Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kutyła: Widmo złych Niemców wciąż krąży po Polsce |
|
|
Julian Kutyła
|
|
05.03.2005 |
Dwa tygodnie temu, 21 lutego 2005, przed gmachem sądu w Sopocie w
proteście przeciwko przyznaniu kamienicy niemieckim spadkobiercom
spalono ubraną w kostium esesmanki kukłę Eriki Steinbach. Po raz
kolejny ujawnił się w polskim dyskursie publicznym problem, który
wydawał się być już dawno spacyfikowany. Prawie rok po wejściu Polski
do Unii Europejskiej fobia antyniemiecka ciągle się tli.
“Początki fenomenów zbiorowych, a zwłaszcza fenomenów złowieszczych i irracjonalnych, wydają się zawsze zagadkowe (…). Czujemy, że zostaje tu jakaś reszta, z którą ani nauki, ani nawet teologia nie potrafią się uporać. Coś wytrysnęło z ziemi, podobne do czarnego źródła, siła pierwotna i potężna, zmiatająca ze swej drogi cywilizowane nawyki, wychowanie religijne…”. Ten komentarz Ewy Bieńkowskiej do wybuchu antysemityzmu we Francji końca XIX wieku (cyt. za A. Leder, “Jedwabne: polska sprawa Dreyfusa?”, “Res Publica Nowa” 7/2001, s. 13), doskonale pasuje do histerycznej eksplozji, która apogeum osiągnęła jesienią 2003 roku, ale jak się okazuje, wciąż trwa. Rzecz dotyczy oczywiście wrzawy, jaka wybuchła wokół projektu Centrum przeciw Wypędzeniom. Projekt ten wzburzył opinię publiczną w Polsce jak rzadko które wydarzenie w ostatnich latach. Trudno wrzawę tę nazwać debatą, gdyż tak naprawdę nikt tu z nikim nie dyskutował, wyrażano raczej oburzenie oraz niedowierzanie, że strona niemiecka tak łatwo chce zaprzepaścić dorobek polsko-niemieckiego pojednania.
Przypomnienie losu “wypędzonych” zostało odczytane jako próba usunięcia w cień ofiar polskich. Stąd oburzenie artykułowane w liście otwartym skierowanym przez Andrzeja Mencwela do Heinricha Olschowsky’ego, gdzie autor ironicznie “chyli czoła” przed projektowaną przestrzenią symboliczną Berlina, w której spotkać się mają Centrum przeciw Wypędzeniom i pomnik Holocaustu (A. Mencwel, Budowniczowie wypędzenia, “Gazeta Wyborcza” z 20-21 grudnia 2003). “Oburzeni” nie chcą niczego specjalnego, żądają tylko należnego im miejsca pośród innych ofiar.
Porównanie ze “sprawą Jedwabnego” narzuca się samo. “Oburzeni” przyjmują, że kiedy Polaków będziemy postrzegać również jako sprawców, nie docenimy wartości polskich ofiar. Ta “historia stosowana”, historia praktyczna, którą w jednym ze swoich tekstów Jerzy Szacki woli nazywać po prostu mitologią, charakteryzuje się obsesyjnym wręcz dążeniem do jednoznaczności: “Tu nie ma miejsca na żadne «z jednej strony… z drugiej strony»: dobro musi być dobrem, a zło złem”. Wszelkie niuanse są traktowane jako próba zamazania prawdy (J. Szacki, “Mitologia i historia”, “Res Publica Nowa” 7/2001, s. 53).
