|
Nie wyobrażaj sobie, Winston, że potomność cię zrehabilituje. Potomność nigdy się o tobie nie dowie. Usuniemy cię ze strumienia historii. (…) Nie będziesz istniał w przeszłości, tak samo jak w przyszłości. To, że nigdy nie istniałeś, stanie się faktem.
Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.
George Orwell, Rok 1984
Gdy jakieś dwa lata temu odmawiałam zgody na opracowanie i publikację listów osobistych Jacka i Gajki (przy okazji przypomnę paragraf 82 prawa autorskiego, który stanowi, że każda publikacja któregokolwiek listu czy jego fragmentu bez mojej pisemnej zgody łamie prawo), spotkałam się z propozycją finansową, która swoją wysokością zapierała dech w piersiach. Odmówiłam, nie handluję listami, ale przy okazji dowiedziałam się, jaka jest wartość rynkowa życia osobistego Jacka Kuronia.
Jacek Kuroń – to informacja ważna dla młodzieży – nie był celebrytą, tylko politykiem, ale czy można dobrze sprzedać biografię polityczną? Anatomię buntu, wybitną książkę Andrzeja Friszkego, która ukazała się w marcu zeszłego roku na rynku księgarskim, kupiłam niedawno za pół ceny. Wydana w PWN intelektualna biografia Jacka, doktorat Tomasza Cerana, przeszła niezauważona. Aby te i inne ważne książki mogły się ukazywać, ich autorzy rezygnują z honorariów lub zadowalają się bardzo skromnymi, a bywa, że wydawcy aplikują o dotacje. Jeśli wydawca angażuje tak ogromne pieniądze, jak mi proponowano za zgodę na wydanie listów, to znaczy, że książka musi być bestsellerem w dosłownym tego słowa znaczeniu – musi się dobrze sprzedać. Nie w dobrych księgarniach, dokąd odsyłają nas wydawcy niskonakładowych książek, lecz w megashopach.
Co się dobrze sprzeda? W epoce talk-show ludzi najbardziej interesuje czyjeś życie osobiste. Pisanie o życiu osobistym Jacka to samograj, znało go wiele osób z pierwszych stron gazet, w tym wielu potrafiących ciekawie opowiadać, więc serial, który nazwałam „Jacek Kuroń we wspomnieniach i anegdocie”, snuje się od jego śmierci. Jeśli do tego dodamy przechowywane przez IPN prywatne rozmowy uzyskane z podsłuchu, jego własne książki autobiograficzne, wywiady, kilka filmów, to mamy co cytować i z czego lepić tą układankę, nie musimy już nawet zaglądać do archiwum „Karty”. A propos, dostęp do kolekcji osobistej Jacka Kuronia, która się mieści w Archiwum Opozycji Ośrodka „Karta”, został uregulowany procedurą.
Książka, która ma się dobrze sprzedawać, jest jak serial, który ma mieć wysoką oglądalność - musi być napisana w odpowiednim formacie. Sformatowany ze względu na możliwości percepcyjne nabywcy życiorys bohatera, musi być przede wszystkim „ciekawy”. Co jest ciekawe? Przede wszystkim nieciekawe jest wszystko, co ma jakąś głębszą treść. Bohater sformatowanej biografii osobistej czuje, przeżywa i doświadcza, nigdy myśli, pracuje, pisze, ale jeśli już coś pisze, to źle, niespójnie, niestylistycznie. W ogóle lepiej, żeby bohater nie miał mózgu, na przykład jeśli idzie do więzienia, to za manifest, broń Boże za tekst, który jest analizą systemu. Ważne jest, aby żaden temat nie został pogłębiony, jeśli musimy napisać o czymś poważnym, np. o emeryturach starego portfela, to nie więcej niż kilka zdań i koniecznie takich, aby nic nie znaczyły, nie zakłócały narracji wprowadzeniem merytorycznych wątków w życie bohatera. Ciekawe jest życie osobiste, najlepiej opowiedziane przez ludzi z pierwszych stron gazet i bliskich bohaterowi – to dodaje smaku, i raczej jako anegdota, bo formuła anegdoty nie wymaga wzięcia odpowiedzialności za przekaz.
