Obywatelski projekt ustawy o parytetach płci na listach wyborczych upadł. Dziś rano Sejm przegłosował kwoty 35 proc. Czy to porażka, czy mimo wszystko sukces? Na to pytanie odpowiadają: Barbara Labuda, Magdalena Mosiewicz, Roman Kurkiewicz i Dariusz Szwed.
Barbara Labuda: Koniunktura na parytet
Sukces! Ja się cieszę z każdego procenta, jaki dostają kobiety. Uważam, że nie powinniśmy wybrzydzać. Swego czasu, a było to 15 czy 20 lat temu, zaproponowałam pięćdziesięcioprocentowy udział kobiet na listach wyborczych. Było to jednak zbyt rewolucyjne, nie do przyjęcia. Uskromniłam swoje wymagania, zminimalizowałam je, więc trzydziestopięcioprocentowe kwoty jak najbardziej mnie zadowalają. Być może już za 3-4 lata kwoty te wzrosną do 40, 45, a nawet do 50 proc. Czas pokaże jak będzie to wyglądać w praktyce. Przyjęcie ustawy nie sprawi, że nagle w Sejmie kobiety będą stanowić 35 lub więcej procent. Główne założenie jest takie, żeby kobiety były we władzach decyzyjnych różnych szczebli i różnych instytucji życia publicznego, nie tylko w parlamencie. Na szczęście można zaobserwować, że ten proces postępuje obecnie bardzo szybko.
Oczywiście wiem, że żadna partia nie wprowadza kwot z powodów idealistycznych, ale koniunkturalnych. Wolałabym, żeby politycy podejmowali kroki na rzecz równouprawnienia kobiet i mężczyzn z powodów idealistycznych, takich, które nami kierowały – moimi koleżankami i mną, walczącymi o to od 20 lat. Ale nawet jeśli za tymi zmianami kryją się jedynie powody koniunkturalne to znaczy, że ta koniunktura zmienia się, na korzyść. I z tego też się cieszę.
Not. Sylwia Goławska
Magdalena Mosiewicz: Kompromis kwoty jak kompromis aborcyjny
Dla mnie to jest porażka. Przegłosowanie ustawy w tym kształcie spowoduje ten sam efekt, jak tak zwany kompromis aborcyjny; zostanie z nami na kolejne 10-20 lat. To jest dramat. Natomiast sukcesem jest to, że więcej mówi się o udziale kobiet w polityce, partie zaczęły zwracać na to uwagę przy układaniu list. Zauważmy, że w ostatnich wyborach samorządowych zostało wybranych więcej kobiet, jednak nieznacznie więcej. To jest miękki efekt, nie o to chodziło. Potrzebna jest twarda reguła, która będzie obowiązywać zwłaszcza wtedy, kiedy przestanie to być hot topic i partie oraz media przestaną się tym tematem interesować.
Moim zdaniem projekt trzydziestopięcioprocentowe kwot na listach wyborczych to zwykły pijar PO, a nie żadna dobra wola partii, żeby coś zmienić. Odpowiednio opakowane da się to sprzedać jako gest na rzecz równouprawnienia, ale równouprawnienia dzięki temu nie będzie.
Not. Sylwia Goławska
Dariusz Szwed: Parytety są poprawne politycznie
Porażka zaczęła się od niesławnej wypowiedzi ówczesnego Marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, który podczas konferencji w Sejmie wypowiadał się o trzydziestopięcioprocentowym parytecie, a media zaczęły to powtarzać. Nie istnieje parytet 35 proc., parytet to jest 50 proc. Traktuję to jako lapsus, ale wiedząc, jak niska jest świadomość polityczna Polek i Polaków, to mam wrażenie, że mogło to utwierdzić ich w przekonaniu, że jednak jakiś parytet mamy. To nie jest żaden parytet!
Prawa kobiet, także prawa polityczne, stały się okiem cyklonu w debacie prezydenckiej, a potem w debacie przed wyborami samorządowymi. Partie zaczęły się wręcz tłumaczyć, dlaczego mają na listach tak mało kobiet. Pojawiła się swoista poprawność polityczna. Nie wierzę, że mainstreamowe partie zrozumiały, dlaczego udział kobiet w polityce jest tak ważny. Nadal uważam, że w Polsce panuje męski punkt widzenia na politykę – dopraszanie kobiet do swojego świata.
Dyskusja na temat kwot, a szerzej parytetu, pojawiła się w momencie, kiedy polityka ma już mniejsze znaczenie w sferze publicznej. Znacznie większe znaczenie ma świat biznesu. Czas rozpocząć debatę na temat parytetów w biznesie, bo to pokaże na ile my, faceci, jesteśmy w stanie oddać pola, które mają ogromne znaczenie. Tego typu zmiany mają również ekonomiczny sens. Nie jestem zwolennikiem podkreślania jedynie ekonomicznych aspektów tej kwestii, co na przykład czynił Przewodniczący Parlamentu Europejskiego wskazując, że nie możemy połowy społeczeństwa nie wykorzystywać do rozwijania gospodarki Unii Europejskiej. To jest podejście bardzo rynkowe – kobiety siedzą w domu i nie ma z tego wzrostu PKB. A moim zdaniem jest to kwestia polityczna i społeczna, oczywiście ona ma też wymiar gospodarczy, ale przede wszystkim demokratyczny. Po prostu kobiety mają te same prawa i dlatego potrzebujemy parytetów.
Not. Sylwia Goławska
Roman Kurkiewicz: Pytania o nieobecność kobiet
Sukces, ponieważ pojęcie parytetu weszło do politycznego instrumentarium.
Sukces, bo stawia fundamentalnie ważne pytanie o obecność, a raczej nieobecność kobiet, w polskiej polityce, sferze publicznej, wśród klasy rządzącej.
Sukces, bo widać, że głos polityczny kobiet potrafi odegrać rolę sprawczą.
Sukces, bo zapowiada zmianę polityczną, której jednym ze zwiastunów jest realne uczestniczenie reprezentatywnej grupy kobiet w stanowieniu prawa, sprawowaniu władzy.
Jest to porażka tych, którzy woleliby kobiet w polityce w ogóle nie widzieć.
Sukces, bo można z nadzieją wyczekiwać czasu, w którym mężczyźni będą się natężać, aby to oni mieli trzydziestopięcioprocentowy udział na listach wyborczych. I wtedy kobiety nie powinny się na to zgodzić. He, he.
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...