Rozkosz innego
Owo podobieństwo pozycji Niemców do pozycji Żydów przychodzi na myśl z jeszcze jednego powodu. Czyż bowiem rozpowszechniana przez niektóre ugrupowania prawicowe histeria, strach przed “wykupieniem przez Niemców” nie przypomina nam typowych haseł antysemickich z lat trzydziestych? Ciekawe, że w latach osiemdziesiątych w Ameryce podobną do Niemców w dzisiejszej Polsce rolę odgrywali Japończycy. Sam jak przez mgłę pamiętam wyświetlaną w polskiej telewizji amerykańską komedię, w której amerykańscy robotnicy stanęli w obronie swojej fabryki, broniąc nie tylko miejsc pracy przed wprowadzaną przez Japończyków automatyzacją produkcji, ale oczywiście również american way of life. Kluczowa sceną jest scena, kiedy robotnicy, żeby udowodnić, że nie są mniej wydajni od robotów, zobowiązują się do wyprodukowania jakiejś niewiarygodnej liczby samochodów. Pracują dniami i nocami, aby osiągnąć cel. W efekcie udaje im się wyprodukować założoną liczbę samochodów, ale są one straszliwymi bublami (wypadają im drzwi, odpadają koła), wszystko to pracownicy w zabawny sposób starają się ukryć przed japońskimi zwierzchnikami. Ostatecznie zwyciężają, kiedy na twarzy japońskiego prezesa pojawia się uśmiech. Widzimy w tym geście logikę, która kierowała całą różnicą etniczną w tym filmie. Nie chodzi tylko o pewien, określony sposób życia. Chodzi o ową wspomnianą w komentarzu Ewy Bieńkowskiej “resztę”, która nie daje się wtłoczyć w naukowe czy nawet teologiczne ramy. Otóż Japończycy mogli Amerykanów wykupić i byli groźni, ponieważ nie umieli się cieszyć w taki sam sposób. Z chwilą gdy zaczynają się śmiać z tego, co my (również my widzowie!), przestają być groźni. Film kończy się oczywiście sceną zbratania amerykańskich pracowników z japońskim kierownictwem. Ten strach przed inną organizacją rozkoszy dotyczy również Niemców, i to nie tylko w polskich oczach. Wystarczy przywołać kolejny przykład z filmowego imaginarium. W filmie Wayne Wanga i Paula Austera Brooklyn Boogie, drugiej części Dymu (naprawdę to chyba jeden z niewielu sequeli lepszych od pierwszej części) Jim Jarmusch rozmawiając z Harvey Keitelem zwraca uwagę, że nazistowcy oficerowie w amerykańskich filmach nawet papierosy palą w jakiś dziwny sposób, zupełnie inaczej niż “zwykli ludzie”. Poza tym, zdają się oni odnajdować przedziwną przyjemność właśnie w wyrzeczeniu się przyjemności, tzn. w porządku, surowości zasad itp. Ciekawa jest również ewolucja postaci Steffena, niemieckiego przedsiębiorcy rolnego z popularnej polskiej telenoweli M - jak miłość. Bohater ten na początku była przedstawiany jako porządny “aż do bólu”. Obecnie Steffen nawet upija się ze swoim polskim wspólnikiem, co nie zmienia oczywiście przedstawianego stereotypu Niemca, Steffen został po prostu “już naszym” Niemcem.
Pasywna fantazja
Jak już mówiliśmy “oburzeni” chcą tylko tego, co im się słusznie należy. Rozpoznajemy tu strukturę argumentacji typową dla dyskursu nacjonalistycznego: “Żądamy tylko tego, co nasze!”. Tego typu wypowiedzi nie można lekceważyć. Należałoby raczej zapytać, skąd ta troska o miejsce wśród ofiar? Troska, prowadząca przecież do uprzedmiotowienia. Irracjonalny wybuch oburzenia wokół sprawy Centrum przeciwko Wypędzeniom pokazuje nam, że w całej tej historii dotknięto pewnej kluczowej fantazji. Fantazji, która zawsze jest pasywna (tzn. redukuje nas – “aktywne podmioty” – do wymiaru przedmiotu). Można tę sytuację porównać do sytuacji Amfortasa, jednego z bohaterów Parsifala Richarda Wagnera. Wykrzykuje on “Oto jestem – tu jest otwarta rana!” Jak zauważa Slavoj. Žižek, “[c]ały jego byt zawiera się w ranie; jeśli ją zniszczymy, bohater utraci swoją pozytywną ontologiczną konsystencję i przestanie istnieć.” Tak jakby tylko poprzez ból istnienia (implikowany przez redukcję do przedmiotu) możliwy był dostęp do głębin “narodowego Bycia”. Stąd trauma bywa jakże często podstawą budowania narodowej tożsamości. Bernhard Giesen pokazuje, że w procesie konstrukcji tożsamości niemieckiej, problem traumy pojawia się już w XIX wieku (B. Giesen, “National Identity as Trauma: The German Case”, w: B. Strath (red.) Myth and Memory in the Construction of Community. Historical Patterns in Europe and Beyond, s. 227-247). Niemieccy Romantycy, niejako w odpowiedzi na doświadczenie francuskiej okupacji, starali się wydobyć “prawdziwie” niemiecką tożsamość spod kolejnych warstw obcych wpływów. W drugiej połowie XIX wieku romantyczne idee powróciły w mocno strywializowanej formie jako ruch völkische Bewegung.
