|
We Francji panuje niezadowolenie i nie jest to wyłącznie problem przedmieść lub przemocy w miastach. Jeśli nie chcemy pozostać na poziomie zerowym wściekłości, ktoś musi wystąpić przed szereg.
Naród francuski jest niezadowolony. Wystarczy odrobinę go znać, aby to wiedzieć.
Od momentu wyboru Jacquesa Chiraca na prezydenta bezrobocie nieustannie wzrasta. Mamy dzisiaj zarejestrowanych 2 678 000 ludzi bez pracy. Inflacja wywołana wprowadzeniem euro nie została opanowana. Co gorsza, oficjalne dane na temat inflacji pokazują, że jest ona ponoć bardzo niewielka, co wywołuje wśród ludzi przekonanie, iż są oszukiwani. Jednocześnie płace od dawna znajdują się w stagnacji. We Francji narasta kryzys mieszkaniowy, jakiego Republika jeszcze nie znała. Czynsze i ceny nieruchomości wzrastają w zastraszającym tempie; wiele gospodarstw jest zadłużonych po uszy. Życie stało się we Francji trudne, ponieważ nasz kraj łączy wady systemu liberalnego i socjalistycznego.
W tym samym czasie nasza klasa polityczna nie robi nic. A dokładniej, poświęca większość czasu i wysiłku na prowadzenie spektakularnych walk o to, kto stanie do wyborów prezydenckich w 2007 roku. Tak jakby to, co dzieje się teraz, nie miało żadnego znaczenia. Tak jakby ich jedynym celem było przejęcie władzy, a nie jej sprawowanie w interesie wspólnego dobra. I oto nagle, z dnia na dzień, przedmieścia ogarnia rewolta. Okazało się, że są one bardziej niebezpieczną strefą zapalną niż ktokolwiek przypuszczał. Gdyby wierzyć oficjalnym deklaracjom władzy, wmawiającej powszechny dobrobyt, trzeba by to uznać za przypadek. Przedmieścia są dzisiaj awangardą społecznego niezadowolenia, błędem jednak byłoby sądzić, że do nich wyłącznie ogranicza się choroba. Nie mamy bynajmniej do czynienia z nieistotnym epifenomenem.
Co się teraz dzieje w tych strefach podmiejskich, gdzie wszyscy boją się wychodzić z domu? Buntują sie młodzi. Osoby poniżej 25 roku życia są szczególnie dotknięte problemem bezrobocia. Dotyczy on 25 procent młodych. Zbyt łatwe i zdecydowanie błędne jest nazywanie wszystkich buntujących się dzisiaj ludzi wandalami, chuliganami, “odmóżdżonymi raperami z przedmieść”. Ich protest to sygnał. Czują frustrację i “nienawiść” do systemu, nie wiedzą jednak, w czyją stronę zwrócić się o pomoc.
Nie mają też przywódcy świadomego celów i mechanizmów działania systemu. Gdyby dziś jakiś polityk, nawet niezbyt charyzmatyczny, lub strateg, nawet niezbyt przebiegły, miał odwagę wygłosić energiczne i sensowne przemówienie w epicentrum wstrząsów, na placu w Seine Saint-Denis, we Francji rozegrałby się być może po raz kolejny nasz ulubiony dramat narodowy – powstanie, powszechny zryw narodu francuskiego. Wydawało nam się, że jest on uśpiony i bierny, wygląda jednak na to, że drzemie w nim więcej potencjału niż można by sądzić.
Młodzi buntownicy wyładowują dzisiaj swoją złość na samochodach. Jest to dość głupie, a nawet niesprawiedliwe, ponieważ ich właścicielami nie są wcale klasowi wrogowie, ale prości i uczciwi robotnicy z sąsiedniego bloku. Nie należy jednak zapominać, że samochód to jeden z głównych symboli kapitalizmu. Na całej planecie toczą się dzisiaj ogromne starcia lub nawet wojny właśnie o to, abyśmy mogli nadal spokojnie napełniać zbiorniki naszych aut. Samochody mają również swój udział w degradacji środowiska naturalnego i zanieczyszczeniu miast. Zbyt duże uproszczenie? Być może, a jednak cywilizacja paliw płynnych jest odpowiedzialna za szereg krwawych konfliktów i gigantyczną dewastację planety.
Nienawiść, jaka opanowała przedmieścia, nie jest pozbawiona przyczyny. Wandalem nie zostaje się przez przypadek. Niszczenie dóbr materialnych jest sposobem na wyrażenie wściekłości. Jest działaniem tym bardziej tragicznym, że oznacza brak wizji przyszłości i wiary w nią. Prowadzi donikąd. Jest wybuchem czystej brutalności.
Wyobraźmy sobie jednak, że wszyscy niezadowoleni ze stanu rzeczy – bezrobotni, strajkujący związkowcy, alterglobaliści, pracujący na czarno lub bez osłon socjalnych, zadłużeni, ludzie przymusowo bezczynni, bezdomni, eksmitowani skłotersi – tworzą wspólny front i koncentrują sie na celach bardziej znaczących politycznie niż samochody. W tym mogłaby być pewna nadzieja. Powstałby ruch liczący kilka milionów ludzi. Wobec tak wielkiej siły istniejąca dzisiaj logika represji byłaby bezsilna.
Francja przeżywa bez wątpienia moment pobudzenia potencjalnie rewolucyjnego. Jest to być może szansa na poprawę sytuacji. Aby jednak ruch protestu odniósł pozytywny skutek, musi posiadać jakiś program. Jest to wyzwanie zarówno dla protestujących na ulicach, jak i dla ich lewicujących sympatyków oraz intelektualistów. Gdzie są dzisiejsi Cohn-Bendit, Sartre lub Bourdieu, którzy stanęliby na ulicznych barykadach?
Jeśli nie chcemy pozostać na poziomie zerowym wściekłości, ktoś musi wystąpić przed szereg.
[tłum. J.S.]
Alexandre Lacroix (ur.1976) jest francuskim powieściopisarzem, filozofem i eseistą. Ukończył Szkołę Nauk Politycznych w Paryżu, gdzie prowadzi zajęcia z literatury współczesnej. Wydał cztery powieści: Premierès volontés (1998), Etre sur terre, et ce que j'en retiens (2001), La Mire (2003) i Un Point dans le Ciel (2004) oraz esej Se noyer dans l'alcool? (2001). W Polsce drukował go “Ha!art” oraz “Krytyka Polityczna”.
Na podobny temat
|
Może nie stereotyp matki polki ale st...
Jakiś problem z czytaniem ze zrozumie...