|
Dziś, 23 lutego, prezydent Bronisław Komorowski podpisał tak zwaną ustawę żłobkową. To mały podpis, ale wielki krok ku sensownej polityce rodzinnej. Żłobki przez wiele lat funkcjonowały jako dyżurna urban legend – zaniedbane dzieci wyrodnych rodziców miały w nich rzekomo spędzać długie godziny pozbawione czułej i zindywidualizowanej opieki. Jak wiele miejskich legend, ta też ma swoje uzasadnienie historyczne. W Polsce powojennej najwięcej żłobków budowano w okresie odbudowy, do połowy lat 50. Potrzeba było wielu rąk do pracy – także rąk kobiecych. Państwo zapewniało specyficzną formę work-life balance, budując przedszkola i żłobki, co mimo wszystko w małym stopniu prowadziło do zmiany tradycyjnego podziału obowiązków domowych. Kiedy budowlany impet zaczął spowalniać, kobiety przestały być aż tak niezbędne na rynku pracy. Edward Gierek w latach 70. wprowadził wcześniejsze emerytury dla kobiet, by zamiast pracować, opiekowały się wnukami. W ten sposób uzasadniał brak większych inwestycji w żłobkowo-przedszkolną infrastrukturę. Lata 80. i Solidarność przyniosły płatny urlop wychowawczy. Zatem nic już stało na przeszkodzie, by w latach 90. samorządy zaczęły ochoczo likwidować żłobki, pod hasłami ekonomicznymi („nie stać nas”) i obyczajowymi („dziecko zawsze z matką”). Tymczasem urlop wychowawczy przechodził przeobrażenia – malała grupa kobiet, które miały prawo do pobierania zasiłku wychowawczego. Co prawda w latach 90. do urlopów wychowawczych w końcu dopuszczono mężczyzn, ale jako że urlop wychowawczy stawał się urlopem bezpłatnym, mężczyźni na wychowawczych stanowili (i stanowią) margines. Z uwagi na wymogi Ministerstwa Zdrowia i kulturowe wyobrażenia o upiornym charakterze placówek przechowujących dzieci, trudno było naprawić szkody, jakie wyrządzono w latach 90., zamykając żłobki i przedszkola.
Jednak zmiany na rynku pracy pracy, ambicje zawodowe i potrzeby materialne kobiet wpływają na to, że kobiety chcą a czasem muszą wracać do pracy. Choć tylko 2% dzieci chodzi do żłobków, to pracuje znacznie więcej młodych matek. Przy braku oferty państwa, społeczeństwo zaakceptowało model finansowania opieki na dziećmi z własnej kieszeni, czy to w prywatnych klubikach, w postaci usług płatnych opiekunek, czy wreszcie w formie nieodpłatnej pracy opiekuńczej babć. Ustawa żłobkowa wychodzi naprzeciw tym problemom, ułatwiając zakładanie żłobków (poprzez przeniesienie ich pod opiekę Ministerstwa Pracy) i oferując finansowanie samorządom. Uwzględnia różnorodność form opieki, dlatego też oprócz żłobków w ustawie mamy też dziennych opiekunów oraz możliwość opłacania składek ZUS dla niań. Szkoda tylko, że takie „luksusy” jak urlopy wypoczynkowe czy zwolnienia chorobowe będą dla niań i opiekunów niedostępne, ponieważ gminy podpisują z nimi umowy – zlecenie. Można liczyć na to, że minister pracy Jolanta Fedak, deklarując, iż ustawa zakłada niezbędne minimum i będzie poprawiana wraz z doświadczeniem płynącym z jej funkcjonowania, nada opiekunom i nianiom status prawdziwych pracowników, a nie tylko zleceniobiorców, którym w każdej chwili można wypowiedzieć umowę. Na razie wydaje się, że akurat w tym przypadku mamy do czynienia z połączeniem strategii obniżania kosztów ze społeczną niską wyceną pracy opiekuńczej. Podpisanie ustawy żłobkowej to duże osiągnięcie, jednak na pewno nie zamyka ono tematu polityki rodzinnej w Polsce. A ta nie będzie skuteczna dopóki, dopóty nie będzie kompleksowa i wielowymiarowa. Moim zdaniem kluczowe