|
Sutowski: Lepiej późno niż później |
|
|
Michał Sutowski
|
|
22.07.2011 |
Przywódcy pańs tw strefy euro dopiero po kilku miesiącach zrozumieli, że kontynuacja dotychczasowej polityki wobec Grecji odwleka tylko katastrofę – bankructwo kraju, a być może i załamanie się całej unii walutowej, gdyby wystąpił osławiony „efekt domina”. Apokalipsa pod samym Akropolem nie wystarczała – wydaje się, że dopiero niedawne zadłużeniowe perypetie Włoch skłoniły liderów Europy do przemyślenia sprawy na poważnie i przezwyciężenia narodowych populizmów. Dotychczasowe kunktatorstwo miało bowiem przyczyny polityczne, a nie ekonomiczne – prasa najzamożniejszych krajów Unii (i zarazem beneficjentów euro) systematycznie kładła czytelnikom (czyt. wyborcom) do głowy, że oto znów rządy chcą ich pieniądze wydać na pomoc greckim nierobom i zadymiarzom.
Wczorajsza decyzja o udziale banków-wierzycieli w pomocy dla zadłużonej Grecji (wydłużenie okresu spłaty długu, obniżka jego oprocentowania), a także zwiększeniu (i poszerzeniu kompetencji) funduszu stabilizacyjnego dla dłużników daje nadzieję na tymczasowe przynajmniej złagodzenie kryzysu. Wygląda na to, że udało się na jakiś czas zatrzymać zjazd strefy euro po równi pochyłej.
Brukselskie negocjacje ujawniły jednak wiele paradoksów i sprzeczności systemowych. Bez ich rozwiązania trudno myśleć nie tylko o trwałym rozwoju, ale nawet o względnej stabilności Unii (nie tylko walutowej). Dla Europejskiego Banku Centralnego priorytetem okazała się nie stabilność strefy, ale neoliberalna doktryna (wszelkie „restrukturyzacje” długu zaburzają prawa rynku i demoralizują dłużników) oraz krótkowzrocznie postrzegany interes prywatnych wierzycieli. Fundusz stabilizacyjny rozrósł się dzięki politycznej interwencji dwóch wiodących państw, na drodze de facto międzyrządowej, choć rola, jaką pełni, sugerowałaby konieczność powołania trwałych instytucji, niezależnych od przygodnych decyzji poszczególnych krajów. Możliwość udzielania nisko oprocentowanych pożyczek ewentualnym dłużnikom i obrona słabszych krajów przed atakami spekulacyjnymi wymaga wzmocnienia unii walutowej i przekształcenia jej w unię fiskalnej, ale dziś „rząd gospodarczy” ogranicza się niemal wyłącznie do wymuszania budżetowych cięć.
Doraźnie udało się stworzyć perspektywę wyjścia Grecji ze spirali zadłużenia – w ciągu kilkunastu lat. Wciąż jednak brakuje wizji reform Eurolandu, które mogłyby zinstytucjonalizować zasadę finansowej solidarności. Choć systemy gospodarcze są ze sobą ściśle powiązane, a kompetencje EBC ograniczyły radykalnie suwerenność gospodarczą państw, nadal obowiązuje zasada indywidualnej (tzn. narodowej) odpowiedzialności za długi. Pomimo kryzysu roku 2008 wciąż więcej uwagi poświęca się dyscyplinie fiskalnej niż ekscesom rynków finansowych; kompromitacja agencji ratingowych okazała się pozorna, bo to one wciąż decydują o tym, czy państwo od razu zbankrutuje, czy raczej najpierw pozbędzie się swojego sektora publicznego – a potem zbankrutuje. I wreszcie: cięcia budżetowe (Włosi właśnie zredukowali wydatki na ochronę zdrowia i szkoły) zagrażają perspektywom długofalowego, zrównoważonego rozwoju. Walczymy więc z zadłużeniem za pomocą polityki sprzyjającej recesji.
Ekonomiczne rozwiązania są znane: już same euroobligacje i zasada zbiorowej solidarności za długi, przy rozsądnej kontroli budżetów, znacznie zmniejszyłyby asymetrię sił między krajami strefy euro a coraz bardziej abstrakcyjną i dotkliwą jednocześnie logiką rynków finansowych. Problem w tym, że do tego potrzeba decyzji politycznej, o którą w dzisiejszej atmosferze („ciąć i wziąć się do roboty!”) będzie niesłychanie trudno. Pogłoski o śmierci neoliberalizmu w Europie wydają się bowiem mocno przesadzone.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 22.07.2011 )
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...