? A może będzie tkwił w błędnym kole: „Jesteśmy słabi, bierzemy jeden mandat w okręgu, dlatego musimy na jedynce wystawić sprawdzonego towarzysza, w efekcie nie pozyskujemy nowych wyborców, tracimy starych, jesteśmy słabi, bierzemy jeden mandat w okręgu…” I tak aż do powolnej politycznej śmierci. A może jednak przerwie to błędne koło? 


*Bartosz Machalica - historyk, politolog, publicysta m.in. tygodnika „Przegląd” 

  

Komentarze
Dodaj nowy
KrzysztofMazur   |06.07.2010 11:19:59
"Moja żono, zgoła nie kapuję o czem ty bajesz." Ubu król.

Cała ta
analiza nie bierze pod uwagę, co jest dla Polski dobre, otóż jest to silny rząd
i na to głosują wyborcy.

Tusku spokojnie zrobi wybory w kwietniu, przed
kryzysem, a po wyborach zacznie podnosić podatki i sobie poradzi.
Wasi zieloni i
Partie Kobiet mogą zostać wciągnięte na listę SLD i tyle.
SLD wygrywa samo, jak
PO.
Opcja PO bierze wszystko, czyli większość w sejmie, jest dla SLD korzystna,
nie musi wchodzić do rządu i może rosnąć, zamiast być przystawką. Szybki sukces
to klęska (vide PiS).
PiS idzie śladem Unii Demokratycznej na emeryturę.
El Diablo  - Poprzednik ma rację, ale…   |06.07.2010 12:56:38
… w najważniejszej kwestii się myli. Po nie będzie w stanie sformować
samodzielnie rządu. Wątpliwe, że przy obecnej ordynacji uzyska odpowiednią
liczbę głosów. W celu realizacji takich zamierzeń musiałoby zmienić konstytucję
i wprowadzić ordynację większościową. Dorn co prawda mówił na początku kadencji
o takiej możliwości połączonej z anihilacją SLD i w domyśle po wygranej PiS
zohydzenia ludowi PO przy pomocy CBA. Jeżeli jednak Tusk chce zmiany konstytucji
to pomyśli raczej o wariancie dwuturowym ordynacji większościowej.
El Diablo   |06.07.2010 13:03:25
Ale tu tylko popuściłem wodze wyobraźni
KrzysztofMazur   |06.07.2010 19:14:19
Do większości w sejmie potrzeba ok 43-44 % głosów (to jeszcze zależy od rozkładu
głosów konkurencji). Komorowski w I turze miał 41 %. Tusk może dostać więcej,
może być lepsza ichna kampania, nie będzie katastrofy samolotowej i
powodzi.
Jeżeli SLD będzie wolniej zyskiwać, niż PS tracić, to jest
możliwe.
Np.
PO 44
PiS 30 lub mniej
SLD 14
PLS nie wchodzi
w takim układzie
system Donta daje PO niewielką większość.
Boyszewik   |06.07.2010 14:04:42
Kaczyński jest przeciwko ordynacji większościowej, słusznie oceniając że skazuje
ona PiS na wieczną opozycyjność. Prędzej zmontują koalicję z SLD, niż wygrają
wybory większościowe.
KrzysztofMazur   |06.07.2010 19:15:39
PiS będzie zawsze w opozycji, a potem zniknie.
Już o tem pisałem kiedy indziej.
KrzysztofMazur   |06.07.2010 19:40:48
Olechowski jest dla PO
jak Jurek dla PiS
i jak KP i Zieloni i Partia Kobiet dla
SLD.
To jest połączenie skrajnej niszy z zapleczem ideowym i personalnym.
Tacy
oderwani intelektualiści, co lubią być konsekwentni.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 06.07.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.06526 Seconds