Doświadczenie klęski Niemiec w II Wojnie Światowej spowodowało traumę bez precedensu w całej wcześniejszej historii. Zginęło ponad 10 milionów Niemców, setki tysięcy dziewcząt i kobiet zostało zgwałconych, miliony osób wysiedlono ze “wschodnich prowizji Rzeszy”, większość niemieckich miast została prawie całkowicie zburzona. Wszystkie te doświadczenia były traumatyczne same w sobie, ale jak argumentuje Giesen najbardziej traumatyczny skutek miały nie śmierć i ruiny, ale moralna przegrana – prawda o Holocauście. Po charakterystycznym dla traumy okresie utajenia, kiedy to uformowała się wokół niej w Niemczech swego rodzaju “koalicja milczenia” (np. kanclerz Adenauer praktycznie nie poruszał tematu Holocaustu w swoich publicznych wystąpieniach, a jeśli nawet to w trybie pasywnym, jako “ogromne cierpienie narodu żydowskiego”, bez poruszania kwestii sprawców) najczęściej używaną strategią narracyjną było podkreślanie opozycji między oprawcami i narodem niemieckim. Jak pisze Giesen w tej narracji, “władcy nazistowscy, a zwłaszcza Hitler, byli opisywani jako barbarzyńscy szaleńcy, dzikie bestie, jako szatańscy uwodziciele, którzy przyszli do dobrych i niewinnych Niemców z zewnątrz i pozbawili ich, przyrodzonego im zdrowego rozsądku, jak jakiś narkotyk, choroba albo opętanie”. Stąd oburzenie jakie w samych Niemczech wywołała wystawa dokumentująca zbrodnie Wehrmachtu. W tej narracji zbrodniczy charakter miała oczywiście wyłącznie SS.
Należy tym samym dobrze zrozumieć argument z “pasywnej fantazji”. Może być ona również pewnego rodzaju mechanizmem obronnym. Ten sam mechanizm możemy zaobserwować w Rosji, gdzie od upadku komunizmu jedną z ulubionych rozrywek jest wyliczanie Żydów pośród przywódców rewolucji październikowej (oczywiście, zdaniem owych “tropicieli”, Żydem był nie tylko Trocki, ale i Lenin czy Stalin). Ma to na celu przedstawienie Rosjan jako kolejnych ofiar komunistycznego reżimu i tym samym wyzbycie się traumatyzującego poczucia winy. W wyobraźni społecznej winni to – są, zawsze mniej lub bardziej tajemniczy – “Oni”. W przywoływanym już tekście Mencwela widać podobny zabieg, kiedy przyznaje się rację dyskursowi opisującemu cierpienia Niemców zwłaszcza w końcowej fazie II Wojny Światowej, przywołuje się ofiary alianckich nalotów dywanowych oraz kobiety gwałcone przez radzieckich sołdatów. Znowu mamy do czynienia z niemożliwym przejściem z pozycji ofiary na pozycję sprawcy. Można odnieść wrażenie, że polscy żołnierze albo nie brali w ogóle w tych działaniach wojennych udziału, albo też ich udział ograniczał się do pojedynków na ubitej ziemi do pierwszej krwi z żołnierzami niemieckimi. Zabieg Mencwela zaczyna być ciekawy, jeśli przyjmiemy tezę, że problem historyczny staje się istotny tylko w kontekście teraźniejszości. Jak zauważa w cytowanym już tekście Jerzy Szacki “Przeszłość jako taka mało kogo, w gruncie rzeczy obchodzi. (…) Społeczne zapotrzebowanie na historię ma charakter jak najbardziej praktyczny (…). Człowiek, który nie zajmuje się nią zawodowo, interesuje się tylko taką przeszłością, która kojarzy mu się jakoś z dniem dzisiejszym”. Owa “historia praktyczna”, mitologia, charakteryzuje się stopieniem przeszłości i przyszłości, “paraliżem czasu”. Pozostaje pytanie: jaki to problem teraźniejszości spowodował uruchomienie mechanizmu mitologizacji?
Powrót Wypartego?