są jej dwa wymiary – sytuacja na rynku pracy oraz podział ról społecznych ze względu na płeć. Istotą rynku pracy staje się obecnie niepewność. Przechodzenie z umów stałych na umowy czasowe, rosnąca popularność umów-zlecenia i o dzieło (umów cywilnoprawnych) stanowią poważną barierę w podejmowaniu decyzji o posiadaniu dzieci, ponieważ znacznie utrudniają osiągnięcie jakiejkolwiek stabilizacji życiowej oraz poczucia bezpieczeństwa w pracy, stabilności zatrudnienia. Ustawa żłobkowa daje możliwość niedrogiej opieki nad dzieckiem. Jednak w sytuacji, gdy dziecko choruje i trzeba wziąć zwolnienie chorobowe – żaden podpis prezydenta Komorowskiego nie pomoże, jeśli zwolnienia staną się pretekstem do nieprzedłużenia kolejnej umowy czasowej. Wydaje się, że w tej sytuacji kluczowym będzie drugi wymiar, czyli płeć. Tak długo, jak opieka nad dziećmi będzie postrzegana jako domena kobiet, to niezależnie od rozwiązań prawnych będą one poszkodowane na rynku pracy, jako że częściej z niego „wypadają” - czy to na urlop macierzyński, czy zwolnienie chorobowe na dziecko. Wydłużanie czy skracanie urlopu macierzyńskiego w dłuższej perspektywie nie zmieni sytuacji kobiet, bo zawsze albo okres opieki nad dzieckiem będzie za krótki, albo okres przebywania poza rynkiem pracy za długi. Jeśli mechanizm „wciągania” kobiet na rynek pracy, którym przecież jest ustawa żłobkowa, nie zostanie zrównoważony „wciąganiem” mężczyzn do opieki nad dziećmi, nie zmieni się rodzinno-zawodowa presja, jakiej podlegają pracujące matki. Dlatego uważam, że prawdziwa zmiana dokona się tylko wtedy, gdy urlop ojcowski zostanie zdecydowanie bardziej wydłużony. Urlop wychowawczy powinien być krótszy, a zarazem płatny. W Niemczech dopiero wprowadzenie płatnego (i to w wysokości bliskiej ostatniemu wynagrodzeniu) urlopu wychowawczego sprawiło, że ojcowie zainteresowali się tym rozwiązaniem. Natomiast przykład islandzki uczy, iż dzięki systemowi 3+3+3 – trzy miesiące macierzyńskiego, trzy miesiące ojcowskiego, trzy miesiące do podziału – można uzyskać sensowne wskaźniki demograficzne. Zanim wprowadzono ten system wskaźnik dzietności wynosił 1,5 – a teraz 2,3. Jest zatem czym się inspirować. Skoro, mimo tak negatywnych stereotypów, udało się wywalczyć ustawę żłobkową, teraz czas na nowe wyzwania - zdecydowane zwiększenie urlopu ojcowskiego, tak by docelowo dorównał długością urlopowi macierzyńskiemu. Rozwiązanie to zmniejszy dyskryminację matek na rynku pracy, poprawi podział obowiązków rodzinnych oraz wydłuży okres, w którym dzieckiem zajmują się najbliższe osoby (co jest zwykle argumentem przeciw żłobkom). Wszystkim zainteresowanym tym rozwiązaniem polecam europejską inicjatywę PLENT czyli Platform for Equal, Non-Transferable and 100% Paid Parental Leave, gromadzącą organizacje pozarządowe, związki zawodowe oraz indywidualne osoby z UE i innych krajów, wspólnie działające na rzecz zrównania urlopu ojcowskiego z macierzyńskim na poziomie UE i w poszczególnych krajach członkowskich. Skoro możemy mówić o wyrównywaniu i wydłużaniu wieku emerytalnego, myślę, że możemy rozpocząć też dyskusję na temat zrównywania praw i obowiązków w opiece nad dziećmi.
— Julia Kubisa – socjolożka współpracująca z Instytutem Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie niedawno złożyła doktorat. Zajmuje się prawami kobiet i działalnością związków zawodowych.
Na podobny temat
|
Nie ze wszystkim się zgadzam, ale pój...
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...