|
Machalica: Wspomnienie o Jerzym Szmajdzińskim |
|
|
Bartosz Machalica
|
|
11.04.2010 |
W katastrofie pod Smoleńskiem śmiercią tragiczną zginęło troje posłów lewicy: Izabela Jaruga-Nowacka, Jolanta Szymanek-Deresz i Jerzy Szmajdziński. Młoda lewica miała do nich zróżnicowany stosunek. Od niemal powszechnego uznawania Jarugi-Nowackiej „za swoją”, poprzez neutralny stosunek do Szymanek-Deresz, po rezerwę, dystans czy nawet niechęć wobec Szmajdzińskiego.
Znałem wszystkie te osoby, wszystkie darzyłem szacunkiem i sympatią. O Izabeli Jarudze-Nowackiej pięknie napisała Magdalena Środa. O Jolancie Szymanek-Deresz z pewnością niejedno wspomnienie napisze ktoś z kręgów feministycznych i prawniczych. O Szmajdzińskim, którego znałem z tej trójki najlepiej, napiszę ja.
We wspomnieniach o Lechu Kaczyńskim przewija się jedna opinia: przed kamerami sztywny, za to gdy gasła czerwona kontrolka, zamieniał w ciepłego, sympatycznego człowieka. Nigdy nie poznałem tragicznie zmarłego prezydenta, doskonale wiem jednak, o co chodzi. Mam podobne doświadczenia z relacji ze Szmajdzińskim, chociaż zamiast wylewności Kaczyńskiego mieliśmy tu raczej do czynienia z oszczędnością formy i „angielskim” dowcipem.
Gdy spotkałem Szmajdzińskiego pierwszy raz, patrzyłem na niego jak na faceta, który „wysłał wojska do Iraku”. Do końca uważał, że była to decyzja słuszna. Ja również nie zmieniłem swojego jednoznacznie negatywnego stanowiska wobec irackiej awantury. Mogliśmy spisać protokół rozbieżności. Co ciekawe, po stronie antywojennej znalazłoby się wiele podpisów osób z jego otoczenia. Akceptował to.
Nie będę pisał politycznej apologii Szmajdzińskiego. Na pewno nie w tych okolicznościach. Jego doświadczenie i charakter sprawiły, że umiarkowanie było jego drugą naturą. Nie zaakceptuję jednak pośmiertnego wypychania go z pola centrolewicy. Szczególnie że sam definiował ją pluralistycznie. Widział w niej również młodych, z którymi dzieliło go bardzo wiele. Jeśli jednak po roku 2005 zaczęły się pojawiać nici porozumienia między SLD a młodą lewicą intelektualną, to dla każdego, kto znał stosunki wewnątrz Sojuszu, musiało być jasne, że nie działo się to bez wiedzy i akceptacji Szmajdzińskiego.
Od kilku tygodni pytany, w jakich sytuacjach wetowałby ustawy, nie opowiadał nic o „zagrożeniach dla budżetu”. Odpowiadał, że po weto sięgałby wówczas, gdy nowe prawo uderzałoby w mniejszości i osoby wykluczone – w najsłabszych. Bardzo chciałbym, aby przyszły prezydent kierował się właśnie tą zasadą.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 13.04.2010 )
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...