|
Przełomowe wydarzenia historyczne mają to do siebie, że, paradoksalnie, często trudno je współczesnym zauważyć. Ludzie nierzadko dostrzegają rewolucje dopiero wtedy, kiedy zapukają do ich drzwi. Nie ma w tym nic nowego: kiedy germański król usunął z tronu ostatniego rzymskiego cesarza - wydarzenie, które dziś uznajemy za przypieczętowanie wielkiego historycznego przełomu - współcześni to odnotowali, ale nie uznali za zbyt ważne, bo świat, w którym żyli, nie zmienił się z dnia na dzień. Żeby nie sięgać do tak odległych przykładów - w 1931 r., kiedy od krachu na giełdzie upłynęły niecałe dwa lata (czyli tyle, ile od początku obecnego kryzysu), świat kapitalistyczny mógł myśleć, że najgorszą fazę zapaści ma już za sobą, bo sytuacja gospodarcza wydawała się powoli stabilizować. Dziś wiemy, że rok 1931 był dopiero początkiem kłopotów, a jego polityczne konsekwencje pojawiały się właśnie na horyzoncie.
Rewolucje przysparzają dodatkowych trudności. Jak pisał w klasycznym dziele o Francji de Tocqueville - poprzedza je długi czas społecznych przygotowań, które zachodzą bardzo powoli i często pod progiem zbiorowej świadomości. Na długo przed rewolucją we Francji ustrój był głęboko zdelegitymizowany - powszechnie postrzegany jako niewydolny, nieracjonalny i niesprawiedliwy, czyli niezasłużenie rozdzielający przywileje i nagrody (wypisz, wymaluj - kapitalizm ostatnich lat). Była w tym spora zasługa krytycznych intelektualistów, ale też wielki wkład elit starego ustroju, które arogancją, bezmyślnością i samozadowoleniem przez długie lata pracowały na swój upadek. Kiedy nadeszła rewolucja, pisze Tocqueville, zmiotła tylko zmurszałą fasadę monarchii, bo tylko tyle z niej zostało - tyle że w sposób widowiskowy i okrutny, gilotynując i wieszając na latarniach.
Ostracyzm przy grillu
Nie mówię, że wkrótce na latarniach zawisną bankierzy. Przeciwnie: świat zachodni wszedł w epokę bardziej humanitarną i - jeśli wierzyć doniesieniom z Ameryki - grozi im głównie ostracyzm podczas domowych imprez przy grillu (niektórym też bezrobocie lub obcięcie premii). Te cierpienia rzadko budzą współczucie. „New York Times” opisał niedawno, jak dyrektorzy AIG - największej na świecie firmy ubezpieczeniowej, której amerykańscy podatnicy dopłacili właśnie 180 mld dolarów - dostają telefony z pogróżkami, a sąsiedzi przestali mówić im „dzień dobry”. Jednemu z szefów AIG ktoś podrzucił kupę na podjazd do garażu. To niemiłe objawy ludowego gniewu, ale do wieszania na latarniach bardzo im daleko - i dobrze.
Nie próbuję też wróżyć, czy rewolucja - z wieszaniem lub bez - nadejdzie. Sądzę jednak, że Gadomski - pisząc: „przecież większość żyjących na świecie ludzi ma przed sobą perspektywę kilkudziesięciu lat i obecny kryzys będzie dla nich tylko epizodem, być może ważnym, ale nie przesądzającym” - nie dostrzega, że dzisiejszy kryzys gospodarczy jest także kryzysem legitymacji kapitalizmu: kompromitacją zbyt głęboką i zbyt samorzutną, by po poprawie stanu gospodarki można po prostu wrócić do tego, co było. Delegitymizacja to utrata zaufania. Jak każdy z nas wie, zaufania nie sposób odzyskać bez skruchy i głębokiej zmiany. Powtarzanie „było świetnie, tylko źli ludzie zawiedli” do tego nie prowadzi.
Konieczność ewolucji liberalnego kapitalizmu doskonale dostrzegał Friedrich Hayek, którego Gadomski cytuje. Pisał, że system - jeśli ma przetrwać kryzys lat 30. i wyzwania ze strony ówczesnych totalitaryzmów - wymaga gruntownych zmian. W „Drodze do niewoli” proponował np., aby w czasach niepewności i zmian każdy miał zagwarantowane „podstawowe minimum” życiowe (pogląd, który dziś chyba zaliczałby Hayeka do socjaldemokracji). „Jedyna rzecz, której nie zniesie nowoczesna demokracja - pisał Hayek - to znaczące obniżenie poziomu życia w czasie pokoju albo nawet dłuższa stagnacja warunków ekonomicznych”.
Upadek pewnej idei
W cieniu afery Madoffa i gigantycznych dotacji dla AIG łatwo mogą umknąć bardziej subtelne, a być może ważniejsze przemiany zbiorowej świadomości. Pisze Witold Gadomski: „Ekonomiści, którzy przez ostatnie dziesięciolecia powtarzali, że stabilny pieniądz i zdrowe finanse publiczne są warunkiem gospodarczego rozwoju, domagają się, by rządy porzuciły rozsądną politykę fiskalną, a banki centralne gasiły kryzys, lejąc strumienie pustych pieniędzy”.
Ta zmiana - której symbolem jest Nagroda Nobla dla Paula Krugmana, krytykującego dziś administrację Obamy za to, że wydaje zbyt mało pieniędzy na rozruszanie gospodarki - nie zaszła jednak tak niespodziewanie. Sam Krugman, którego Gadomski lekceważąco nazywa „jednym z najmodniejszych w obecnym sezonie ekonomistów”, nie zyskał sławy bez powodu. Bardzo dużo z tego, co pisał - zarówno o administracji Busha, której był jednym z pierwszych zagorzałych krytyków, jak i o spekulacyjnej bańce na rynku nieruchomości - sprawdziło się co do joty. Może warto wysłuchać, co ma do powiedzenia dziś?
