|
15 marca w „Dzienniku Gazecie Prawnej” ukazała się niewielka notatka o bardzo interesującej treści: „Resort sprawiedliwości zlikwiduje 74 wydziały pracy w sądach. Dochodzenie praw pracowniczych może stać się fikcją - ostrzega OPZZ”. Minister sprawiedliwości podpisał rozporządzenie, które wejdzie w życie już 1 kwietnia. Czy 74 to dużo czy mało? Po zmianach w całym kraju zostaną 143 wydziały, zatem w wyniku jednego rozporządzenia znika jedna trzecia wszystkich wydziałów pracy. Ministerstwo podaje dwa zasadnicze powody. W likwidowanych oddziałach liczba spraw w 2009 roku nie przekraczała 120 rocznie. W większości likwidowanych wydziałów był co najwyżej jeden pełny etat sędziego prawa pracy, w części z nich było to 0,5 etatu, co zdaniem ministerstwa oznaczało złe wykorzystanie kadry, marnowanie jej potencjału.
Mechanizm wygląda zatem następująco: likwidowane są wydziały w mniejszych miejscowościach, miastach powiatowych, a ich obowiązki przejmują wydziały w większych ośrodkach. Jak opowiedział mi Paweł Śmigielski, prawnik pracujący w OPZZ, między dużymi a małymi miastami istnieje zasadnicza różnica w czasie trwania procesu. O ile w małych miastach, z racji mniejszej liczby spraw, wyroki zapadają dość szybko, o tyle np. w Warszawie sprawy ciągną się latami. A zatem ktoś bezprawnie zwolniony z pracy czeka po kilka lat na wyrok. Osoba, która założyła związek zawodowy i z tego powodu została dyscyplinarnie zwolniona, co jest niezgodne z prawem, czeka 4 lata na wyrok, zresztą pozytywny dla niej. Tyle że czas oczekiwania na wyrok sprawia, że wygranym jest pracodawca, bo żaden pracownik nie będzie już miał odwagi, założyć związek zawodowy – takie przykłady opisuje Piotr Ostrowski w swojej książce Powstawanie związków zawodowych w sektorze prywatnym w Polsce. To samo dzieje się z młodymi matkami wracającymi do pracy po urlopach macierzyńskich i dowiadującymi się, że w trakcie ich półrocznej nieobecności w firmie zaszły tak wielkie zmiany, że akurat ich stanowisko przestało być potrzebne. Co prawda na jego miejsce utworzono nowe, ale pracuje na nim osoba bezdzietna…
Likwidacja wydziałów pracy w mniejszych miejscowościach utrudni także dojazd do sądu - znika wiele lokalnych połączeń i rosną koszty takiej wyprawy. Przewodniczący OPZZ Jan Guz, który interesował się sprawą likwidacji wydziałów pracy, powiedział mi, że od 1 kwietnia droga do najbliższego wydziału prawa pracy może się wydłużyć nawet o 123 kilometry.
Ministerstwo Sprawiedliwości podaje argument, że w ostatnich latach znacząco spadła liczba spraw zgłaszanych do sądów pracy. W 2001 było ich ponad 320 tysięcy rocznie, w 2009 łącznie zgłoszono ok. 105 tysięcy.
Czyżbyśmy zatem mieli i miały do czynienia z zasadniczym polepszaniem się sytuacji na polskim rynku pracy? Paweł Śmigielski zwraca uwagę na zmiany, które zaszły w procedurze procesowej w ostatnich kilku latach. Ma to zasadniczy związek z ustawą o kwotach sadowych w sprawach cywilnych (obejmującą wszelkiego rodzaju postępowania, także w sądach pracy), która weszła w życie na początku 2006 r. Przede wszystkim ustawa wprowadza obowiązek uiszczenia opłaty stosunkowej, jeśli przedmiot sporu przekracza 50 tysięcy złotych. W sprawach o przywrócenie do pracy pod uwagę bierze się roczne dochody – wystarczy, że wynosiły trochę ponad 4 tysiące brutto i już pracownik, który dopomina się o swoje prawa, musi zapłacić 5% wartości, czyli 2500 zł na wstępie, które przepada, jeśli przegra sprawę. Ponadto w przypadku przegrania procesu pracownik może być obciążony kosztami procesu, także tymi poniesionymi przez pracodawcę. Wprawdzie zdarza się, że sądy pracy w przypadku przegranej pracownika zwalniają jego lub ją z kosztów sądowych, biorąc pod uwagę np. niskie wynagrodzenie, ale to nie one są najwyższe. Pracodawcy wyznaczają zastępstwo procesowe, ustanawiają prawnika swoim pełnomocnikiem, co jest drogą usługą, tym bardziej dla pracownika, który w razie przegranej musi z własnych prywatnych pieniędzy pokryć koszty strony przeciwnej. Zdarza się, że w trakcie procesu pracownik słyszy gdzieś na korytarzu sądowym, jak ktoś teatralnym szeptem rozprawia o kosztach zastępstwa procesowego. Czasem taka informacja wystarczy, by wycofał sprawę.