Najciekawszy jest wątek miłosny, a jeśli zbyt często powtarzany lekko się zużył, to wprowadzamy codzienne życie rodziny, a zaraz potem przemoc, zdradę, śmierć, rozpacz, zwierzenia w sytuacjach intymnych, nałogi, sytuacje destrukcyjne, choroby… Bohater, jak w talk-show, musi umieć odpowiedzieć na pytanie: co pan czuł w dniu, w którym umarło pana dziecko? A jeśli nie da się zacytować bohatera, to szukamy kogoś, kto o tym opowie i emocje zilustruje listem. Anegdoty i dykteryjki należy opowiadać na luzie, tonem lekko drwiącym, żadnej celebry, żadnych tematów tabu, wplatając, gdy to potrzebne, język naturalistyczny. Od czasu do czasu jakaś insynuacja albo donos, albo kłamstwo. Zdania raczej krótkie, w każdym razie unikamy zdań podrzędnie złożonych. Zdjęcia najlepiej żeby były z archiwum domowego, o co zresztą nietrudno, bo rodzina Jacka pozwalała skanować domowe zbiory każdemu, kto o to prosił. Jeśli tekst jest książką, to powinien mieć błyszczącą okładkę, duże litery i duże marginesy.
Czy można człowiekowi zabrać jego biografię? Można, najłatwiej to zrobić, zamieniając ją w karykaturę. Jeszcze kilka takich wspomnień, anegdot, książek, filmów i już nikt nigdy nie sięgnie po teksty Jacka czy prace prof. Andrzeja Friszkego. Bo dlaczego ludzie mają czytać np. etnograficzny, antropologiczny opis życia więźniów w Wierze i winie, jak mogą „ciekawy kawałek” znaleźć w gazecie i przeczytać go bez wysiłku, bez konieczności sięgnięcia do innych książek, pomocnych w zrozumieniu tekstu. Po co czytać oryginał, gdy ma się bryk, po co sięgać po trudny historyczny tekst, gdy można nic nie czytać.
Jest przyzwolenie na to, aby biografie osób publicznych zastępować „lekkim” tekstem nawet wtedy, gdy osoby te nie należały do show-biznesu. Z dużym niepokojem czekam na film o Józku Piniorze. To dzięki jego inteligencji, przytomności umysłu, sprawności i odwadze, a także dzięki sile jego żony Marysi, mieliśmy w WSK Świdnik pieniądze na zasiłki statutowe dla dwustu robotników wyrzuconych za strajk w maju 1982 roku. Gdy czytałam scenariusz filmu o Józefie i Marii Piniorach, to ciarki przechodziły mi po plecach i wciąż się zastanawiam, dlaczego człowiek robi to człowiekowi, dlaczego robimy to zbiorowej pamięci.
To, o czym tu piszę, to nie jest problem Jacka czy Józka, to jest problem kultury jako takiej, kultury wypieranej przez rozrywkę. Pomału zaczynamy się przyzwyczajać, że teksty formatowane „na bestseller” ukazują się w głównym nurcie i w tymże są recenzowane oraz polecane czytelnikom jako bardzo dobre. Dla osoby z mojego rocznika (1949) jest to kompletnie niezrozumiałe, szukam więc objaśnień tego zjawiska i nasuwa mi się figura, a może nawet topos Wielkiego Brata. Jeśli to właściwy trop, znaczyłoby to, że nad każdą epoką musi trzymać kontrolę jakiś Wielki Brat, który kroi rzeczywistość pod potrzebny mu format.
To nie przez fakt, że ktoś cię słyszy, ale dlatego, że nie dajesz się ogłupić, trwa kulturowe dziedzictwo (…) Z epoki identyczności, z epoki samotności, z epoki Wielkiego Brata, z epoki dwójmyślenia – pozdrawiam was!
Żoliborz, 24 marca 2011
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...