„Nienawidzę poprawnych, nienawidzę pośrednich, sprytnych, letnich…” – pisał w szkicu Za pięć dwunasta, czyli o warunkach poezji 24-letni Jan Błoński, dodając na zakończenie: „Czas skończyć z taryfą ulgową – dla wszystkich. Sztuka jest bezlitosną walką. Walki duchowe są równie zaciekłe jak bitwy ludzkie” (ostatnie zdanie to cytat z Rimbaud). Słowa te, napisane u progu Października’56 nie płyną jednak z ust zaangażowanego po jedynie słusznej stronie krytyka-badacza. Są rezultatem rozczarowania latami socrealizmu, poziomem i charakterem ówczesnych debat, miałkości życia kulturalnego i silnym ciosem wymierzonym w zwolenników tamtego porządku. Są również manifestacją nadziei na przełom i gotowości do zmiany, którą kilka lat później Błoński nazwie i opisze w Zmianie warty.
Tytuł ten oznaczał, że literatura uchwyciła moment zmiany warunków, w których ona sama powstaje, widziany w szerszym kontekście – zmiana warty to zmiana paradygmatu i skierowanie rozwoju kultury w inne rejony. Omawiając twórczość autorów pokolenia „Współczesności”, Błoński obnaża przede wszystkim łatwość, z jaką ta produkcja literacka popada w mity, obsuwa się w stronę literatury popularnej. W latach 70. książka ukazuje się pod zmienionym tytułem – Odmarsz, zinterpretowanym pesymistycznie i jakże trafnym, jeśli spoglądać na tę pracę jako na lustro wydarzeń „polskiego października”.
Już w latach socrealizmu osią działalności Błońskiego staje się walka o włączenie w krwiobieg polskiego życia kulturalnego pisarzy zapomnianych i nieznanych (polskich i zachodnich). Przyszły juror nagrody Nike należy wówczas do drużyny kierowanej przez Artura Sandauera, która toczy „grę o sławę” znanego jeszcze nielicznym, mieszkającego ciągle w Argentynie Gombrowicza. „Partia Gombra” załatwia tłumaczenia, pilnuje publikacji tekstów, przygotowuje grunt pod jego triumfalny powrót do Europy.
Mniej więcej w tym samym czasie to dzięki Błońskiemu właśnie, pełniącemu wówczas funkcję szefa działu literackiego w „Przekroju”, pojawiają się w tym popularnym tygodniku pierwsze po wschodniej stronie żelaznej kurtyny przekłady zachodnich autorów, przede wszystkim z kręgu teatru absurdu – Ionesco, Geneta, Becketta.
Od początku lat 60. ubiegłego wieku krakowski krytyk dzieli swój czas pomiędzy Francję a Polskę. Koresponduje z przebywającym już wtedy na emigracji Sławomirem Mrożkiem, przyjacielem z pierwszych lat w „Przekroju”. Za sprawą tego „podwojonego” spojrzenia, a także wobec braku cenzury, Błoński mógł postawić wstrząsającą diagnozę stanu polskiego życia intelektualnego, przyznając Mrożkowi rolę słuchacza, powiernika własnych pesymistycznych myśli. Rozwinął w listach własną wizję rozwoju kultury powstającej w świecie, w którym człowiek „stracił dialektyczność” – opuściły go zarówno Historia, jak i Bóg. Taka sytuacja grozi mierzącym wysoko twórcom popadnięciem w osobliwości własnej psychiki, niezrozumieniem, uwikłaniem w popędy; ale Błoński nie upatruje też szans na rozwój kultury w poprawie warunków materialnych społeczeństwa. Sceptyczni co do rewizjonistycznych zamiarów części elit epistolarni przyjaciele przewidują, że jedynym efektem przyszłej rewolucji społecznej będzie to, że „Polska stanie się w końcu drobnomieszczańska”. Swoje przypuszczenia sami zresztą potwierdzą potem w listach pisanych na fali rozczarowania przełomem 1989 roku.
