|
Leszczyński: Jak możemy pomóc głodującej Afryce? |
|
|
Adam Leszczyński
|
|
01.08.2011 |
Od ponad 20 lat we wschodniej Afryce nie było tak wielkiego głodu. W Somalii oraz pustynnych częściach Etiopii i Kenii może - według szacunków ONZ - umrzeć nawet 3,5 mln osób. 11,5 mln będzie, w oficjalnej terminologii, „dotkniętych” głodem - czyli będzie cierpieć z powodu niedożywienia. Rozmaite wskaźniki śmiertelności - np. w najbardziej dotkniętych głodem prowincjach Somalii umiera codzienie jedno na 1700 dzieci - stawiają tę katastrofę w rzędzie największych klęsk głodu w historii.
Podobne liczby rejestrowano w czasie ostatniego wielkiego głodu w Zachodniej Europie - w Irlandii w latach 1847-1849. To było jednak 150 lat temu. Obecny poziom technologii, w tym technik transportu i przechowywania żywności, jest nieporównywalny z tym, co było wówczas dostępne. Wtedy rząd brytyjski (który rządził Irlandią) miał parowce i kolej. Dziś mamy samoloty, ciężarówki i samochody terenowe, które mogą dotrzeć wszędzie. Dlatego dziś jest bez porównania łatwiej i taniej nieść pomoc ofiarom klęski niż kiedyś. Każda śmierć z głodu jest dziś, o ile to w ogóle możliwe, większym moralnym skandalem niż 150 lat temu.
Nawet wówczas jednak problem głodu był przede wszystkim polityczny. Rząd brytyjski był wrogi irlandzkim aspiracjom niepodległościowym i, równocześnie, wierny liberalnej polityce rolnej, która zakazywała interwencji na rynku żywności. Te dwa powody - wrogość wobec Irlandczyków i ideologia gospodarcza - przesądziły, że klęska osiągnęła tak wielkie rozmiary.
Na tragiczną sytuację we wschodniej Afryce składa się dziś kilka przyczyn. Po pierwsze - susza o skali nienotowanej w regionie od 1950 r. Po drugie - wysokie ceny żywności na rynkach światowych, które utrudniają lokalny import; ludzi po prostu nie stać na importowaną żywność. Po trzecie - rządzący dużą częścią Somalii islamiści, wrodzy wobec Zachodu, którzy długo nie dopuszczali pomocy humanitarnej i których stosunek wobec ludności przypomina częściej podejście okupanta niż rządu z prawdziwego zdarzenia.
Wspólnota międzynarodowa powoli zbiera się do działania. Prawdopodobnie wysupła miliard dolarów, który - według szacunków brytyjskiej organizacji Oxfam - jest potrzebny, żeby zapobiec największej tragedii. Wtedy liczbę ofiar pewnie będziemy liczyć w dziesiątkach, może setkach tysięcy, ale nie w milionach.
Polski rząd, jak zwykle w podobnych sytuacjach, skąpi pieniędzy. Polska przeznaczy na pomoc humanitarną z rezerwy budżetowej prawdopodobnie - według deklaracji wiceministra spraw zagranicznych Krzysztofa Stanowskiego - ok. 1-1,5 mln złotych. Polska Akcja Humanitarna ogłosiła zbiórkę pieniędzy: na jej koncie w czwartek 29 lipca było już 420 tys. złotych, co oznacza, że najprawdopodobniej Polacy okażą się bardziej szczodrzy niż ich rząd.
Oczywiście powinniśmy dać więcej pieniędzy. Można debatować nad sensownością pomocy rozwojowej, która często działa źle, a czasami nie działa wcale. Tu mamy jednak do czynienia z czymś zupełnie innym - humanitarną katastrofą o skali większej niż japońskie tsunami albo haitańskie trzęsienie ziemi. Elementarny odruch ludzkiej solidarności nakazuje pomóc. Nawet tak mała pomoc, na jaką nas stać, się przyda - zawsze więcej ludzi przeżyje. Może kilkaset, może kilka tysięcy jesteśmy w stanie uratować. Stać nas jeszcze chociaż na parę milionów.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 01.08.2011 )
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...