Koszt uczestnictwa w procesie zdecydowanie się zwiększył w ostatnich latach. Pracownik nie może już samodzielnie występować w sądzie w swojej sprawie - pracodawcy wynajmują kancelarie adwokackie specjalizujące się w prawie pracy, pracownik musi więc mieć dostęp do fachowej wiedzy prawnej. A z tym jest kłopot, ponieważ w Polsce jest dramatycznie mało prawników, a ceny ich usług są zdecydowanie za wysokie dla osoby zarabiającej średnią krajową. Pracownicy zwykle mają problem z dotarciem do prawników, szczególnie takich, którzy ich uważnie wysłuchają, okażą zrozumienie, dobrze przygotują do uczestnictwa w procesie. Jak opowiada prawnik OPZZ, pracownicy często zwyczajnie boją się ośmieszenia podczas rozprawy (bo np. mówią zbyt prostym językiem) i tego, „co może wyciągnąć pracodawca”. Dlatego tak ważna jest kwestia dostępu do niedrogich porad prawnych – oraz empatia wykazywana przez prawników.
Ministerstwo Sprawiedliwości w uzasadnieniu do rozporządzenia podaje jedynie dane za lata 2001, 2008 i 2009, czyli nie można stwierdzić, czy znaczące obniżenie się liczby zgłaszanych spraw miało miejsce jeszcze przed 2006 rokiem czy po nim. Innym istotnym, moim zdaniem, czynnikiem, którego Ministerstwo Sprawiedliwości nie bierze pod uwagę w uzasadnieniu, jest postępujące uelastycznienie polskiego rynku pracy. Coraz częściej zamiast umów na czas nieokreślony pracownicy otrzymują umowy czasowe (nie mówiąc już o umowach zlecenia czy o dzieło, które ich wyłączają spod ochrony Kodeksu pracy). Polska jest niechlubnym europejskim przodownikiem w umowach na czas określony, które zwiększają poczucie niepewności, niemożność zapewnienia stabilizacji życiowej czy tworzenia planów rodzinnych. Każdy pracownik na umowie czasowej, którego prawa są naruszane przez pracodawcę, a który chce mieć legalne źródło utrzymania, dziesięć razy się zastanowi, czy pójść ze sprawą do sądu, czy też położyć uszy po sobie i zabiegać o kolejną umowę czasową. Jest to szczególnie istotne na lokalnych, małych rynkach pracy, gdzie oferta posad jest bardzo zawężona i jest wysokie bezrobocie.
Co ciekawe, Ministerstwo Sprawiedliwości, podejmując decyzję o likwidacji jednej trzeciej wydziałów pracy w krajowym systemie sądownictwa, nie przeprowadziło żadnych społecznych konsultacji i oparło się wyłącznie na najprostszych statystycznych wyliczeniach typu „było więcej – jest mniej”. A przecież rozporządzenie ministra sprawiedliwości wpływa na sytuację w lokalnych społecznościach. Dlatego też sprawa powinna zostać przedyskutowana w wojewódzkich komisjach dialogu społecznego – po to one właśnie są! OPZZ zwróciło się do Ministerstwa Sprawiedliwości z prośbą o przedstawienie projektu likwidacji oraz podanie uzasadnienia na posiedzeniu Prezydium Komisji Trójstronnej. I na posiedzeniu pojawił się przedstawiciel ministerstwa, ale tylko po to, by poinformować, że rozporządzenie właśnie zostało podpisane przez pana ministra. Czyli tyle w temacie konsultacji.
W przemówieniu w Sejmie podczas prezentacji rządowego projektu reformy systemu emerytalnego premier Donald Tusk płomiennie zaapelował do swojej generacji i do ludzi młodszych, by zważały nie tylko na swój interes, ale także na sytuację ludzi biedniejszych, tych, którzy sami sobie nie poradzą. Można się wzruszyć. Szkoda tylko, że w tym samym czasie, gdy trwa ta poruszająca serce sejmowa debata o OFE, przy znacznie mniejszym rozgłosie wprowadza się rozwiązania, które mają zdecydowany wpływ na jakość życia w Polsce. Zapewne sędziowie dzięki rozporządzeniu ministra sprawiedliwości będą mieli więcej okazji do wymiany poglądów i doświadczeń w swoim środowisku, ponieważ będą pracować w większych wydziałach. Jednak nie poprawi to sytuacji na polskim rynku pracy. Zapewne liczba spraw wpływających do sądów pracy spadnie jeszcze bardziej. Sądząc z dotychczasowego sposobu wnioskowania Ministerstwa, może to być argument świadczący o skuteczności rozporządzenia. Było więcej – jest mniej. Hura.
*Julia Kubisa – socjolożka współpracująca z Instytutem Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie niedawno złożyła doktorat. Zajmuje się prawami kobiet i działalnością związków zawodowych.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...