W korespondencji z Mrożkiem Błoński wyjawia jeden z pomysłów na krytykę literacką – ma to być strategia wmontowywania w system pustych miejsc, które mogą wypełnić się „substancją dziką”, z niej zaś wyrastać będą kolejne, w zamyśle – nowe i mocne, pędy. W latach 70-tych strategie działania Błońskiego zmieniają się – zostaje kierownikiem literackim najlepszego wówczas w kraju Starego Teatru, narzucając często reżyserom (Swinarskiemu, Jarockiemu, Wajdzie) własne interpretacje utworu. Charyzmatyczny wykładowca kieruje, razem z profesorem Henrykiem Markiewiczem, Instytutem Filologii Polskiej UJ, matecznikiem Studenckiego Komitetu Solidarności, a później lokalnych struktur NSZZ „Solidarność”. Błoński kreował postawy odbioru dzieł literackich, jakich jeszcze nie było, rozgniatał autorów niczym danie na talerzu, zawsze mówiąc wprost, co sądzi o wartości tej czy innej książki. Nie kierował swojego pióra przeciw tematom zużytym, nie rozkładał na czynniki pierwsze poetyk wtórnych, nie pasjonowała go literatura gatunkowa. Działania jego tworzą z dzisiejszego punktu widzenia komplementarną całość, nastawioną na performatywny efekt – działania poprzez literaturę, które zmienia odbiór świata, wciąga czytelnika w życie, dodaje mu sensu. Poprzez literaturę i towarzyszące jej media – teatr, serie wydawnicze, pismo „Teksty”, przekłady dzieł zachodnich, Błoński (w dużo większym wymiarze, niż wydaje się to na pierwszy rzut oka) uformował nowoczesny kanon kultury polskiej, oparty bardziej na „synach” niż „ojcach”, na przezwyciężaniu jej romantycznego pnia, zawłaszczonego ostatecznie przez władze. Faworyzował pęknięcia i agonistyczne opozycje języków literatury, głównie poezji. Wierzył w czasem długie i uparte trwanie stylów i poetyk, a także w to, że język literatury określa stan świadomości społeczeństwa, że wyraża więcej, niż sam autor jest w stanie przyznać. Dlatego też wychwytując podstawowe idiomy tego języka, za każdym razem w inny sposób poszerzał horyzonty rozumienia literatury i rozumienia, czym jest lub może być kanon. Czynił to w tekstach krótkich, prawie pozbawionych przypisów, iskrzących się za to złotymi myślami, zdaniami z gatunku tych celnych i coś ustanawiających. Literatura współczesna, którą tak wnikliwie się zajmował, była dla niego także grą, jednym wielkim persyflażem tradycji literatury polskiej, spektaklem. Dzięki temu podejściu udało mu się nie dopisywać znaczeń i nie chybiać w interpretacji.
Warunki rozwoju życia intelektualnego w PRL sprzyjały zresztą takiej grze. Z ówczesnego punktu widzenia mógł Błoński uchodzić za profanatora. Podobnie jednak jak najbliżsi mu Witkacy i Gombrowicz był profanatorem-uświęcaczem. Ów proces jednoczesnego demontowania i konstruowania od połowy lat 80. – kolejny raz w życiu autora Odmarszu – zmienia jednak charakter.
Pomysł na tekst o polskiej winie wobec Żydów zrodził się podobno z rozmów ze studentami i z uczelnianych seminariów. Do swoich tez Błoński dochodził powoli, publikując wcześniej eseje o obecności Żydów w literaturze polskiej (Autoportret żydowski, 1981) oraz snując plany „przyszłej w Polsce sztuki”, stawiając tezy o konieczności pluralizacji głosów literatury, swobodnej gry różnic, wielości języków, których bezinteresownym doświadczaniem jest właśnie literatura (O współczesnej kulturze literackiej, 1984). Opublikowany 22 lata temu w „Tygodniku Powszechnym” esej „Biedni Polacy patrzą na getto” wstrząsnął opinią w Polsce. Błoński wrzucił granat w szambo. W prostych, pozbawionych filozoficznych czy teologicznych uzasadnień zdaniach, opierając się na dwóch wierszach Miłosza ustanowił wzorzec debaty o relacjach polsko-żydowskich. Tekst powstał w momencie społecznego przesilenia, kiedy wielu wydawało się, że temat żydowski w Polsce będzie na zawsze należał do historii. Tekst wzbudził zażarte polemiki. Dość powiedzieć, że podzielił nawet środowiska tzw. lewicy laickiej – Adam Michnik w pierwszej reakcji odrzucił tezy Błońskiego, Jacek Kuroń od razu przyjął jako swoje. Błońskiemu zarzucono antypolonizm i plucie na własny naród. Resztę porównań pominę.
Debata sprzed ponad 20 lat do dzisiaj jest w Polsce jednym z dominujących wzorców narracyjnych, wokół których gromadzą się z jednej strony środowiska liberalno-lewicowe, z drugiej – narodowa prawica. Najpoważniejszym rozwinięciem debaty wokół Biednych Polaków były oczywiście dyskusje toczące się w polskiej świadomości wokół sprawy Jedwabnego i pytanie o zakres współodpowiedzialności Polaków za Zagładę.
W tym samym czasie, pod koniec lat 80., Błoński znajduje i wpuszcza w oficjalny obieg szereg nazwisk, które obecnie tworzą czołówkę polskiej literatury. Pisze teksty, bardzo przychylne, o Andrzeju Stasiuku, Jerzym Pilchu, Januszu Andermanie, Stefanie Chwinie, Pawle Huelle (którego powieść Weiser Dawidek uznaje za książkę dziesięciolecia, dzieląc się z czytelnikami intuicją interpretacyjną, że tytułowy Weiser to utracona… Solidarność). Sporo miejsca poświęca na omówienie twórczości kobiet: Olgi Tokarczuk, Izabeli Filipiak, Magdaleny Tulli. Wreszcie, niedługo przed 70. rocznicą urodzin – na którą „Gazeta Wyborcza” niezbyt błyskotliwie określiła go mianem „Adama Małysza polskiej krytyki literackiej” – wydaje swoje opus magnum, pisaną przez 38 lat monografię twórczości Witkacego.
Błoński uchylił przed polską kulturą drzwi prowadzące do nowoczesności, które, jak pisał Gombrowicz, Polacy sami często zamykali na klucz. Nie był klerkiem, był krytykiem politycznym, w etymologicznym znaczeniu tego słowa – wśród ludzi i dla ludzi.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...