Częściową odpowiedź mogą dać nam wyniki badań przeprowadzonych przez TNS OBOP na zlecenie “Gazety Wyborczej” przy okazji sprawy Centrum przeciw Wypędzeniom jesienią 2003 roku (GW z 27 października 2003). Zadane przez ankieterów pytanie brzmiało: “Czy powstanie w Berlinie miejsca pamięci o wypędzeniach Niemców po II wojnie światowej to pomysł dobry czy zły?”. Zdecydowana większość Polaków (59 proc.) opowiedziała się przeciw Centrum, za było tylko 15 proc. ankietowanych. Wynik ten nie jest raczej zaskoczeniem, jednak gdy spojrzymy na preferencje polityczne tych, którzy odpowiedzieli twierdząco na zadane w badaniu pytanie, czeka nas spora niespodzianka. Otóż najwięcej sympatyków Centrum znalazło się w szeregach Samoobrony (23 proc.) oraz Ligi Polskich Rodzin (19 proc.). Czyż właśnie te dwa ugrupowania nie szermują najczęściej symbolami narodowymi (czasem w sposób tak ostentacyjny, że aż budzący uśmiech – vide biało-czerwone krawaty noszone przez członków Samoobrony)? Najwięcej przeciwników Centrum było wśród sympatyków PSL (82 proc.) i Platformy Obywatelskiej (71 proc.) a najmniej zwolenników w szeregach PSL (6 proc.), Platformy (10 proc.) i SLD (14. proc.). Trudno chyba zatem tłumaczyć oburzenie niemieckim pomysłem na Centrum, kolejnym wybuchem “postendeckiego autyzmu”, tak jak stara się to robić w swoim komentarzu do badań, publicysta “Polityki” Adam Krzemiński (“Nasza nadzieja w młodych”, GW z 27 października 2003). O ile w przypadku PSL sprawa jest raczej prosta i można ją tłumaczyć ją tradycyjnie antyniemiecką retoryką wystąpień polityków Stronnictwa, to obecność zaraz obok “ludowców” zwolenników Platformy i SLD, ugrupowań, które z tradycją endecką nie mają przecież nic wspólnego, wydaje się dość dziwna. Zwróćmy uwagę, że ta opozycja w której z jednej strony mamy Samoobronę i LPR, a z drugiej PO i SLD pokrywa się ze stanowiskiem tych ugrupowań w sprawie polskiej interwencji w Iraku. Dochodzimy tym samym do sedna (i tym samym może najbardziej ryzykownego punktu) naszej argumentacji. Histeryczny wybuch, który mieliśmy okazje obserwować w sprawie Centrum jest niczym innym jak “powrotem Wypartego”, wypartej traumy wynikającej z odwrócenia pozycji, z tradycyjnie konstytuującej polską tożsamość pozycji ofiary, na pozycję okupanta.
Z jeszcze jedną tezą tekstu Krzemińskiego trudno się zgodzić. Twierdzi on, mianowicie, “że to my – polska klasa polityczna – a nie nasze społeczeństwo, jesteśmy głównym problemem w procesie europeizacji Polski. Nie potrafimy i nie chcemy wyrażać tej wrażliwości na cierpienia drugiej strony, do której polskie społeczeństwo jest coraz bardziej skłonne”. Idealizacja społeczeństwa (w tym zwłaszcza jego “obywatelskiego” wymiaru) kosztem klasy politycznej, to dość popularny wśród polskich publicystów zabieg. Szkoda, że nie wytrzymuje on konfrontacji z rzeczywistością. Ponad pół roku przed wybuchem oburzenia wokół projektu Centrum – 15 lutego 2003 roku mogliśmy zobaczyć, że w porównaniu z resztą Europy, czeka nas wielka praca nad wrażliwością. Tłumy demonstrantów w Londynie, Rzymie, Madrycie, Barcelonie, Berlinie czy Paryżu sprzeciwiających się, w największych od zakończenia II Wojny Światowej demonstracjach, skierowanych przeciwko wojnie w Iraku, długo jeszcze powinny wywoływać rumieniec wstydu na twarzach Polaków, którzy bardzo nielicznie wzięli udział w tych, by użyć określenia Derridy i Habermasa, “narodzinach nowej europejskiej opinii publicznej”. Polacy woleli pozostać Niewolnikami własnej traumy. Na pocieszenie można jednak przywołać słynny paragraf 57 “Uzupełnienia” do heglowskich Zasad filozofii prawa: “To, że ktoś jest Niewolnikiem zależy od jego własnej woli”. W jego mocy leży zatem również zmiana tej sytuacji. Czy doczekamy zatem czasów, kiedy oddanie jednej kamienicy byłemu niemieckiemu właścicielowi, nie będzie powodować wybuchu narodowej histerii? Prawdopodobne rządy koalicji PO – PiS raczej takich czasów nie zapowiadają.
W ostatnim numerze „Krytyki Politycznej” opublikowaliśmy tekst Joanny Tokarskiej-Bakir „Topos ruin. Zbawcze narracje w najnowszej historii Niemców, Żydów i Polaków” również podejmujący problem debaty na temat Centrum przeciwko Wypędzeniom.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 07.10.2006 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...