Symptomów podważania rozmaitych liberalnych dogmatów w ekonomii pojawia się więcej - i proces ten zaczął się już dobrze przed kryzysem. Oto garść przykładów.
Czy np. otwarcie rynków finansowych na międzynarodowy kapitał pomaga biednym krajom w rozwoju? Niekoniecznie - przekonuje Maurice Obstfeld, profesor University of California w Berkeley („International Finance and Growth in Developing Countries: What Have we Learned?”, National Bureau of Economic Research Working Paper 14691), Maurice Obstfeld, International Finance and Growth in Developing Countries: What Have we Learned?, National Bureau of Economic Research Working Paper 14691 . Na podstawie analizy badań statystycznych prowadzonych przez ostatnie 20 lat Obstfeld doszedł do wniosku, że istnieje „uderzająco niewiele” świadectw pozytywnego wpływu otwarcia rynków finansowych na tempo rozwoju gospodarczego. Za to - pisze Obstfeld - otwarcie rynków „zwiększa częstotliwość i głębokość kryzysów ekonomicznych”.
Inny fundament liberalnej wiary: że motorem przedsiębiorczości jest klasa średnia. Być może, ale to nie wynika z badań - przekonują w prestiżowym piśmie „Journal of Economic Perspectives” Abhijit Banerjee i Esther Duflo (oboje z MIT). Ich analiza zaświadcza, że klasa średnia nie stymuluje wzrostu gospodarczego przez to, że chętniej się zajmuje biznesem - tylko dlatego, że z reguły ma stabilną, dobrze płatną pracę, która pozwala jej inwestować w siebie i dzieci. Kolejny dogmat: że to globalizacja spowodowała wzrost gospodarczy na świecie w ostatnich dwóch dekadach. To nieprawda - uważa Dani Rodrik, ekonomista z Harwardu. Po 1990 r. „przeciętny wzrost gospodarczy na świecie był nieco niższy niż w okresie bezpośrednio powojennym” - pisze Rodrik. „Chiński cud gospodarczy wyróżnia się nieco mniej niż japoński cud wzrostu z wcześniejszej ery”. Co miały - według Rodrika - wspólnego kraje, które rozwijały się najszybciej w latach 90. i po 2000. r.? Były „produktywistyczne”. „Przyznawały priorytet zmianie strukturalnej - przesuwaniu zasobów z tradycyjnych do nowoczesnych rodzajów aktywności ekonomicznej - ponad wszystko inne. Używały nie tylko »ortodoksyjnych « instrumentów (takich jak inwestycje w infrastrukturę i kapitał ludzki), ale także subsydiowały nowe gałęzie przemysłu, zaniżały kurs waluty, żeby promować produkcję dóbr na eksport i ograniczały sektor finansowy, kiedy stał im na drodze”. Rodrik - razem z innym ekonomistą Arvindem Subramanianem z Center for Global Development - napisał w marcu 2008 r. artykuł pod wymownym tytułem „Dlaczego finansowa globalizacja rozczarowała?” Uwaga - tego nie piszą ludzie, których można wepchnąć do szufladki z etykietą: „lewacy, wariaci i Marsjanie”. To zawodowi ekonomiści, profesorowie Princeton, Harwardu i MIT. Może mają trochę racji?
Ludziom po prostu opadły szczęki
Mało kto wie lepiej niż Polacy, jak kosztowna i niedoskonała potrafi być kuratela państwa nad gospodarką. Dziś jednak liberalny kapitalizm podatnicy trzymają przy życiu na kroplówce, która kosztowała biliony dolarów. Dlatego dyskusja toczy się o zakres i formy kontroli państwa nad rynkiem - bo ona jest faktem - a nie o to, czy ma ona sens. Największe amerykańskie banki już są w znacznym stopniu kontrolowane przez państwo. Obama odwołał też niedawno prezesa jednej z największych korporacji - General Motors, korzystając z tego, że firma siedzi po uszy w kieszeni podatnika.
W połowie kwietnia „Washington Post” opisał przebieg spotkania pełnomocnika Obamy ds. ratowania przemysłu motoryzacyjnego z przedstawicielami czterech wielkich banków. Przedstawiciel prezydenta zażądał, aby bankierzy zgodzili się umorzyć Chryslerowi 7 mld dol. długów w zamian za rekompensatę równą rynkowej cenie długu firmy (15 centów za dolara długu). Bankierzy liczyli, że rząd uratuje Chryslera, a wtedy odzyskają więcej pieniędzy. Rząd jednak miał możliwość nacisku: cztery banki dostały od niego w ostatnich miesiącach łącznie 90 mld dol. pomocy.
Na pytanie bankowców, co dostaniemy w zamian za zgodę na układ z Chryslerem, urzędnik odpowiedział: „nic”. „Ludziom po prostu opadły szczęki” - żalił się anonimowy bankier reporterowi.
Czy za czasów Reagana, Bushów albo Clintona taka sytuacja była w ogóle do pomyślenia? „Z działań antykryzysowych podejmowanych obecnie przez wiele rządów nie rodzi się żaden nowy ład gospodarczy” - pisze Witold Gadomski. Doprawdy? A może właśnie się rodzi - tylko nie chcemy go dostrzec, dopóki nie zapuka do naszych drzwi?
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.
Na podobny temat
|
Pan porusza różne problemy, np. kwest...
Moim zdaniem strach przed wyborami&nb...