|
W myśl projektu przygotowanego przez Grupę Inicjatywną ds. Związków Partnerskich we współpracy z SLD, umowa o związku partnerskim zawierana byłaby pisemnie, z podpisami poświadczonymi notarialnie, a następnie rejestrowana w urzędzie stanu cywilnego. Zawarcie umowy nie skutkowałoby zmianą stanu cywilnego, lecz dawałoby możliwość przyjęcia nazwiska partnera. Umowa wygasałaby z chwilą śmierci jednej ze stron, zaś rozwiązana mogłaby być na mocy wspólnego pisemnego oświadczenia bądź po upłynięciu sześciu miesięcy od złożenia przez jedną ze stron wypowiedzenia umowy. Projekt zakłada, że po upływie roku od rejestracji umowy partnerzy mogliby m.in. dziedziczyć po sobie (w wyniku zaliczenia do pierwszej grupy spadkowej), mieliby prawo do pochówku partnera, wspólnego rozliczania dochodów, urlopu opiekuńczego w celu opiekowania się chorym partnerem, ubiegania się o rentę rodzinną po zmarłym, a także odmowy zeznań przeciwko partnerowi.
Na odbywającym się w środę 17 sierpnia br. pierwszym posiedzeniu podkomisji pracującej nad ustawą o umowie związku partnerskiego nie pojawił się żaden przedstawiciel Sojuszu Lewicy Demokratycznej, będącego wnioskodawcą projektu, z pięcioosobowego składu podkomisji stawiły się jedynie trzy osoby, zaś przedstawiciele Ministerstw: Zdrowia, Sprawiedliwości oraz Pracy i Polityki Społecznej zgodnie oświadczyli, że nie opracowali żadnego stanowiska w sprawie projektu. Długą listę uwag przedstawił za to Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego. Jego zdaniem w obecnym kształcie propozycja ta nie powinna być w ogóle przedmiotem prac parlamentu ze względu na „liczne i występujące w różnych płaszczyznach niedoskonałości prawne”.
Od samego początku prac nad regulacjami prawnymi w zakresie związków partnerskich pomysł ów budził kontrowersje wśród centroprawicowej części politycznego spektrum. Nie dziwią więc propozycje przedstawicieli PiS-u zmiany nazwy tego „haniebnego i szkodliwego” projektu na: „ustawa o promowaniu homoseksualizmu albo pseudorodziny”. Nie dziwi również, że przedstawiciele PO roztaczają przed nami wizję ryzyka „rozsadzenia całego systemu prawnego” przez dwóch mafiozów zawierających związek partnerski w celu skorzystania z przywilejów podatkowych i uzyskania prawa do odmowy zeznawania przeciwko sobie w sądzie.
Zaskoczenie budzi jednakże obojętny stosunek SLD, szczególnie w kontekście niedawnej „afery o miejsca na listach wyborczych”, w której głównymi poszkodowanymi byli właśnie reprezentanci mniejszości (wszelakich, nie tylko seksualnych). Jeszcze dwa tygodnie temu przedstawiciele tej partii przekonywali, że na wrzesień uda się przygotować ustawę do drugiego czytania, optymistycznie sugerując, że przy wyjątkowo dobrej woli ze strony Platformy Obywatelskiej może udać się doprowadzić do uchwalenia tego aktu prawnego jeszcze przed październikowymi wyborami parlamentarnymi.
W świetle braku zainteresowania Sojuszu pracami podkomisji powołanej do spraw ich własnego projektu dość pusto brzmią słowa Ryszarda Kalisza, że 14 lat po uchwaleniu konstytucji jej zapisy powinny dotyczyć wszystkich obywateli i każdemu gwarantować prawo do normalnego życia. Szkoda, że za pięknymi słowami nie idą czyny. Widocznie widmo nadciągających wyborów drastycznie wpływa na ewolucję hierarchii priorytetów. Niestety.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...